Zanim zetknąłem się z Szesnastką harcerstwo kojarzyło mi się głównie z zespołem "Gawęda", "Światem Młodych" i masowymi spędami dzieci w czasie pochodów pierwszomajowych lub innych podobnych "uroczystości", z lubością pokazywanych w telewizji w latach 70-tych i 80-tych. W szkole podstawowej do harcerstwa mnie nie ciągnęło, co zresztą na podstawie moich późniejszych doświadczeń okazało się być kwestią naturalnie wynikającą z jednego z fundamentów metodyki harcerskiej: przykładu. Po prostu, nie znałem nikogo, kto był harcerzem, a swoim zachowaniem potrafiłby zachęcić mnie do związania się z jakąś drużyną. Dodatkowo w początkach lat 80-tych silnie akcentowana oficjalna zależność ZHP od PZPR odstręczała od związania się z harcerstwem.

Oczywiście w tych czasach nie wiedziałem nic o KIHAM-ie czy "Ruchu". W ogóle nie znałem żadnych środowisk harcerskich, ani nie miałem wśród harcerzy kolegów. Pewnego jednak lata, a było to bodaj w roku 1983 czy 1984, poznałem Lipę - Rafała Lipskiego, którego opowieści o przeżytym właśnie obozie były tak interesujące, że nie mogłem puścić ich mimo uszu. Tak, powoli, dałem się wciągnąć w nieznane do tej pory rytuały i słuchałem z zapartym tchem o zwyczaju menażki, o chatkach Robinsona, rajdach, biwakach i wycieczkach. W lesie, gdzie wspólnie spędzaliśmy wakacje, budowaliśmy szałasy, żeby poczuć choć namiastkę atmosfery chatek. Biegaliśmy po okolicy z wykonanymi z sosnowych gałęzi włóczniami, odtwarzając organizowane na obozach zabawy w Wikingów, Indian, czy drużynę Robin Hooda. Oczywiście - nie mogło to pozostać bez wpływu na moją decyzję wstąpienia do harcerstwa. A ponieważ moim przewodnikiem był Lipa, naturalne wydawało się związanie z Szesnastką. Odbyło się to trochę wbrew logice, gdyż 16 WDH była środowiskiem związanym z Ochotą, na terenie której działała od wielu lat. Większość harcerzy mieszkała obecnie lub w przeszłości w tej dzielnicy i chodziła do tych samych szkół, co powodowało, że panowała wśród nich atmosfera szczególnego koleżeństwa. I oto ja, osoba nie mająca żadnego związku z tą dzielnicą, ani z tymi ludźmi, nagle miałem stać się jednym z nich.

Było to we wrześniu 1985 roku. Lipa objaśniał mi tajniki technik harcerskich, pomagał w kompletowaniu umundurowania i ekwipunku, doradzał. Niestety, kontuzja, jakiej doznałem w październiku tego roku wyłączyła mnie z prac Drużyny na kilka miesięcy. Dopiero wiosną kolejnego roku przystąpiłem do intensywnej pracy z Drużyną. Musiałem odrobić zaległości i to nie tylko wynikające z przymusowej "przerwy w życiorysie", ale także z faktu, że nigdy nie byłem harcerzem młodszym, a więc ominęła mnie ta obowiązkowa "szkółka". Nie wiedziałem nawet kto to jest zastępowy, którego pracę mógłbym obserwować i naśladując jego przykład samemu uczyć się harcerskiego rzemiosła. A właśnie przed obozem w 1986 roku dowiedziałem się, że mam być kimś takim, i to dodatkowo właśnie zastępu młodszoharcerskiego!

To, że w końcu zostałem zastępowym zawdzięczałem zdarzeniu, które odbiło się szerokim echem w kręgach zawiszackich. Nie wchodząc w szczegóły, chodziło o zniszczenie przez zastępy młodszoharcerskie w czasie biwaku domu pewnej bardzo związanej z Szesnastką pani, żony byłego drużynowego. Z docierających do mnie informacji wynikało, że rada Drużyny stwierdziwszy, iż nowo mianowani zastępowi młodszoharcerscy nie dorośli jeszcze do tego, by prowadzić zastępy, postanowiła na czas obozu mianować zastępowymi starszych chłopców. Chodziło wówczas bodaj o trzy z czterech młodszoharcerskich zastępów: "Wilki", "Byki" i "Kormorany". Czwarty zastęp, "Łosie", nie otrzymał takiego wsparcia, gdyż stwierdzono, że jego zastępowy, Wojtek Talacha, da sobie sam radę ze swoimi harcerzami. Tymczasem "Byki" oddano pod komendę Pawła Burakowskiego - Buraka, a "Wilki" powierzono Krzyśkowi Zbytniewskiemu - Zbytkowi. Obaj tworzyli w zasadzie kadrę młodzoharcerskiego plutonu "Grunwald", a więc ich więź z chłopcami wydawała się całkowicie naturalna i oczywista. Pozostał jeszcze zastęp "Kormorany", dla którego zabrakło już instruktorów z "Grunwaldu". I wówczas zdecydowano się powierzyć ten zastęp mnie.

Było to dosyć nietypowe przedsięwzięcie. Oto bowiem zastępowy "Kormoranów", Paweł Dulla - Szczurek, był już starym harcerskim wygą, miał za sobą doświadczenia poprzedniego obozu i w ogóle sprawiał wrażenie osoby samodzielnej i dosyć obytej z harcerskim rzemiosłem. Pozostali chłopcy, Patryk Trawicki i Artur Markuszewski, byli co prawda mniej doświadczeni, ale za to mieli jakie takie przygotowanie teoretyczne i praktyczne. A przede wszystkim - wszyscy byli już pełnoprawnymi harcerzami Szesnastki, nosili bowiem krajki i kostki. Dodatkowo, Szczurek był młodzikiem, a więc nosił na mundurze krzyż harcerski. Tymczasem ich zastępowym miał zostać człowiek zupełnie nieznany, nie mający jeszcze prawa do noszenia krajki i bez stopnia harcerskiego. Mogło to spowodować pewnego rodzaju konflikt, gdyż Szczurek i Patryk znani byli z zadziorności i "trudnego charakteru", a poza tym ich przywiązanie do Szesnastki mogło być przeszkodą w podporządkowaniu się narzuconemu z góry obcemu zastępowemu.

Na szczęście jeden z elementów mojej "nieprzystawalności" do szesnastkowego standardu udało się usunąć tuż przed obozem. Na wiosnę przeszedłem przyspieszony kurs, a na kwaterce, w czasie zorganizowanego specjalnie na tę okazję ogniska, wręczono mi krajkę i kostki. Ojcem chrzestnym, tj. osobą, która zawiązała moją krajkę, był Leszek Sawicki - Napoleon. Drugi element integracji udało mi się zrealizować dopiero pod koniec obozu, kiedy to po biegu harcerskim zdobyłem stopień młodzika i prawo noszenia krzyża harcerskiego.

Zanim jednak do tego doszło, przeżyłem jedno z najbardziej niezwykłych w moim dotychczasowym życiu doświadczeń - pierwszy obóz harcerski. Początki niezwykłej atmosfery obozu dały się poznać już w czasie prozaicznych wydawałoby się czynności przygotowawczych, a mianowicie ładowania na ciężarówkę sprzętu obozowego. Dla mnie było to jednak dużą atrakcją - wszedłem w nieznane zakamarki magazynów, z których wyciągaliśmy dziesięcioosobowe namioty, wielkie kotły, blachy, sprzęt pionierski i wiele innych rzeczy, o których istnieniu lub przeznaczeniu nie miałem zielonego pojęcia. Zdziwiłem się bardzo, że "dychy" nie mają podłóg, byłem bowiem przekonany, iż na obozie śpi się w "normalnych" namiotach biwakowych. Zaskoczeniem było dla mnie także zabieranie na obóz falistych blach na pokrycie kuchni; dopiero w czasie kwaterki zobaczyłem, na czym w ogóle polega ich wykorzystanie. Po kilku godzinach pracy ciężarowy jelcz wraz z przyczepą był załadowany. Na kwaterkę wybierało się kilku starszych harcerzy i instruktorów (m.in. Andrzej Karwan - Kaczor, Leszek Sawicki - Napoleon, Rafał Lipski - Lipa, Krzysiek Zbytniewski - Zbytek, Maciek Piątkowski - Maciora), a także ja. Niektórzy z nas załadowali się od razu na przyczepę jelcza i wraz ze sprzętem pojechali na miejsce obozu, pozostali (Lipa i Maciora) dołączyli później.

Droga specjalnie się nie dłużyła, opowieściom o czasach minionych, jak i planom na przyszłość, nie było końca. Pod wieczór dotarliśmy do Kopernicy za Człuchowem, nieopodal jeziora Charzykowskiego w Borach Tucholskich, nad którym miał stanąć nasz obóz. Wydarzyło się wówczas coś, co w następnych latach było rutyną kwaterkową, mianowicie samochód ciężarowy zakopał się w piasku i utknął kilkaset metrów od obozu. Było już ciemno, a jedyną szansą na wydostanie się z opresji było sprowadzenie skądś ciągnika, który wyholowałby jelcza. To jednak mogliśmy zorganizować dopiero rankiem następnego dnia. Póki co spędziliśmy więc resztę wieczoru "na pace" lub w szoferce, słuchając radiowej relacji z finałowego meczu piłkarskich mistrzostw świata Meksyk '86, który Argentyna wygrała z Niemcami 3:2.

Następnego dnia wydostaliśmy jelcza z piasku (przy pomocy rolniczego ciągnika, rzecz jasna) i przystąpiliśmy do rutynowych czynności kwaterkowych. Podzieliliśmy wszystkie rzeczy na dwie grupy: twarde (gary, blachy, ruszty, sprzęt pionierski, maszty i poprzeczki od namiotów) i miękkie (płachty namiotowe, materace i "bambetle", czyli bagaże zawierające osobisty ekwipunek uczestników obozu) i pochowaliśmy do rozbitych w tym celu na prędce namiotów. Z kolei poczyniliśmy pierwsze przygotowania do obozu. Przede wszystkim udaliśmy się do leśniczego. Wskazał on miejsce, z którego mogliśmy wziąć sosnowe żerdzie do budowy obozu. Pracowaliśmy w pocie czoła i oganiając się od wyjątkowo natrętnych gzów i much, aby ociosać i przygotować do wyciągnięcia z lasu około 400 żerdzi. Kolejnym zadaniem było znalezienie najbliższego gospodarstwa, z którego mogliśmy brać wodę do picia. Wreszcie musieliśmy znaleźć materiał na budowę kuchni i wymurować ją. Wymagało to zaopatrzenia się w cegły i odnalezienie pokładów gliny, z której powstała zaprawa murarska. Zaczęliśmy także wykonywać najbardziej pracochłonną pracę konstrukcyjną, jaką jest zazwyczaj stawianie pomostu kąpielowego. Trzeba przyznać, że wykonany przez nas pomost tylko częściowo spełniał swoje zadanie. Zwykle jest on bowiem używany zarówno jako umywalnia, jak i "trampolina". Niestety, jezioro Charzykowskie w miejscu naszego obozowania miało brzeg płytki i trzeba było bardzo daleko iść "w morze" (określenie o tyle trafne, że w istocie nie było widać drugiego brzegu jeziora), aby zanurkować. Jeszcze kilkadziesiąt metrów od brzegu woda sięgała ledwie do pasa. Oczywiście pomost w tej sytuacji służył jedynie jako umywalnia.

Pracowaliśmy niemal przez cały tydzień. Wieczorami zbieraliśmy się na ogniskach, z których jedno miało uroczysty przebieg, związany z nadaniem mi krajki i kostek. Wkrótce dołączył do nas Maciora, który wytrzasnął skądś niebieską syrenkę (wraz z kierowcą), używaną w czasie obozu jako środek zaopatrzenia kwatermistrzowskiego. Od razu też ochrzczono ją "Błękitnym Gromem".

Pewnego dnia obudził nas niezwyczajny na kwaterce rumor i zgiełk. Okazało się, że właśnie na miejsce obozu przybyła Drużyna. Po krótkim posiłku przystąpiono więc do budowy obozu. Najpierw Jacek Kajak, który był komendantem podobozu młodszoharcerskiego i jednocześnie komendantem całości, wyznaczył dwa kręgi, w których stanąć miały oba podobozy. Potem rozbiliśmy dziesięcioosobowe namioty. Gdy wiadomo już było, gdzie każdy zastęp będzie mieszkał rozpoczęliśmy prace budowlane. W każdym z namiotów postawiliśmy prycze zbite z sosnowych żerdzi i wyplatane linkami oraz półki, na których wyłożyliśmy zawartość bambetli. Oprócz indywidualnych prac "namiotowych" każdy z zastępów otrzymał budowlane zadania ogólnoobozowe. Ci budowali więc bramę, ci kończyli pomost, jedni stawiali zadaszenie nad kuchnią, inni zaś budowali półki w magazynach sprzętu i "żarcia". Każdy zastęp miał do wykonania jakieś zadanie, co spowodowało, że po kilku dniach wytężonej pracy obóz był wreszcie gotowy do otwarcia. Przedłużyła się co prawa budowa bramy obozowej (pomysłu Napoleona - kryta trzciną, z galerią dla służbowego i opuszczaną kratą zbitą z żerdzi), lecz nie przeszkodziło nam to w uroczystym apelu inauguracyjnym.

Dopiero teraz można było rozejrzeć się po obozie i okolicach. Namioty zostały rozbite na wzniesieniu w rzadkim sosnowym lesie. Tworzyły one dwa kręgi, z których jeden zajmował podobóz "Sulimy" (harcerze starsi zgrupowani w trzech zastępach), zaś drugi - młodszoharcerskiego plutonu "Grunwald" (cztery zastępy). W każdym podobozie była samodzielna komenda. Dodatkowo dwa namioty służyły za magazyny (sprzętu i "żarcia"), zaś jeszcze jeden zagospodarowała pielęgniarka (Tekla) na izolatkę. Kuchnia obozowa znajdowała się u podnóża wzniesienia, bliżej jeziora, choć była jednak dość oddalona od brzegu. W małym namiocie rozbitym w jej pobliżu mieszkał kierowca "Błękitnego Groma". Nieopodal rozciągnęliśmy płachtę spadochronu, pod którą ulokowała się stołówka. W gęstych krzakach w dość sporej odległości od obozu kryła się latryna, osłonięta starym płótnem namiotowym.

Obóz oficjalnie rozpoczął się uroczystym apelem. Ustalono składy zastępów (podobóz "Grunwald": "Łosie", "Byki", "Wilki" i "Kormorany"; podobóz "Sulima": "Leszcze", "Wydry" i "Rysie") i powołano funkcyjnych. Oboźnym naszego podobozu został Lipa, harcerzami starszymi dowodził Tomek Rokicki przy pomocy oboźnego Kuby Skrzyńskiego.

Obozowe harce rozpoczęliśmy od zwiadu terenowego, wymyślonego nie tylko po to, aby poznać okolicę, ale także aby trochę odpocząć po trudach pionierki. Wtedy też nadarzyła się okazja do lepszego poznania chłopców w moim zastępie. Szczurek, dotychczasowy zastępowy, czuł się trochę dotknięty odsunięciem go na czas obozu od sprawowania tej funkcji. Dawała też znać o sobie jego zadziorność, choć w mówiąc szczerze wielu rzeczy nauczyłem się właśnie od niego i to już podczas pionierki. Patryk Trawicki uchodził za najbardziej rozbrykanego harcerza w Szesnastce. Faktycznie - czasami trudno było go opanować, ale razem ze Szczurkiem dawaliśmy sobie z nim radę. Artur był raczej spokojny i w gruncie rzeczy starał się nie zaleźć nikomu za skórę. Taki to był mój zastęp, który miałem prowadzić będąc pierwszy raz w życiu na obozie harcerskim.

Zwiad terenowy stawiał przed nami jeszcze jedno poważne zadanie: wybranie miejsca na rozbicie chatki Robinsona. Coś niecoś o tym już słyszałem od Lipy i Szczurka. Wydawało mi się, że wiem na czym to polega. Zaleźliśmy więc miejsce niedaleko od stromego brzegu rzeki Brdy i po powrocie ze zwiadu obmyślaliśmy jak zbudować chatkę. A czas był najwyższy, gdyż już następnego dnia przed południem odezwał się gwizdek oboźnego ogłaszający alarm ciężki. Należało zatem szybko założyć mundury i spakować do plecaków cały sprzęt biwakowy. Każdy z zastępów meldował się oboźnemu na placu apelowym, po czym odmaszerowywał do magazynu "żarcia", gdzie Kaczor (kwatermistrz) rozdzielał przydział produktów żywnościowych w postaci mąki, kilku jajek, soli i smalcu. Z tym jedzeniem mieliśmy przeżyć w lesie prawie dwa dni. Otrzymaliśmy też po trzy zapałki na zastęp i surowe przykazanie palenia ognia z zachowaniem najwyższej ostrożności. Zakazano nam korzystać z własnego prowiantu i zaopatrywać się w żywność w sklepach lub po wsiach. Aby nikomu nie przyszło do głowy złamać ten zakaz, przetrząśnięto jeszcze nasze plecaki w poszukiwaniu ukrytego jedzenia, zapałek i pieniędzy.

Odpowiednio zaopatrzeni wyruszyliśmy do miejsca, które wybraliśmy uprzednio na chatkę. Zbudowaliśmy tam dość obszerny szałas i przykryliśmy go gałęziami świerkowymi. Gęste poszycie ochroniło nas przed nocnym deszczem. Spaliśmy na "materacach" z mchu i gałęzi, jedliśmy wykonane z mąki, smalcu i jajek podpłomyki, smażone na pokrywkach od menażek i piliśmy herbatę z pociętych liści pokrzyw. Chatkowe zadanie, oprócz przeżycia w lesie, obejmowało także przygotowanie nowych harcerzy do biegu na stopień młodzika. Jak wiadomo w "Kormoranach" było aż trzech "biszkoptów", wśród nich i ja. Szczurek miał więc poważne zadanie, ale z drugiej strony do specjalnych tępaków nie należeliśmy, dość sprawie opanowaliśmy więc wiedzę teoretyczną. Trochę gorzej było z praktyką, szczególnie w zakresie sygnalizacji i terenoznawstwa, ale tu potrzeba było po prostu trochę więcej doświadczenia. Po dwóch dniach krycia się po krzakach spakowaliśmy nasz sprzęt biwakowy, zamaskowaliśmy miejsce postoju i wróciliśmy do obozu.

Po powrocie okazało się, że niezbyt dokładnie zagasiliśmy ognisko, co wykryła późniejsza inspekcja Lipy i Kajaka. Musieliśmy więc wrócić do chatki, zagasić i zamaskować palenisko. Na szczęście obeszło się bez pożaru, choć trawa na brzegu Brdy była lekko nadpalona. Było to poważne niedociągnięcie z naszej strony, a ja jako zastępowy byłem za to szczególnie odpowiedzialny.

Chatki były pierwszym ze stałych elementów gry obozowej. Do innych należały między innymi zawody sportowe (rywalizacja między zastępami) i gry terenowe, które wbrew moim wcześniejszym wyobrażeniom nie były jakimiś tam "podchodami", lecz głównie stanowiły modyfikacje "dwóch ogni". Organizowaliśmy także mecze w tzw. kierata, będącego odmianą rugby, w której piłkę zastępował wypełniony ręcznikami chlebak lub gumowana torba na pelerynę. Podsumowaniem sportowych harców była tzw. olimpiada, w czasie której organizowano takie zawody, jak skok w dal, biegi, rzut do celu i na odległość. Nieodłącznym elementem codziennych zabaw były także, o ile pogoda i program obozu na to pozwalał, kąpiele połączone czasami z materacowymi bitwami morskimi. Poza uczestnictwem w takich wydarzeniach każdy z zastępów rotacyjnie pełnił służbę w kuchni (od kolacji dnia poprzedniego do obiadu dnia kolejnego) i służbę wartowniczą. Bywało i tak, że wprost z męczącej gry terenowej czy z wycieczki trafiało się do kuchni i trzeba było bardzo się sprężać, żeby zdążyć z kolacją na czas. A i to nie wyczerpywało listy "atrakcji" obozowych, bo przecież po niemal codziennych ogniskach i ogłoszeniu ciszy nocnej zdarzało się, że gwizdek oboźnego ogłaszał alarm nocny, w czasie którego należało możliwie najszybciej wyskoczyć ze śpiworów, przebrać się w mundury i stanąć całym zastępem na placu apelowym. Doszło to tego, że w razie pogłosek o planowym alarmie harcerze kładli się spać w mundurach, co oczywiście kadra tępiła niemiłosiernie. Innymi sposobem umilania nam obozowego życia były kontrole czystości, także organizowane po ciszy nocnej przez pielęgniarkę. Do tego wszystkiego dochodziło jeszcze uczestnictwo w radach obozu, w których jako zastępowy brałem udział na równi z pozostałymi szarżami. Dość na tym, że po dwóch tygodniach wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni i każdą wolną chwilę (a nie było ich zbyt wiele) wykorzystywaliśmy na sen. Zdarzało się nawet, że ktoś haniebnie zasypiał na warcie, co przeważnie kończyło się oblaniem delikwenta wiadrem wody, skutecznie wyrywającym z błogiego snu. Doszło wreszcie i do tego, że na nocnym biegu, w czasie którego mieliśmy podejść obóz innej drużyny, idąc skrajem szosy w cztery osoby niemalże zasnęliśmy w marszu i nie zauważywszy skrętu drogi - poszliśmy prosto i wpadliśmy do rowu na poboczu!

Trochę wytchnienia dało nam święto obozu, na które zjechali Zawiszacy i niektórzy z rodziców. W czasie święta zorganizowano mecz Drużyna contra Zawiszacy, który był chyba jedynym oficjalnym wydarzeniem święta obozu. Poza tym przez półtora dnia panował błogi spokój, zaś wolny czas, określany jako "leżenie na czołgach" (za filmem "Złoto dla zuchwałych"), mogliśmy wykorzystać na pranie, pisanie listów do domu, przygotowywanie się do biegów i obmyślanie tras rajdu. Zaraz bowiem po zakończeniu święta wyruszyliśmy na ów rajd, który starsi i bardziej doświadczeni harcerze reklamowali od kilku dni. Każdy z zastępów opracował własną trasę i przedstawił ją komendzie obozu. Ponieważ nie czułem się na siłach, aby samemu sprostać zadaniu poprowadzenia rajdu mojego zastępu, nie wiedząc za bardzo jak zorganizować pewne rzeczy i w ogóle "jak to się robi", połączyłem nasze siły z zastępem prowadzonym przez Krzyśka Zbytniewskiego, gdyż okazało się, że "Wilki", podobnie jak my, zamierzały udać się nad morze, do Gdańska i na Hel.

Wyruszyliśmy zatem na Wybrzeże. Pierwszy raz w życiu widziałem wówczas Gdańsk i Gdynię. Niektórzy z nas w ogóle pierwszy raz z życiu byli nad morzem. Z Gdańska przedostaliśmy się do Chałup, znęceni famą plaż naturystów (nie widzieliśmy żadnej takiej plaży!), a stamtąd - na Hel. To właśnie wtedy Patryk Trawicki, widząc na plaży światła Jastarni czy może innej miejscowości na półwyspie i sądząc, że to już drugi brzeg Bałtyku, powiedział rozczarowany: "Ale to morze małe..." Wracając statkiem z Helu do Gdyni symbolicznie zasoliliśmy nasze morze, wysypując doń kilogram soli, którą uprzednio kupiliśmy w sklepie. Rajd zakończyliśmy spotkaniem z pozostałymi zastępami w Malborku, skąd po zwiedzeniu krzyżackiego zamku udaliśmy się do Chojnic, a dalej nocnym marszem do obozu.

Codzienne obozowe życie, pomiędzy tak istotnymi wydarzeniami, jak chatki, rajd, czy święto obozu, było dobrą szkołą zaradności, a nierzadko przyczyną rozwoju zdolności wynalazczych i racjonalizatorskich, o jakie nikt by nas nie posądzał. Na przykład, próbę milczenia w trakcie zdobywania sprawności trzech piór (znanych też jako "Cipiór") starano się przebyć pomyślnie wkładając do ust zapałkę lub kawałek patyka. Najczęściej oblewało się próbę milczenia na skutek nawet krótkotrwałej utraty kontroli nad swoim językiem. Wystarczyło zamyślić się, albo czymś zająć, a to wystarczało, żeby prowokatorzy, czyhający na każdy moment słabości, wymusili na odbywającym próbę odezwanie się. Czasami biedak otwierał usta i niemal natychmiast orientował się, że nie powinien nic mówić, ale było już za późno, bo jakiś okrzyk już zdążył z siebie wydać. Dlatego kawałek drewna pomagał zachować samokontrolę. Oczywiście, było to nielegalne i tępione przez kadrę obozu, jako niezgodne z zasadami zdobywania tej sprawności. Innym wynalazkiem, było połączenie tradycyjnej metody szorowania garów z całkiem nowoczesnym sposobem. Jak wiadomo, nie używano wówczas detergentów (a przynajmniej nie na taką skalę, jak dziś), bo po prostu nie było ich w sprzedaży, za to wracano do sprawdzonych od dawien dawna "środków czystości": piasku i kawałka drewna, którym szorowano przypalone naczynia. Pomysłowość kilku osób pozwoliła jednak na opracowanie nowoczesnej metody: brało się trochę zużytą kostkę mydła (jeden z harcerzy poświęcał swój prywatny zapas) i obtaczało ją w piasku. Z daleka wyglądało to jak kawałek drewna. Szorowało gary niczym piasek, jednocześnie pieniąc się i rozpuszczając przypalony tłuszcz. Oczywiście i takie metody były zakazane, ale czasami nie było innego wyjścia i wiele osób korzystało z tego wynalazku.

Spośród pozostałych wydarzeń obozowych czekały nas jeszcze dwie ważne imprezy: wielkie manewry i biegi na stopnie. O ile manewry tym jedynie różniły się od zwykłej gry terenowej, że trwały dwa dni, w czasie których biwakowało się w lesie i wzajemnie "podchodziło" wrogie obozowiska, o tyle po krążących od kilku dni pogłosek o biegach spodziewałem się czegoś do tej pory nieznanego. Liczyłem na to, że przedsmakiem biegu na stopień będzie dla mnie bieg na orientację. Okazało się jednak, że czas, w którym zorganizowano ten bieg był z kolei jedynym, który, wobec natłoku zajęć, mogłem przeznaczyć na zdobycie wspominanej już słynnej sprawności trzech piór. Jako jedyny spośród sporej grupy przystępujących do zdobycia tej sprawności pomyślnie przeszedłem próbę głodu i milczenia. Wieczorem drugiego dnia zdobywania sprawności odprawiono mnie więc do lasu na ostatnią próbę - samotności. Miałem ze sobą tylko pelerynę od deszczu, trzy zapałki, kilka ziemniaków i nóż. Nie mogłem wziąć nawet zegarka. Miałem natomiast po 24 godzinach stawić się obozie niezauważony przez nikogo. Przez cały ten czas musiałem unikać jakichkolwiek kontaktów z ludźmi, a nawet chować się przed poszukującym mnie patrolem. Noc przetrwałem bez większych niespodzianek. Było trochę zimno, ale wytrzymałem. Rankiem przeniosłem się do gęstego zagajnika, sądząc, że nikt raczej nie będzie się przebijał przez chaszcze i nie narażę się tym samym na spotkanie z człowiekiem. Zrobiłem sobie zegar słoneczny z patyków i przesiedziałem w lesie do wieczora. Nawet nie bardzo chciało mi się jeść, ale mimo to upiekłem w żarze ziemniaki, bardziej po to, by zabić dłużący się czas, niż by zaspokoić głód. Wreszcie, gdy zaczęło już zmierzchać, wyszedłem z kryjówki. Zbliżałem się już do obozu, kiedy nagle zauważył mnie wśród drzew jeden w chłopców z obozującej nieopodal drużyny harcerskiej. Nie przyznałem się, że właśnie odbywam próbę samotności, jednak kiedy wróciłem do obozu na pytanie, czy spotkałem kogoś w lesie odpowiedziałem zgodnie z prawdą twierdząco. Właśnie to zdarzenie, na pół godziny przed wyznaczonym terminem powrotu do obozu, spowodowało, że sprawności nie zdobyłem. Byłem już tak blisko, jednak uznano, że warunki próby nie zostały spełnione. Miałem wtedy łzy w oczach. Z mojej próby nic nie wyszło, a dodatkowo nie wziąłem udziału w biegu na orientację, tracąc tym samym szansę podszkolenia się terenoznawstwie.

Potem były manewry - wielka gra terenowa, w czasie której zdobywaliśmy mosty i drogi, goniąc i uciekając, kryjąc się w lesie i tropiąc nieprzyjaciół. Zmęczeni dwudniowymi harcami przystąpiliśmy jednak ochoczo do biegu na stopień młodzika. Oprócz harcerzy młodszych brali w nim udział także harcerze starsi, z których niektórzy byli po raz pierwszy na obozie i nie mieli jeszcze okazji zdobyć krzyża. Bieg trwał cały dzień. Jego trasa ciągnęła się przez wiele kilometrów, zaś wśród przeszkód najbardziej dała mi się we znaki przeprawa nad strumieniem po linie. Po całym dniu zmagań dotarłem do obozu, gdzie okazało się, że omyłkowo pominąłem jedną z przeszkód, właśnie terenoznawstwo. Musiałem zatem już w okolicach obozu odbyć "egzamin z terenki", co nawet wyszło mi na dobre, gdyż wszystko działo się w dobrze mi znanych okolicach. Zaliczyłem tym samym wszystkie przeszkody i pomyślnie zakończyłem bieg na stopień młodzika.

W nocy obudził mnie Lipa i nakazując milczenie kazał założyć mundur udać się w oznaczone miejsce w celu odbycia jeszcze jednej próby. Z opowiadań Szczurka wiedziałem już, że próbą tą będzie tradycyjny "bieg biszkopta", aplikowany wszystkim harcerzom, którzy byli na obozie po raz pierwszy. Dlatego też nie dałem się zaskoczyć zarzucaniem na głowę śpiwora, łamaniem gałęzi i pojękiwaniem, jakim straszono "biszkoptów". Jeszcze tylko próba polegająca na skosztowaniu przygotowanej przez Kaczora papki, na którą składała się, o ile mnie smak nie zawiódł, musztarda, miód, sok z ogórków i miętowa pasta do zębów, i nagle popędzany krzykami straszących mnie kolegów - stanąłem na polanie, na której płonęło spore ognisko. Wokół ognia zebrani byli prawie wszyscy harcerze, a ci których brakowało, za chwilę nadbiegli zziajani. Byli to już ostatni uczestnicy "biegu biszkopta". Tymczasem odczytano rozkaz o przyznaniu stopni młodzika: byłem wśród tych, którym wręczono krzyż harcerski. Złożyłem przyrzeczenie harcerskie i od tej pory mogłem czuć się pełnoprawnym harcerzem Szesnastki. Odśpiewaliśmy Rotę Szesnastki, pieśń wykonywaną zawsze przy takich specjalnych okazjach i ruszyliśmy do obozu. Liczyłem na to, iż siłą rozpędu uda mi się zdobyć również stopień wywiadowcy, co byłoby wskazane w odniesieniu do zastępowego. Jednakże przeceniłem swoje siły i nie zdołałem ukończyć biegu pobłądziwszy w lesie w czasie próby nocnej. Na zdobycie wywiadowcy musiałem więc czekać do następnego roku.

Obóz miał się ku końcowi. Zmęczenie dawało o sobie znać. Ciągnęło nas już do domów. Zaczęliśmy zwijać obóz, a po dwóch dniach pracy odbył się uroczysty apel pożegnalny, po którym ruszyliśmy w drogę powrotną: autobusem do Chojnic, stamtąd pociągiem do Gdyni i dalej do Warszawy. Jechaliśmy całą noc. Każdy zastęp dostał do dyspozycji jeden przedział w pociągu pospiesznym do Warszawy. A byliśmy tak zmęczeni, że od razu zasnęliśmy: Patryk i Artur na kanapach, ja na podłodze, zaś najmniejszy z nas, Szczurek - na półce bagażowej. W ten oto sposób mój pierwszy obóz dobiegł końca.

Tak naprawdę prawie wszystko było na nim pierwsze: pierwsze rozbicie namiotu, pierwsza chatka w lesie, pierwsze samodzielnie wykonane zadania, pierwszy rajd (kiedy to po raz pierwszy odwiedziłem Trójmiasto) i pierwsze spostrzeżenie, iż nie wszystko, co wydaje się łatwe i proste w istocie jest osiągalne. Nawet tak bliskie realizacji zadania, jak zdobycie trzech piór nie dały się łatwo wykonać, a co dopiero mówić o zdobyciu stopnia wywiadowcy. Jednakże pierwsze tego typu doświadczenia, mimo swojej "bolesności", były niezbędne. Okazało się bowiem, że harcerstwo to przede wszystkim praca nad sobą i zespołowe działanie, że podstawowe znaczenie ma oczywiście samokształcenie się i doskonalenie w technikach, ale także współdziałanie ze wszystkimi członkami zastępu, koleżeństwo i wzajemne wspieranie się w razie potrzeby. Świadomość tego, że mogę liczyć na kolegów z Szesnastki umocniło we mnie przekonanie, że związanie się z tą Drużyną było słuszne i, jak pokazała przyszłość, w istocie wiele zawdzięczam 16 WDH. A z mojego pierwszego obozu przywiozłem do domu węgliki z ogniska, przy którym składałem przyrzeczenie oraz pióro dzikiego ptaka (może myszołowa), które do dziś przechowuję jako pamiątkę tego wspaniałego wydarzenia.

Lech Najbauer