Wyszukiwanie zaawansowane
Relacje
do poprzedniego artykułudo końca stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
1915-07-01 | Warszawa | Tadeusz i Janusz Meissnerowie
Kolonia w Wilczogębach – 1915 rok

Oficjalnie nosiła nazwę „Kolonia dla młodzieży szkolnej nr 17” i była pod opieką Centralnego Komitetu Obywatelskiego. Nieoficjalnie była drugim obozem Drużyny Skautowej im. Zawiszy Czarnego (później nr 16), działającej przy Szkole Realnej im. St. Staszica w Warszawie. Uczestników było trzydziestu dwóch, z których imiennie w swym wspomnieniu Tadek Meissner podaje dwudziestu siedmiu.


Sztab kolonii stanowili:

Komendant-drużynowy – „Jurek” (Jerzy Wądołkowski)

Oboźny – „Stary Gucio” (Tadeusz Gutowski)

Magazynier-plutonowy – „Bociek” (Bohdan Pniewski)

Gospodarz-główny kucharz – plutonowy – „Jałoszka” (Jerzy Boguski)

Zastępowi: - „Kaftan” – Stefan Kaftański, „Stary Dzik” – Tadeusz Skinder, „Dolek” – Adolf Garszyński, „Młody Gucio” – Stefan Gutowski.

 

„Funio” – Stefan Rutkowski – opowiada o kolonii w żartobliwej piosence, z której zachowało się w pamięci Tadeusza Meissnera kilka zwrotek:

 

W wilczogębskim sztabie

Jest aż czterech ludzi:

Jurek dmucha w gwizdek

A Gucio nas budzi.

 

Bociek magazynier

Ma porządek wielki,

Wszystko połamane –

Piły i hebelki.

 

Nasz kucharz Jałocha

Ma włosięta płowe,

Za to nam obiady

Pitrasi skautowe.

 

A wokoło domu

Porządek aż świeci.

Wszystko jest w porządku

Oprócz jednych śmieci.

 

Nasz plac tenisowy

Gładki jak marmurek:

Ma sześćdziesiąt dołków,

Sto sześćdziesiąt górek.

 

Tak w tym byczym miejscu

Wszyscy słodko żyją.

Zaciągają pasy

I myślą, że tyją.

 

Tak żyje kolonia

Z rzędu siedemnasta.

Historia skończona:

Rozejść się – i basta!...

 

„Manlicher Stary” – Janusz Meissner – tak wspomina kolonię w książce wydanej przez „Iskry” w 1967 roku pt. Jak dziś pamiętam…:

 

„Letnia kolonia harcerska […] Drużyna im. Zawiszy Czarnego zajęła dwie izby w chacie sołtysa oraz pustą stodołę, a oprócz tego rozbiła wielki brezentowy namiot na pobliskiej łączce we wsi Wilczogęby nad Bugiem.

 

Jeszcze zanim to nastąpiło, wynikła kwestia kucharzy. Potrzebnych było trzech, przy czym mieli zmieniać się co tydzień, tak że na każdego wypadało dwa tygodnie gotowania dla trzydziestu uczestników kolonii. Za to żaden kucharz nie będzie obierać kartofli, nosić wody i zmywać naczyń oraz kotłów i garnków.

 

Mimo tej zachęty nikt nie zgłosił się ochotniczo, więc zastępowi wszczęli gwałtowną agitację na zbiórkach, podkreślając społeczne funkcje kucharzy, stronę ideologiczną zagadnienia i w ogóle ˓˓biorąc nas pod włos˒˒. Gdy obiecano po dwóch niewykwalifikowanych pomocników do śniadania i kolacji oraz po trzech do obiadu – uległem.

 

Odbyłem wraz z dwoma innymi dziesięciodniowy kurs kulinarny w miejskiej kuchni dla niezamożnej inteligencji na ulicy Brzozowej (co na dłuższy czas pozbawiło mnie zupełnie apetytu) i zostałem fachowym kucharzem. Muszę nadmienić, że zdobyta wiedza i praktyka nieraz mi się w życiu przydały, a jeśli chodzi o moją działalność w Wilczogębach, to nie okazała się ona bardzo szkodliwa dla żołądków tamtejszej społeczności harcerskiej. Przeciwnie, bardzo sobie chwalili mój pierwszy tydzień, tylko niejaki ˓˓Biszkopt˒˒, któremu powierzono troskę o zaopatrzenie w prowiant, załamywał ręce nad ilością zużywanego przeze mnie masła, śmietany i ˓˓maggi˒˒.

 

Chodziłem w glorii, byłem ważny, niewykwalifikowani karnie wykonywali moje rozkazy, a surowe zarządzenia władz naczelnych skutecznie zapobiegały wszelkim docinkom i dowcipom pod adresem zaszczytnych funkcji społecznych, jakie tak ofiarnie spełniałem.

 

Doszło do tego, że gdy w końcu lipca przyjechało z Warszawy kilkoro rodziców, aby nas odwiedzić i przekonać się na własne oczy, że pociechy nie potonęły w Bugu, nie całkiem zarosły brudem, nie zmarniały na obozowym wikcie i nie dostały zapalenia płuc podczas noclegów pod namiotami – sam drużynowy, Jurek Wądołkowski, prosił mnie – najznakomitszego kuchmistrza w promieniu trzydziestu kilometrów! – abym ugotował ˓˓galowy obiad˒˒ poza kolejnością.

 

Wystąpiłem z zupą neapolitańską (z makaronem i tartym serem), z gulaszem i z kompotem z agrestu. To wytworne menu było zresztą moim ostatnim wyczynem w Wilczogębach – z przyczyn strategicznych… Mianowicie tegoż dnia gruchnęła wieść, że wojska niemieckie przełamały obronę rosyjską w rejonie Przasnysza i od północy maszerują na Warszawę, grożąc naszej Drużynie odcięciem od stolicy.

 

Nie był to zapewne główny cel niemieckiego natarcia, ale wśród rodziców i naszego dowództwa powstała konsternacja, a gdy listonosz z poczty zawiadomił nas, że z Wyszkowa do Tłuszcza nie kursują pociągi pasażerskie, nastroje stały się paniczne.

 

Opanował je sztab, głównie w osobach Jurka Wądołkowskiego i ˓˓Boćka˒˒ - Pniewskiego. Nasz wywiad szczegółowy doniósł, że ruch kolejowy między Tłuszczem a Warszawą trwa nadal, a do Tłuszcza można się dostać końmi lub choćby marszem pieszym, bo odległość nie przekracza trzydziestu kilometrów.

 

Zwinęliśmy wtedy nazajutrz o świcie obóz, załadowaliśmy sprzęt, namioty, kuchnię i zdenerwowanych rodziców na dwie furmanki, a sami szykiem ubezpieczającym ruszyliśmy do Tłuszcza. Ten genialny manewr zniweczył zakusy niemieckich feldmarszałków: nie zdążyli nas wziąć do niewoli w Wilczogębach lub zmusić do odwrotu na wschód. Na pięć dni przed wycofaniem się armii rosyjskiej za Wisłę byliśmy w Warszawie."


Źródło: Szkoła im. Stanisława Staszica 1906 – 1950, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, str. 400-402, przepisał hm. Dyzma Zawadzki

do poprzedniego artykułudo początku stronydo strony głównejpowrót do spisu treścido następnego artykułu
©2000 - 2017  16WDH