|
Roman Różycki
1927 rok
Do pracy w noworozpoczynającym się roku 1927 wprowadzono pewne nowe
motywy. Mianowicie przy tworzeniu programów pracy na rok bieżący
postawiono sobie jako zasadę objęcie całokształtu życia chłopca, dostarczenia mu
na terenie Drużyny rozrywek, oraz stworzenia życia towarzyskiego i sportowego.
Dotychczas w programach pracy zastępów były brane pod uwagę prawie
wyłącznie tematy ściśle związane z harcerstwem. W roku obecnym zaszła tu
zasadnicza zmiana: dla zastępów starszych na tematy zbiórek zostały wzięte
przede wszystkim tematy ogólne z dziedziny techniki, historii, nauki o Polsce
współczesnej, historii odkryć, jak np.: "Morze polskie, porty i port w Gdyni",
"rozwój lotnictwa", ,"stan lotnictwa w Polsce", "sławni Polacy"
i t.d. Celem
podniesienia poziomu pracy w Drużynie, przez stworzenie współzawodnictwa
między zastępami, urządzono na wzór ubiegłego roku dwa konkursy zastępów,
trwające po dwa miesiące. W pierwszym zwyciężyły "Rysie", w drugim "Orły".
Praca zastępów nie ograniczała się do zbiórek, ale w ciągu całego roku urządzano
bardzo dużo wycieczek i gier. Między innemi zwiedzono gazownię, fabrykę
amunicji "Pocisk", przędzalnię "Wola", "Polskie Radio", muzea, oraz różne
zabytki. Z gier tegorocznych najpopularniejszymi były: przekradanie, detektyw
(śledzenie wskazanych przez zastępowego osób na ulicy), marsz ze ślepym
planem i t. d.
Poza zbiórkami zastępów w skład zajęć chłopców wchodziła również praca w
warsztatach. Należenie do warsztatu nie było przymusowe, jeżeli jednak ktoś się
zapisał do danego warsztatu, musiał na zbiórki warsztatowe uczęszczać
regularnie. Odbywały się one raz na tydzień.
Najliczniejszym był "zastęp łączności", prowadzony przez Tadeusza
Orczyńskiego, złożony z chłopców pochodzących ze wszystkich zastępów.
Zaznajamiano w nim ze służbą łączności, a więc z sygnalizacją, telefonami
polowymi, podstawami radiołączności, telegrafem Morse'a i t. p. Stworzono ten
zastęp z myślą, że w przyszłości, gdy liczba tego rodzaju grup, pracujących w
pewnych dziedzinach zwiększy się, każdy chłopiec w zastępie miałby swoją
specjalność, przez co zastęp stanowiłby jednostkę gruntownie i wszechstronnie
wykształconą w zakresie techniki harcerstwa. Na duże jednak trudności
natrafiano przy próbach wcielania tego planu w życie wobec braku odpowiednich
kierowników.
Poza zastępem łączności istniało kilka warsztatów, a więc: warsztat modelarski,
prowadzony przez przybocznego Romcia Narbutowicza, który pracował przede
wszystkim nad budową modelu okrętu, poza tym przygotowywał dekoracje do
różnych imprez, urządzanych przez Drużynę. Drugim był warsztat introligatorski,
również prowadzony przez wszechstronnego Romcia - uczono w nim chłopców
robót introligatorskich, a przede wszystkim oprawy książek. Trzecim i ostatnim
był warsztat zabawkarski, stworzony dla młodszych zastępów, a prowadzony
przez trzech "Orłów" (najstarszy zastęp). Robiono tam różnego, rodzaju zabawki,
między innemi lalki do szopki. Podczas tych robót uczyli się chłopcy wycinania
laubzegą i zapoznawali się z ogólnemi zasadami stolarki i robotami z gliny.
Bardzo dużą uwagę zwracano w tym roku na sporty. Wielu chłopców uprawiało
siatkówkę (volley-ball); - byli oni podzieleni na 2 grupy, z których każda miała
swego kierownika. Treningi obu grup odbywały się raz na tydzień na sali
gimnastycznej lub podwórku szkolnym. Korzystając z tego, że w Państwowym
Instytucie Wychowania Fizycznego odbywał się kurs boksu i szermierki, Drużyna
zapisała na nie cały szereg starszych chłopców. Poza tym dwóch ludzi
uczęszczało i ukończyło kurs gimnastyki, zorganizowany przez Chorągiew.
Urządzano także wielkie zawody łyżwiarskie w "Dolinie Szwajcarskiej".
W starszych zastępach w niedziele i święta odbywały się zebrania towarzyskie,
które zeszłego roku wprowadził nieistniejący teraz już zastęp Żubrów, ale które
rozpowszechniły się dopiero teraz. Pomimo, że obecność na nich nie była
obowiązkowa, cieszyły się one zawsze dużą frekwencją; urządzano je w
mieszkaniach prywatnych, w teatrach, kinach, na sankach lub ślizgawce.
W tym roku po raz pierwszy Drużyna zajęła się bliżej pracą społeczną.
Zorganizowały ją dwa najstarsze zastępy "Orły" i "Rysie". Polegała ona na tym,
że w schronisku dla ociemniałych przy ul. Polnej 42 było kilku ociemniałych,
kształcących się w seminarium nauczycielskim, nie posiadających podręczników
z wypukłym drukiem. Każdy więc z chłopców z obu zastępów zajął się jednym
takim ociemniałym; wszyscy mieli w oznaczone dni godzinne dyżury w
schronisku, podczas których czytali niewidomym; dyżury takie miał każdy zastęp
codziennie."
(Historia roku harc. 1926/27 - z 2 alb. Draż., autor nie znany).
W marcu został zorganizowany przy I Hufcu Stołecznym, prowadzonym przez
dha Z. Wierzbowskiego, kurs dla zastępowych, w którym z Szesnastki wziął
udział cały zastęp "Orłów", zajmując II miejsce w kwalifikacji ogólnej. Poza tym
indywidualnie zajął drugie miejsce "Gryzmuś" Piaskowski, który na odbytej
próbie na zastępowego dn. 22.VI zdobył 35.6 punktów na 45 możliwych.
Ponieważ ówczesną ambicją Drużyny było wyjechać na wycieczkę na każde
święta Wielkanocne, wiec i tym razem wybrano się na 6 dni na Pomorze.
Prowadził drużynowy Pietrek Pawlikowski, udział brało 14 ludzi, w tym dh.
podharcmistrz Zyg Wierzbowski. Pierwszego dnia zwiedzono Toruń, drugiego
Bydgoszcz i okolice, korzystając przy tym z gościnności Honorowego
Zawiszaka, pani Doktorowej Mieczysławy Glińskiej. Następnie zwiedzono
Gdańsk, miasto i port, budujący się port handlowy i wojenny w Gdyni, kilka
statków z floty wojennej i handlowiec "Wilno". Najdalszym punktem wycieczki
był Puck, gdzie oprócz miasta obejrzano port hydroplanów. Z Pucka powrócono
bezpośrednio do Warszawy. Jako łup przywieziono list dla Drużyny, napisany
przez Starostę Morskiego gen. Mariusza Zaruskiego, o treści następującej:
"Szczęść Boże spotkanej przygodzie w Redzie dzielnej harcerskiej drużynie.
Wracajcie nad morze, abyście mogli dokończyć zaczętą przez nas pracę. Polska
musi stać się mocarstwem morskim.
Czuwaj!
Reda, 23.IV.1927 r.
M. Zaruski."
Dn. 4, 5 i 6 czerwca brała udział Drużyna w zlocie Chor. na Siekierkach,
wystawiając do konkursu w dziedzinie obozownictwa ekipę z 12 chłopców.
"W celu zebrania potrzebnych funduszów na obóz letni, urządzono cały szereg
imprez dochodowych, z których największymi były: 2 wieczorki urządzone na
sali Tow. Techników i szkoły Wawelberga, z których każdy dał po kilkaset zł.
czystego dochodu, wystawiono w lutym 2 razy szopkę, na sali gimnastycznej
wyświetlano filmy, wreszcie na wiosnę urządzono wielką loterję fantową. Z
zebranych funduszów między innymi zakupiono trzeci duży namiot, podobny do
tych, które zamówił Zyg przed Meczyszczem i dużą sumę poświęcono na pomoc
dla niezamożnych harcerzy przy opłacaniu obozu.
Na wiosnę cała Drużyna sprawiła sobie nowe mundury, które ogółem kosztowały
1.200zł. (po 25 zł.)."
(Hist. roku harc. 1926/7 z 2 Alb. Druż, autor nie znany).
Ósmy obóz Drużyny został urządzony nad jeziorem Studziennicznem w
Augustowskiem. Komendantem był Pietrek Pawlikowski, oboźnym - Tadzio
Klamer, członkiem komendy Hm. Stawecki dawny "Eskulap", zaś opiekunem p.
Glińska, Zastępów 4; Orły, Rysie, Kruki i Bobry razem 31 ludzi.
 |
|
1927r. Obóz w Studzienicznej. Raport. |
Nowością obozu były zawody "na mistrza obozu", którym został Klarner
Zbigniew, wyw. z zast. Rysiów, zdobywając piękny medal, którego fotografia
znajduje się w II Albumie Drużyny. Zawody obejmowały wszystkie dziedziny
życia obozowego. W Studziennicznej została też stworzono sławna i dawniej b.
popularna piosenka, zaczynająca się od słów: "U Mrożą sobie siedzę
sam..."
Najważniejszą wszakże rzeczą było "podchodzenie" 2 W.D.H. im. T. Rejtana,
uwieńczone wspaniałą zdobyczą bandery głównej i wodnej tej drużyny. Było to
tak:
"Tego wieczoru miałem z kolei stać na I zmianie warty nocnej. Noc była cicha,
niebo bez chmurek. Księżyc w pełni. Las drzemał spokojnie na wyniosłym
brzegu Studziennicznej. Z kęp odzywały się ciche głosy ptactwa błotnego.
Czułem senność. Ale piękna, usypiająca muzyka nocy letniej została skłócona
"fałszywym półtonem". Oto wielka chmara komarów zleciała z nad jeziora w
poszukiwaniu wartownika - swego zwykłego nocnego żeru. Znalazły mnie i
natychmiast czar i senność nocy odleciały bezpowrotnie. Nie mogąc ustać
spokojnie na miejscu ruszyłem zdecydowanie na obchód obozu, myśląc, że
zmęczę lecące za mną komary. Wtem... usłyszałem z głębi lasu trzask gałązek... i
znowu cisza... i powtórny trzask. Teraz nie miałem już wątpliwości. Podchodzą
nas! Szybko wycofałem się do obozu i wślizgnąłem do namiotu najstarszego
zastępu: "cichy alarm".
Po paru minutach mała tyralierka wślizgnęła się do lasu. W chwilę potem
piekielny łoskot, hałas, krzyki, nawoływania ożywiły uśpiony las. Po krótkiej
gonitwie po lesie niefortunni "podkradacze" znaleźli się w obozie i przy
dogasającym ognisku rozpoczęły się ceremonie powitalne. Ludzie żywiący ku
sobie w tej chwili niekłamaną i straszliwą nienawiść z najsłodszym uśmiechem
na ustach zapewniali nas:
- Bardzo przepraszamy za tak spóźnioną wizytę...
- Ależ, co znowu!? Bardzo nam było miło...
- Cała przyjemność po naszej stronie!
Gdy ostatni z gości opuścił granicę obozu - spojrzałem po twarzach "Orłów" i
"Rysiów". Wszyscy mieli miny skupione, a w oczach paliły się krwawe błyski:
"Zemsta! Zemsta! Krwawa zemsta!"
W kilka dni potem pięciu mścicieli opuszczało wieczorem obóz. Piguła inaczej
znany pod imieniem Janusza Klamera czyli wartownik, czyli poprostu ja; Józef
bez przydomka "Girtler", słusznie tak zwany Gryzmuś (Piaskowski) i jeszcze
słuszniej zwany Jajko (Jerzy Klamer) i wreszcie z irlandzka nazywany T. O.
Hollender (Tadeusz Orczyński). W milczeniu i ciszy posuwaliśmy w dobrze
znanym kierunku. W bliskości obozu wrogów rozdzieliliśmy się. Ja wraz z T.
0."Hollender"em tworzyliśmy jedną grupę i jako awangarda mieliśmy uważać na
bezpieczeństwo siły głównej. Zadaniem naszem było wejść do obozu od strony
jeziora i ewentualnie sprzątnąć wartę, żeby nie utrudniała w robocie. Cicho,
ślizgając się, jak węże, dotarliśmy na jakieś 50 kroków do obozu.
Warty nie widać. Pewnie zmęczyła się w ciągu dnia i teraz sobie odpoczywa.
Zaczynamy więc skradać się do masztu, gdy wtem... od jeziora dochodzą jakieś
hałasy. Skrzyp dulek i głos komendy daje nam znać, że wraca wyprawa wodna: z
gwarem i bez ceremonii wchodzą do obozu i układają się do snu.
Odczekawszy trochę, ostrożnie wychylam głowę z za kłody drzewa - w obozie
cisza zupełna i ciemno, choć oko wykol. Nagle księżyc, który dotąd sprzyjając
nam, krył swe oblicze w chmurach, teraz z wrodzonem chamstwem odsłonił się i
srebrna jasność zalała polanę... Dziwnie uroczo wyglądał teraz obóz. Ciemna
tafla jeziora przecięła jasną, falującą smugę światła, namioty, odcinające się ostro
na tle ciemnego lasu, maszt wystrzelony ku granatowej kopule nieba - wszystko
nabrało jakiejś dziwnej pięknej grozy... I znowu byłbym się pogrążył w
romantycznych marzeniach, gdyby nie złośliwy komar, który zaczął mnie kłuć w
i tak już duży nos. Zgniotłem gada i to wzbudziło we mnie krwiożerczość.
Księżyc, jakby odgadłszy moje uczucia, czem prędzej nasunął na głowę puszysty
obłok, zostawiając uśpioną "Dwójkę" swemu losowi.
Bezgłośne ryknięcie - i dwa cienie suną w kierunku masztu. Na Merkurego! Na
maszcie chwieje się, tuż przy ziemi, zapomniana bandera! Staję przy maszcie,
okrywszy się dla niepoznaki materiałem i rozplątuję sznurki. Nagle! (czuję, że
czytelnik zwymyśla mnie wkrótce za te wykrzykniki) - w namiocie, tuż obok, jakiś
lunatyk widocznie, a może zupełnie normalny człowiek stęknął jak krokodyl i coś
zagadał. Wkleiłem się poprostu w drzewo. Mój towarzysz skamieniał w postawie
Galatei, bo właśnie przypinał na namiocie bilet wizytowy Szestnastki. (Jako
bowiem ludzie, mający zasady obozowego savoir vivre'u, zabraliśmy z sobą
bilety wizytowe z pięknie wykaligrafowanem: "Rejtaniakom - czuwaj!
Zawiszacy!", by gospodarze wiedzieli kto ich odwiedzał).
Nie otrzymawszy odpowiedzi, lunatyk stęknął jeszcze raz, przewrócił się na drugi
bok i zasnął.
Odczepiwszy banderę, zwinąłem ją w kłębek i w nogi. Przylecieliśmy na miejsce
zbiórki jak dwa duchy. Radość dodała nam skrzydeł. Tam spotkaliśmy
towarzyszów. I im powiodło się nadzwyczajnie. Znaleźli leżącą na ziemi banderę
morską. Nie mogąc znieść takiego pohańbienia sztandaru, podnieśli go i z
poszanowaniem przynieśli na punki zborny.
Ruszyliśmy z powrotem... W obozie złożyliśmy, mimo późnej pory raport,
załączając dwie bandery, na dowód, że godnie zrewanżowaliśmy się naszym
sąsiadom.
W epilogu tej historii, nazajutrz o godz. 5-tej rano w obozie zameldowała się
delegacja "Dwójki" z prośbą o oddanie bander. Mieli miny trochę niewyraźne...
- Z własnych przeżyć dha Klarnera Janusza czyli Piguły spisał Antoni
Mikoszewski, zwany Klawidrągiem."
(Teczka 1927 r. Arch. Drużyny).
 |
|
1927r. Obóz w Studzienicznej. Łup jednej
nocy. |
Z ważnych wydarzeń na obozie należy jeszcze wspomnieć pierwszą wyprawę
"morską" Szesnastki po paśmie jezior, od której to wyprawy Drużyna ma swoją
własną Banderę Morską.
W jesieni odbyło się uroczyste otwarcie nowego roku harcerskiego 1927/8 w
Łazienkach, na którym Drużyna wystąpiła w mundurach.
W październiku odbyła się dwudniowa wycieczka do Łodzi pod komenda Pietrka
Pawlikowskiego, plus 6 uczestników, na której zwiedzano większe zakłady
przemysłowe w Łodzi. Zaś dnia 7 listopada obowiązki drużynowego przejmuje,
chwilowo jako zastępca, przyboczny dh. Włodzimierz Boerner.
Obozu zimowego w tym roku nie było.
Roman Różycki - "Kronika 25 lat dziejów
Szesnastki 1911-1936"- Warszawa 1936r.
Pisownia zgodna z oryginałem. Przepisał wyw. Daniel Karkowski.
____________________________________________________
Więcej...
Historia - Marek Gajdziński -
Lata 1921-1939 W Wolnej Polsce
Śpiewnik - piosenka
"U Mroza"
|