|
Roman Różycki
1933 rok
Jurek Kozłowski, nie zmienił prawie wytycznych pracy Drużyny, postawionych
przez Włodka Hellmanna. Utrzymał ją na tym samym poziomie. Rok drużynowstwa
Jurka, to rok spokojnego rozwijania i pogłębiania poprzednich zdobyczy,
równej pracy zimowej, zakończonej świetnymi sukcesami z Jamboree 1933r.
Dnia 7 stycznia znowu Drużyna okryła się żałobą. Zmarła pani doktorowa
Mieczysława Glińska, od 1924 roku najwierniejszy przyjaciel Drużyny,
uczestniczka i opiekunka obozów w Białce, Meczyszczu i Studziennicznej,
pierwszy wśród rodziców "Honorowy Zawiszak".
22 stycznia, "Choinka" - dziewiąta z rzędu od 1925 roku, upamiętniona
wydaniem nadzwyczajnego dodatku Sulimczyka: "Choinki",
Podczas tej uroczystości p. inż. Girtler otrzymał tytuł Honorowego
Zawiszaka.
15 lutego rozpoczął się podinstruktorski kurs gazowy L.O.P.P., na który
zostało zgłoszonych 2 chłopców z zastępu Żubrów.
Wobec uzyskania z P.U.W.F. pozwolenia na korzystanie z sali gimnastycznej, sekcja siatkówkowa ponowiła nieco zaniedbane treningi,
odbywając ćwiczenia co tydzień.
"W zawodach narciarskich, zorganizowanych przez Harcerski Klub Narciarski,
które odbyły się w Wesołej dn. 19 lutego, reprezentacja Szesnastki wzięła
zespołowo I miejsce. Indywidualnie - członkowie naszej Drużyny zajęli
między innymi: II miejsce Drysiek Kontkiewicz w kategorii "chłopców"; III
miejsce - Stefan Jedliński w kat. "juniorów" (obaj z zastępu Cietrzewi).
Oto widoczne skutki obozów i kursów zimowych Szesnastki w Zakopanym. Należy
się spodziewać, że najbliższy obóz zimowy zgromadzi jeszcze większą liczbę
Zawiszaków, niż ostatni" - pisze "Sulimczyk" z dn. 27.11. 1933 roku.
Rozkazem z dn. 4 marca została zatwierdzona odznaka zastępu Łosiów: sygnet
z rogiem łosia - i jednocześnie zastęp ten został rozwiązany.
W końcu marca rozpoczął się dwumiesięczny konkurs między zastępami I i II
plut. trwający do końca maja.
Tymczasem Drużyna zaczyna przygotowania do obozu letniego, który projektuje
urządzić w Jugosławii, - i jednocześnie do wielkiego międzynarodowego zlotu
na Węgrzech w Godollo. Dzielnie pomaga w pracy Sulimczyk, który gorliwą
propagandą zachęca do wzięcia udziału w obu imprezach. Wobec dużych kosztów
obozu zagranicą (prowizorycznie obliczony budżet wskazywał potrzebę
zdobycia ok. 4.000 zł.), Drużyna wspólnie z K.P. H. organizuje szereg
imprez dochodowych.
W kwietniu odbyły się zawody strzeleckie Chorągwi, na których 16-stka
zdobyła drugie miejsce, osiągając tę samą ilość punktów, co zwycięska 14
W.D.H.
 |
|
1933r. Szesnastka w defiladzie pod pomnikiem
ks. Józefa Poniatowskiego |
14 maja Drużyna wzięła udział w otwarciu okresu letniego Chor. Warsz., a 20.V. w defiladzie na pl.
Marsz. Piłsudskiego z okazji święta P. W. i W. F.
 |
|
1933r. Poczty sztandarowe drużyn warszawskich
- w poczcie Szesnastki od prawej: St. Jedliński, chorąży –
T. Heugel, Andrzej Pfeffer, Jerzy Kaczyński. |
Rozkazem z dn. 27.V został zatwierdzona odznaka zast. Orłów - srebrny sygnet
z orłem.
 |
|
1933r. Fanfarzyści na czele
Drużyny. Od lewej: A. Kontkiewicz, Jan Bugajski, Stanisław Lenart, Jan Pfeffer.
Dalej poczet sztandarowy od prawej St. Jedliński. Przed nim werblista J. Czeżowski |
Pod koniec maja odbyło się rozstrzygniecie konkursu między zastępami. W I
plutonie - I miejsce Jastrzębie, w II plutonie - I miejsce Tury - zastęp
wyróżniający się b. dodatnio w młodszej części Drużyny.
W tym czasie ostatecznie ustalono, że wobec zbyt wielkich trudności
finansowych obóz w Jugosławii nie odbędzie się. Postanowiono go natomiast
odbyć w Dolinie małej Roztoki, pod Rytrem.
Tegoroczny obóz liczył 58
uczestników i mieścił się w 8 namiotach. Panował król Midas - czyli innymi
słowy komendantem był phm. Jerzy Kozłowski, oboźnym - Jurek Hellmann,
gospodarzem - Gustaw Radwański, pomocnikiem gospodarza - Tadek Heugel
„Hateha".
 |
|
1933r. Widok obozu w Rytrze. |
"Przykrą, a raczej ciężką stroną obozu, były b. marne warunki
atmosferyczne, wyrażające się częstymi i długimi deszczami, po których obóz
zamieniał się w gliniaste bajoro. Wtedy właśnie wypróbowano w całej pełni
celowość okopywać namiotów i wszelkich rowków odprowadzających, ponieważ
nieprzepuszezalność gleby powodowała natychmiastowe tworzenie się żółtych
strumieni wody, które z uporem starały się dostać do wnętrza namiotów. I
tak podczas każdego deszczu można było zaobserwować półnagie postacie,
które wylatywały z łopatkami w rękach i pod strugami lejącej się z nieba
wody, starały się pogłębić rowy odprowadzające i uratować podłogę namiotów.
Z tych też względów wejścia do namiotów były wyłożone deskami. Po każdym
zaś deszczu obóz pod silnem słońcem, okrywał się kłębami pary i dymił jak
spalenisko.
 |
|
1933r. Menażka. |
Cale Rytro było pod znakiem przygotowań do "Jambo". Na każdym, prawie ognisku odbywały się pokazy
"jamborowe", prócz tego
trenowano "kawałki" techniczne. Pod koniec obozu stworzyliśmy dwie grupy
samarytańskie, opatrujące chorego i składające nosze z podręcznych
materiałów w 2 min, 30 sek. Grupa obozownicza rozbija obóz, złożony z 7
namiotów i masztu 10-cio metrowego w 3 min. Grupa sygnalizacyjna wyrównała
poziom w ten sposób, że najlepszy sygnalista nadaje z szybkością 101 liter
na minutę (semafor), a najgorszy z szybkością 65 liter."
(Z księgi głównej obozu - raport oboźnego).
 |
|
1933r. Ćwiczenia w rozbijaniu biwaku. |
Ogółem odbyły się trzy alarmy - 2 dzienne i 1 nocny. Obóz był
wizytowany 2 razy. Pierwszy raz przez dhów hm. Z. Wierzbowskiego i
phm. Wł. Hellmanna i drugi raz przez dha hm. Lecha Górskiego, który
wystawił obozowi następną opinię:
Wizytowałem obóz 16-stki z ramienia Kom. Chor. Harc. w Warszawie w
dn. 24.VII. 33 r. Obóz, pomimo fatalnych warunków atmosferycznych,
zastałem w zupełnym porządku. Obiad, pomimo długotrwałego ciągłego deszczu, przygotowany na czas, obficie i smacznie. Duch w obozie prawdziwie
harcerski.
Czuwaj!
(-)Lech Górski hm.
 |
|
1933r. Zastęp Cietrzewi na
wycieczce na pobliski szczyt górski. Od lewej: St. Jedliński, K. Koźniewski,
A. Zieliński, A. Kontkiewicz, J. Pfeffer, T. Łada, F. Sobczyński. |
W drugiej połowie obozu, dobyła się seria wycieczek, z których najbardziej
godną uwagi była wycieczka zast. Jeleni z Felkiem Lothem, jako zastępowym oraz
z Mecenasem i Stasiem Lenartem, jako gośćmi. Godna uwagi - dlatego, że
podczas niej urządzono tradycyjne podchodzenie i to tradycyjnej przeciwniczki -
2-ki im. T. Rejtana, pamiętnej jeszcze z podchodzenia w Studziennicznej.
2 W.D. H. obozowała pod Gorlicami (około 70 - 80 km. od miejsca obozu 16-
stki). Zastęp szedł 2 dni i wreszcie pod koniec drugiego dnia przybył nad
wieczorem do Gorlic. Tam okazało się, że obóz 2-ki znajduje się jeszcze o
12 km. dalej. Zjedzono więc wspaniałą kolację, poczem wynajęto piękną
furkę, by cała impreza odbyła się z większym fasonem. Dla niepoznaki (na
drodze z Gorlic do obozu kręciło się dużo chłopców z 2-ki) przebrano się
najekscentryczniej w świecie: w "kaloryfery", koszule treningowe, kożuchy, wypożyczone od właściciela furki i
t. d.
Wieczorem przybyto do chałupy, znajdującej się o 1 km. od obozu, gdzie
Reytaniacy trzymali swoje rowery (nie chcąc ich taszczyć pod górę po
kamienistym gruncie) i kupę innych gratów. Uspokoiwszy gospodarza, że chcą
złożyć wizytę "Dwójce", Zawiszacy zabrali się do dzieła. Gdy podeszli pod
obóz, stwierdzili ze zdumieniem i przerażeniem, że komenda 2-ki, w
proroczem, widać, na tchnieniu, urządziła właśnie alarm nocny. Gdy alarm
został zakończony goście mogli "przystąpić do rzeczy". Okazało się jednak,
że nic nie można zabrać na pamiątkę, bo wszystko było dobrze schowane,
zostawiono więc parę wizytówek w myśl starej tradycji i powrócono do swego
obozu.
Na 8 dni przed wyjazdem odbyło się Święto obozu, a podczas niego bieg
harcerski, w którym pierwsze miejsce zdobyła trójka; Stanisław Zieliński,
Jan Pfeffer i Władysław Wyszyński.
Dn. 30.VII. obóz został zlikwidowany, celem wyjazdu na "Jambo".
"Właściwie Jambore zaczęło się już dla nas w Nowym Sączu, gdzie zebrała się
w komplecie cała wyprawa polska. Komplet był spory, bo około 1.300
harcerzy, wyładowujących i ładujących sprzęt obozowy do wagonu,
spacerujących po zdziwionym tym tym niezwykłym najazdem mieście i.t.d.
Upał straszliwy. Kwaterę dostaliśmy w jakiejś żeńskiej szkole, niedawno
zbudowanej, ze wspaniałymi prysznicami w podziemiach. Korzystając z upału,
zlewaliśmy swoje zakurzone cielska strumieniami wody. Po wyładowaniu i
władowaniu jeszcze raz tego samego udaliśmy się na obiad. Ten świetny
obiad, ugotowany przez żołnierzy, był niemożliwy do jedzenia. Mimo naszego
głośnego protestu jedzenie ani o jotę się nie porawiło. Podobno krzepcy Ślązacy
odwiedzili ostatniego dnia "przedsiębiorcę obiadowego" i podobno z jego
domu dobywały się jakieś nieludzkie ryki."
(B. Kozłowski - Wspomnienia z
Jambo)
Ponieważ, wobec pewnych niedociągnięć organizacyjnych, aprowizacja mocno
szwankowała, obiady oficjalne zjadano wieczorem, a kolacje... wogóle nie
odbywały się, więc każda drużyna musiała żyć własnym przemysłem. I wtedy
16-tka przeżyła niezapomniane chwile, kiedy to "maszerowaliśmy całą drużyną
w poszukiwaniu restauracji, aby ratować żołądki, zrujnowane kuchnią "we
własnym zarządzie". Maszerowaliśmy tak ze śpiewem, komenda w pierwszej
czwórce, Hateha na boku, Drużyna wyrośnięta, (najmłodsi po 13 do 14 lat), w
jednolitych nowych mundurach, prezentująca się wspaniale, zaglądając do
wszystkich restauracyjek z rutyną zawodowego smakosza. Nowy Sącz,
aczkolwiek przyzwyczajony do widoku harcerzy, którzy przewrócili całe
miasto do góry nogami, otwierał na nas szeroko oczy i okna, podziwiając
humor i fantazję rozśpiewanej (dobrze wychodzi u nas śpiew - gdy 16-tka
chce śpiewać), a w ordynku maszerującej gromady.
Rzepecki! Wspaniała dziura, składająca się z kilku nor i werandy z
pianinem, patefonem i występami artystycznymi...
...A potem powrót na kwaterę, gdzie na rozwłóczonej słomie
każdy wyszukał sobie legowisko, aby zasnąć snem sprawiedliwego do chwili,
gdy pobudka zerwie z posłania, a silny, zimowy prysznic ukaże nowe,
niespodziewane rozkosze życia."
(„Fragmenty" - nie - rad - Nr. 13 Sulimczyka, r. 1933).
Nowy Sącz. Bałagan, krzątanina,, ulice, roztętnione młodością,
śpiewy, przeczucie nowych przygód, "gorączka podróżnicza", pokazy,
rewie, przemarsze, ładowania, przeładowania, gniew, dowcipy. Młode
rozradowane życie. Niezapomniane chwile.
"Narazie wyjeżdżamy, upał w dalszym ciągu straszny, przychodzimy na stację
i widzimy jakiś wspaniały pociąg, już chcemy
wsiadać, ale okazuje się, że to dla "prowincji", a nasz stoi dalej.
Pozostało dla nas zagadką, dlaczego "prowincja" miała wspaniały
pociąg, a my "stolica Polski" - jakiś gruchot, złożony ze starych,
obdrapanych wagoników. No, ale trudno, pakujemy się do naszego "ekspressu"
Nowy Sącz - Godollo i czekamy cierpliwie na odjazd.
Po upałach w Nowym Sączu, spodziewaliśmy się na Węgrzech
upałów dwa razy większych. Tymczasem powitał nas poranek mglisty i dżysty,
ale za to ludność, okazała się o wiele milsza, bo minio czwartej godziny
rano wybiegła tłumnie na peron stacyjki granicznej Hidas Nemeti, fundując
nam prawdziwą cygańską orkiestrę, kwiaty i słodycze. Potem już na każdej
stacji wywieszaliśmy nasze białoczerwone sztandary, powiewając niemi
zachęcająco, lecz jakoś już nic nie dostaliśmy, oprócz kwiatów. Około
10-tej zobaczyliśmy szereg namiotów przy torze kolejowym i witających nas
radośnie nagusów. Później dowiedzieliśmy się, że to były obozy
pomocnicze.
Na dworcu powitano nas bardzo serdecznie i zanim obejrzeliśmy się, byliśmy
już wyładowani i szykowaliśmy się do wymarszu do obozu. Drużyna na
piechotę, rzeczy - autami.
Przy akompaniamencie deszczu i trzęsąc się z zimna, rozbijaliśmy nasz obóz.
Byliśmy jedni z pierwszych, więc mogliśmy dobrze oglądać przybycie innych
narodów. Wielką atrakcją dla nas był oddział Anglików, gdzie w jednym
szeregu szedł dziadek, ojciec i syn, objuczeni wszyscy, jak wielbłądy, z
pozatykanymi za skarpetki fajkami. Oddział Szkotów w spódniczkach ciągnął
za sobą tłumy gawiedzi.
 |
|
1933r. IV Jamboree w Godollo - zbiórka
Drużyny. |
Drużyna dostała zaszczytne i reprezentacyjne miejsce przy wejściu do obozu.
Najbliższymi sąsiadami byli Austriacy, Jugosłowianie i Węgrzy. Zdaje się,
że my wszyscy byliśmy najserdeczniej przyjmowani przez Madziarów, którzy na
widok polskiej rogatywki wrzeszczeli „czuwaj" i usiłowali śpiewać
"Polak - Węgier dwa bratanki". Nasze "czuwaj" tak się przyjęło, że cały wielki obóz
niem się witał. Atrakcjami były: kino, teatr, wystawa skautowa, lody,
pokusy, wycieczki do Budapesztu, do uroczych miasteczek węgierskich z
obowiązkowym, wspaniałym basenem.
 |
|
1933r. IV Jamboree w Godollo - wejście do
obozu Chor. Warsz. Na prawo widać namioty 16 WDH. |
Szybko zleciały dwa tygodnie pobytu na zlocie. Najcenniejszą z
niego dla Drużyny zdobyczą były słowa komendanta Chorągwi Warszawskiej,
druha hm. Władysława Ludwiga, zwrócone do dha Zygmunta Wierzbowskiego: "Gdzie trzeba było odrobić najtrudniejszą robotę w najkrótszym czasie za
kogoś, kto nie umiał, lub nie chciał tego zrobić, tam posyłało się 16-kę i
nigdy nie zawiodła pokładanego w niej zaufania. Pokazała w całej pełni
swoje wartości".
 |
|
1933r. IV Jamboree w Godollo - wejście do
obozu Szeasnastki. |
We wrześniu, jak zwykle, początek roku harcerskiego. W
październiku ustąpił ze stanowiska redaktora naczelnego Sulimczyka dh
Gustaw Radwański, a funkcje jego objął dh Jan Perkowski. Jednocześnie dh
Radwański został zwolniony rozkazem z dnia 7.X. z obowiązków plutonowego I
plutonu, otrzymając zarazem mianowanie na zastępcę drużynowego. I pluton
objął jako p.o. Plutonowy Felek Loth.
 |
|
1933r. Powrót z uroczystości harcerskich. Na
skrzydle Stefan Jedliński. |
Jesienią tego roku K.P.H. zainicjowało cykl Herbatek Dyskusyjnych
dla rodziców i starszych chłopców z Drużyny. Zwyczaj ten przetrwał do
ostatnich czasów, ulegając ciekawym ewolucjom, polegającym na coraz
intensywniejszym udziale chłopców w wybieraniu tematu i wygłaszaniu
referatów oraz w dyskusjach. Herbatki te mają duże znaczenie ze względu na
zbliżenie rodziców do Drużyny i są pierwszą tego rodzaju imprezą na terenie
harcerstwa (pierwszych kilka referatów drukowano w Harcmistrzu).
1 października odbyły się zawody kolarskie na szosie między Okęciem a
Służewem. Organizował - dh Tadeusz Lubański ("Lulu"). Startowało 21
juniorów i 2 seniorów. W grupie juniorów wygrał Jędrek Krasicki, w grupie
seniorów - Basza - Tadeusz Sobczyński.
"Dn. 5.XI 1933 odbyła się pierwsza godzina nauki pływania na basenie A.Z.
S. (kilkunastu uczestników). Instruktorem jest mistrz Warszawy w skokach,
p. Pietrzykowsi. Uczymy się wyłącznie crewle'a. Lekcja, a zwłaszcza czas wolny po niej, schodzi w bardzo
miłym nastroju, dając uczestnikom nietylko duże korzyści, ale
i maksimum przyjemności."
(Sulimczyk Nr. 13 1933 r. z "Kroniki").
Dnia 11 listopada ustępuje ze stanowiska drużynowego dh Jerzy Kozłowski,
przekazując to stanowisko swemu zastępcy dhowi Gustawowi Radwańskiernu.
Wobec zbliżających się świąt Bożego Narodzenia rozpoczęły się przygotowania
do obozu zimowego. W związku z brakiem sprzętu narciarskiego u wielu
ochotników do jazdy na obóz, Drużyna wystarała się o możność taniego zakupu
desek przez Komendę Chorągwi. Zakupiono w ten sposób około 20 kompletów.
Nabyto też po raz pierwszy kilka ekwipunków narciarskich z Funduszu im.
Zygmunta Piaskowskiego; stały się one własnością Drużyny i są wypożyczane
niezamożnym chłopcom z Drużyny.
Dnia 4 grudnia w poniedziałek rozpoczął się "tydzień pracy dla Izby",
polegający na doprowadzeniu do porządku jej wnętrza. Każdy zastęp miał
przydzieloną jakąś czynność, jak wiórkowanie podłogi, politurowanie
sprzętów i t. d. Pracę wykonano w ciągu tygodnia, zostawiając izbę
gruntownie odnowioną na przyszłą "Choinkę".
W połowie grudnia odbyły się pierwsze wielkie zawody pływackie 16-stki, w
których obowiązkowo wzięli udział wszyscy chłopcy, umiejący pływać. Zawody
odbyły się w basenie zimowym A.Z.S, organizowane przez dha Jerzego Kaczyńskiego. W zawodach juniorów pierwsze miejsce zdobył Tołombas
- dh
Jerzy Gorzycki. W zawodach seniorów - pierwsze miejsce podzielili dh
Przetocki Marian i dh Kaczyński Jerzy.
Dnia 16 grudnia odbył się uroczysty Opłatek Koła Zawiszaków, który
zgromadził wielu bardzo "antycznych Zawiszaków".
Dnia 27.XII Drużyna, licząca 33 ludzi, wyjechała na obóz do Zakopanego.
Zamieszkano, tradycją lat ubiegłych, w Wierzbiance na Bystrem, u gazdy
Dudłaka Ustupskiego. Komendant - Gucio Radwański, oboźny Marian
Przetocki, gospodarz Kazik Flakowicz. Na obozie przeprowadzono kurs
narciarski pod kierownictwem naczelnym dobrego narciarza Jurka
Godlewskiego. Wyniki, osiągnięte w tej dziedzinie, przedstawiały się
następująco. Na obóz pojechało 4-ch dobrze jeżdżących, 10 - średnio lub
słabo, a 19 - wcale. Powracało: 8 - dobrych, 20 średnich, 5 - słabych.
"Zakopane III-cie" - był to przede wszystkim obóz nigdy niezapomnianych
dyskusyj l specyficznego humoru. Tam powstało w większej części dzisiejsze
"słownictwo" narciarsko-obozowe Drużyny, wspaniałe
"powiedzonka" i
dowcipy. Tam miały miejsce owe kapitalne dysputy militarne, podczas
obiadów i kolacyj, tam wynaleziono sławny tank górski ze śrubą do wiercenia
skał. "Stowarzyszenie poszkodowanych", którego członkowie, nawet
wspierający, musieli mieć twarz przynajmniej oplastrowaną, lub obandażowaną
- powstało właśnie wtedy - założone po jednej z bardziej ostrych godzin
jazdy.
Atrakcją swego rodzaju było "złamanie nogi" przez dha Woynicza
Sianożęckiego. Wypadek miał miejsce podczas 2-dniowej wycieczki do Pięciu
Stawów Polskich i Morskiego Oka. Podczas jazdy dość stromym i krętym
holwegiem, Woynicz potknął się na korzeniu i wywichnął nogę w kostce.
Oczywiście o dalszej jeździe nie było mowy. Noc zaś zbliżała się, a do
schroniska daleko. Trzeba było chorego przetransportować jak najprędzej do
traktu (wypadek zdarzył się w lesie), by odwieźć go do doktora. Wtedy obecny na wycieczce Stefan
Jedliński (najlepszy narciarz z obecnych) wziął
chorego pod ramię, ten złapał go za szyję i tak na trzech nartach, bez
kijków, bo ręce były zajęte, rozpoczęto jazdę. Transport trwał około
8-miu
godzin. Hamowano i zmieniano kierunek w ten sposób, że na umówiony znak
Stefan przewracał się w jedną stronę, a Woynicz w drugą. Po niesłychanie męczącej drodze, wymagającej wiele poświęcenia i cierpliwości od obu
stron, dotarto wreszcie do szosy i tam wsadzono chorego na sanki.
Ukoronowaniem obozu był huczny i obfity w jedzenie Sylwester (lody
cytrynowe ze śniegu, poncz harcerski), po którym odbyły się nocne "fikania"
na okolicznych górkach.
Roman Różycki - "Kronika 25 lat dziejów
Szesnastki 1911-1936"- Warszawa 1936r.
Pisownia zgodna z oryginałem. Przepisał wyw. Paweł Huras.
____________________________________________________
Więcej...
Historia - Marek Gajdziński -
Lata 1921-1939 W Wolnej Polsce
|