|
Marek Gajdziński
1974 rok
Po Choince, w lutym Jarek Kopaczewski i Tadek Gacki wzięli urlopy maturalne i
wyłączyli się z pracy w Drużynie. Pełniącym obowiązki drużynowego został Marek
Tumiłowski, a p.o. przybocznego - Ryszard Kukuła.
Wiosną uszyta została pierwsza partia "panterek". Mikuś zdobył gdzieś wielki wojskowy
spadochron w kolorze maskującym. Po wypruciu taśm nośnych wyszło z tego
kilkanaście metrów wspaniałego stylonowego materiału, z którego mamy harcerzy
uszyły dla wszystkich jednakowe spodnie i kurtki o kroju "kangurki". Dzięki tym strojom,
przy brzydkiej pogodzie i zimą, Drużyna mogła występować w jednolitym maskującym
umundurowaniu. Przez wiele następnych lat panterki były strojem obowiązującym na
wszelkich wycieczkach i obozach. Dzięki nim Drużyna prezentowała się bardzo
atrakcyjnie nawet wtedy, gdy z przyczyn pogodowych nie można było wystąpić w samym
tylko umundurowaniu. Inne drużyny poszły za przykładem Szesnastki kilka lat później.
"Panterkowa moda" upowszechniła się w Warszawie dopiero pod koniec lat
siedemdziesiątych.
W sierpniu odbył się kolejny, XLV obóz letni Szesnastki. Tym razem był to już w pełni
samodzielny obóz Szczepu, ale podobnie, jak w ubiegłym roku, koedukacyjny i
podporządkowany prawie całkowicie kadrze drużyny żeńskiej. Komendę obozu
stanowili: phm. Zofia Jasińska - komendantka, pwd. Tadeusz Gacki - z-ca komendanta,
pwd. Ewa Hołodowicz - oboźna i Zbyszek Kot - kwatermistrz (wbrew pozorom był on
osobą spoza Drużyny, a mianowicie narzeczonym Zośki i przyboczny drużyny żeńskiej).
Pozostała kadra Drużyny męskiej dostała przydziały takich funkcji, jak: ratownik wodny -
pwd. Jarosław Kopaczewski, magazynier żywności - Ryszard Kukuła i magazynier
sprzętu - Marek Tumiłowski.
Od początku obozu było dokładnie wiadomo, że konflikty, jakie ujawniły się rok
wcześniej, będą miały miejsce i na tym obozie, tym bardziej, że wpływ instruktorów
Drużyny na kształt obozu został jeszcze bardziej ograniczony. O ile bowiem w trakcie
działalności w Warszawie drużyny Szczepu zachowywały daleko idącą autonomię i
mogły w miarę swobodnie kształtować swój program i styl pracy tak, aby jak najlepiej
dostosować go do różnych przecież potrzeb i aspiracji dziewcząt i chłopców, o tyle na
obozie obowiązywał model w pełni koedukacyjny, co z natury rzeczy musiało
powodować powstanie jakiegoś kompromisu. Już sama tylko potrzeba ujednolicenia
form i treści zajęć niosła ze sobą niebezpieczeństwo, że niektóre z nich nie będą
atrakcyjne i pożyteczne bądź to dla chłopców, bądź dla dziewcząt. Główny problem
polegał jednak na tym, że nie było mowy o żadnym kompromisie. Od początku do końca
obóz był planowany i przebiegał pod dyktando Zofii Jasińskiej. Jej styl pracy był
podporządkowany wyłącznie potrzebom dziewcząt, wynikał z obcych Szesnastce
doświadczeń oraz wytycznych władz ZHP. A Związek w tym czasie coraz bardziej tracił
harcerski charakter stając się organizacją masową wzorowaną na organizacji pionierów
w ZSRR. Była to celowa polityka komunistycznych władz Polski, zatem wytyczne
dotyczące pracy w drużynach i na obozach konstruowane były specjalnie w taki sposób,
aby umożliwić masowość organizacji. Stąd presja na zaniżanie wymagań zarówno
ideowych, jak i technicznych tak, by nie zrażać nimi szerokich rzesz młodzieży. Stąd też
trend ku koedukacji, której zwodniczy urok spotęgowany burzą hormonów przeżywaną w
tym wieku przez dziewczęta i chłopców miał przyciągać młodzież do organizacji.
Koedukacyjny obóz harcerski, z jego silnie wspólnotowym charakterem, oddaleniem od
rodziny i pewną swobodą zachowań, miał być teraz "przynętą założoną na haczyk
zethapowskiego wędziska". To, że efektem była powszechna demoralizacja, nikogo we
władzach ZHP nie obchodziło. Liczyły się rosnące wskaźniki "uharcerzenia" młodzieży, z
których działacze ZHP rozliczali się przed swoimi partyjnymi mocodawcami. Tym
właśnie wytycznym wierna była przybyła do Szesnastki instruktorka i dlatego to ona
otrzymywały od władz hufca mianowania i zezwolenia na prowadzenie obozów. Męska
kadra Szesnastki nie miała na to najmniejszych szans, gdyż słusznie podejrzewano, że
pod takim kierownictwem Szczep nie realizowałby zaleceń instancji harcerskich, lecz
kultywował dawny, tradycyjny styl pracy. Nie było więc mowy ani o niezależnych
obozach drużyn, ani nawet o autonomicznych podobozach w ramach jednego
zgrupowania Szczepu. Wszystko musiało być programowane i kontrolowane przez
kierownictwo cieszące się zaufaniem harcerskich "urzędników".
Nawet jeżeli w 1974 roku, w Drużynie nie było jeszcze pełnej świadomości roli jaką
wyznaczono nowej, żeńskiej kadrze w Szczepie 16 WDH, to przecież coś jednak
przeczuwano. W roku poprzednim sytuacja, jaka wytworzyła się na obozie, była dla
wszystkich zaskoczeniem. W tym roku spodziewano się już najgorszego. Postawa władz
hufca, tak niezrozumiała jeszcze rok temu, teraz, gdy się powtórzyła, przecząc pozornej
przypadkowości, stała się przedmiotem analizy, z której wynikały bardzo niewesołe
wnioski. Ciężko było w tej sytuacji wyjeżdżać na obóz. Nie był jednak innego wyjścia. Na
własny obóz nie można było liczyć, zresztą z powodu słabości Drużyny byłoby to
nierealne; na zmianę przekonań i postawy Zośki - też nie. Rezygnacja z obozu nie
wchodziła w rachubę, nikt nawet nie wiedział ile lat trzeba byłoby bojkotować obozy
Szczepu. Drużyna pozbawiona tego najważniejszego elementu pracy nie przetrwałaby
długo, kładąc kres wieloletniej tradycji i pozostawiając pole ludziom, którzy chętnie by się
pod tę tradycję podszyli. Zatem przy wszystkich złych przeczuciach i przewidywaniach
graniczących z pewnością co do spodziewanej atmosfery obozu, trzeba było wziąć w
nim udział nawet na warunkach dyktowanych przez drużynową BCO. Tak też się stało.
Obóz został zlokalizowany w lesie nad jeziorem Smolanek, ok. 5 km od wsi Lutówko,
koło Sępólna Krajeńskiego. Uczestniczyło w nim, poza komendą, 21 harcerzy w 3 -ech
zastępach i 11 harcerek w 2 zastępach. Tym razem program obozu podporządkowany
był zabawie w Indian. Zastępy nosiły więc nazwy związane z tematem zabawy:
Ród Konaszewów - zastępowy Andrzej Konaszewski
Ród Tachuci-Tachuci - zastępowy Lesław Kuczyński
Ród Assinibainów - zastępowy Jarosłw Bohdanowicz
Ród Van-Tu - zastępowa Małgorzata Leja
Ród Vil-De - zastępowa Izabela Kossakowska
W punktacji między zastępami zwyciężył Ród Tachuci-Tachuci Lesława Kuczyńskiego.
Charakter obozu nie różnił się od poprzedniego. Obóz, czyli "Szczep Naczezów", składał
codziennie hołd pogańskiemu bożkowi, którego, skądinąd przepiękny wizerunek,
wyrzeźbił nożem we wbitym w ziemię palu, uzdolniony plastycznie Mikuś. Gry i
ćwiczenia terenowe obudowane były fabułą indiańską i wymagały od uczestników
specjalnych "dzikich" strojów. Komendantka zakazała stosowania tradycyjnej kary
menażki jako "poniżającej godność człowieka". Bieg harcerski urządzono na jeszcze
krótszym dystansie niż w zeszłym roku i w dodatku w dzień, żeby nikt się nie zgubił i za
nadto nie zmęczył. Jednak stopni nie przyznano zbyt wiele. Chłopcy zdobyli 4 stopnie
ochotnika i 4 tropiciela, a dziewczęta 2 ochotniczki i 1 odkrywczyni. Powodem tego był
incydent, do jakiego doszło w trakcie Chatek Robinsona. Dwa zastępy męskie i jeden
żeński po wyjściu z obozu i zbudowaniu szałasów w wybranych przez siebie miejscach,
zamiast przygotowywać się do przetrwania dwóch dni w tych prymitywnych warunkach,
po prostu w pełnym umundurowaniu i z dziarskim fasonem wybrały się autobusami do
oddalonego o kilkanaście kilometrów Sępólna Krajeńskiego, by tam, w warunkach
zupełnie nie przypominających puszczaństwa, oddawać się zgoła nie harcerskim
praktykom i przyjemnościom. Z żalem trzeba wyznać, że elementami tej nielegalnej
eskapady były kąpiele w miejskim jeziorze, piwo i papierosy. Cała rzecz pewnie i tak by
się prędzej czy później wydała. Wpadka nastąpiła jednak już w trakcie powrotu do lasu.
Maszerujący szosą w kierunku tego samego miasteczka Mikuś z Ryśkiem Kukułą
spostrzegli całe bractwo w nadjeżdżającym z przeciwka pekaesie. Nie pomogła próba
ubłagania kierowcy, by nie zatrzymywał się na pobliskim przystanku. Autobus stanął i
Mikuś z Ryśkiem nadludzkim wysiłkiem zdołali go dogonić. Winowajcy zostali
"aresztowani". Odebrano im krajki i z rękoma na karku poprowadzono rzędem do obozu.
Oczywiście chatki zostały przerwane, zaś większość nocy i następnego dnia
prowadzono przesłuchania w celu ujawnienia prowodyrów samowolnego oddalania się z
miejsc biwakowania. Od tej chwili dla uczestników "samowolki", a była to ponad połowa
stanu, obóz przypominał już tylko kolonię karną, wypełnioną czyszczeniem lasu z
szyszek, służbami w kuchni i naznaczoną zakazem kąpieli. W ten właśnie sposób
większość harcerzy i harcerek pożegnała się ze nominacjami na wyższe stopnie, co i tak
mogli traktować jako swoistą łaskę, gdyż poważnie liczono się z możliwością ich
degradacji i usunięcia z obozu.
Oczywiście, za tak drastycznymi sankcjami optowała żeńska kadra obozu, ochoczo
wykorzystując niezręczną sytuację do swoich rozgrywek z męską częścią komendy.
Próbowano udowadniać, że Drużyna jest całkowicie zdemoralizowana, za co winę
ponoszą jej instruktorzy. Nie miało to jednak nic wspólnego z prawdą. Atmosfera w
Drużynie była na przyzwoitym harcerskim poziomie, a instruktorzy umiejętnie starali się
ją pielęgnować. To, co się stało na obozie było dla drużynowego i przybocznych
naprawdę ciężkim ciosem i to ciosem w plecy zadanym przez swoich własnych
chłopców. Starali się jednak różnymi sposobami uświadomić winowajcom, jak strasznie
pobłądzili w swojej harcerskiej postawie, a przede wszystkim - pomagali im podnieść się
z upadku. Starali się klęskę zamienić w sukces wychowawczy, a tego nie dałoby się
zrobić usuwając połowę Drużyny z obozu. Wreszcie z pomocą i wstawiennictwem
przyszedł Komendant Szczepu, Staszek Korwin, przyjeżdżając specjalnie na obóz i
stawiając swój autorytet w obronie chłopców. Dociekając przyczyn niekwestionowanego
rozprzężenia dyscypliny i upadku harcerskiego etosu do jakiego doszło w Drużynie,
warto przypomnieć i zwrócić uwagę na silny antagonizm pomiędzy drużynami, który
wytworzył się na poprzednim obozie. Wrogość ta trwała przez cały rok i wzmogła się
jeszcze obecnego lata na tle powszechnie odczuwanej dyskryminacji męskiej części
Szesnastki przez, traktowaną jako obcą, żeńską kadrę Szczepu. Podjęcie tak
nieprzemyślanych i nieodpowiedzialnych kroków przez trzynasto- i czternastoletnich
chłopców wynikało zwyczajnie z postawy buntu i chęci "postawienia się"
znienawidzonym "babom". Nie była to w żadnym wypadku manifestacja niechęci do
ideałów harcerskich jako takich, lecz próba wyrażenia swojego sprzeciwu wobec
narzuconego i niechcianego kierownictwa. Fakt, że była to manifestacja beznadziejnie
głupia można było wytłumaczyć tylko młodym wiekiem buntowników, brakiem
dostatecznego wyrobienia harcerskiego i ich niekłamaną desperacją. W trakcie nocnych
rozmów przy ognisku, odbywanych indywidualnie z winowajcami, wszystko to stało się
dla drużynowego jasne i stąd postanowienie wzięcia ich w obronę. Prawda ta, z
oczywistych względów nie mogła dotrzeć do komendantki i oboźnej. Dlatego potrzeba
było aż mediacji Komendanta Szczepu, a i tak rezultatem całej tej sytuacji stało się
jeszcze większe wzajemne niezrozumienie i wrogość. W tej z gruntu "chorej" atmosferze
zakończył się kolejny obóz Szesnastki, pogłębiając tylko przepaść pomiędzy drużynami.
|

|
|

|
|
1974r. Święto obozu.
Poczet sztandarowy. W środku Jarek Kopaczewski
|
|
1974r. Święto obozu.
Staszek Korwin przyjmuje zobowiązanie instruktorskie Zbyszka
Kota.
|
Po obozie dotychczasowy drużynowy, Jarek Kopaczewski, przekazał swoją
funkcję Tadkowi Gackiemu, świeżo upieczonemu studentowi Politechniki.
Sam zmuszony był opuścić Warszawę i przeprowadzić się do Łodzi w
związku z podjętymi studiami w Wyższej Szkole Filmowej. Pierwszym
przybocznym został Marek Tumiłowski, a drugim Rysiek Kukuła. Jesienią
odbyło się kilka wycieczek o charakterze turystycznym. Goszczono wyróżniony
zastęp Nieobozowej Akcji Letniej z województwa kieleckiego i
przygotowywano się do ważnego ze wzlędów prestiżowych meczu piłki nożnej
z 223 WDHy. Mecz ten, nazywany "meczem o złote kalesony", udało
się reprezentacji Szesnastki szczęśliwie wygrać.
Jesienią w Szczepie została zaktywizowana działalność zuchowa. Powstały
dwie drużyny zuchowe: żeńska - "Różowe Puchomorki" i męska
- "Zielone Pantery". Obie drużyny zostały utworzone przez kadrę
"zaimportowaną" z hufca.
Stan Drużyny w
dniu 31.12.1974r.
Komendant Szczepu - hm. Stanisław Korwin-Szymanowski
16WDH-y "Grunwald"
Drużynowy - pwd. Tadeusz Gacki
I Przyboczny - Marek Tumiłowski
II Przyboczny - Ryszard Kukuła
Stan ogółem - 30 harcerzy w czterech zastępach.
Zastępowi: Lesław Kuczyński, Jarosław Bohdanowicz, Jerzy Wójtowicz i
Krzysztof Przygoda
____________________________________________________
Więcej...
Historia - Marek Gajdziński -
Lata 1970-1980 W Obronie Tożsamości
|