|
Marek Gajdziński
1975 rok
Na przełomie roku
Tadek Gacki i Marek Tumiłowski zostali przez Komendę Hufca oficjalnie
urlopowani (czytaj - odsunięci od pracy w Drużynie). Drużynę przejął
w charakterze p.o. drużynowego pion. Ryszard Kukuła. Wielu chłopców
odeszło z Drużyny zrażonych tym, co działo się na ostatnim obozie i
nudą, jaka zapanowała jesienią. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego,
że Drużyna dotknięta jest głębokim kryzysem. Praca zupełnie się nie
kleiła. Chłopców nie interesowały zadania narzucane z góry. W tym
czasie coraz bardziej malał wpływ Komendanta Szczepu, hm. Staszka
Korwina, na treść i styl prowadzonej pracy. Stopniowo, krok po kroku, ogólne
kierownictwo Szczepu przechodziło w ręce Zofii Jasińskiej. Treść i
forma zadań planowanych w programie pracy Szczepu coraz bardziej
upodabniały go otoczenia składając się na coroczną "sztampę".
Zadania takie, jak Turniej Wiedzy Obywatelskiej, Akcja Chorągwiana
"Syrena", Święto Hufca, Alert ZHP, obchody rocznic i świąt
Rewolucji Październikowej, Dnia Ludowego Wojska Polskiego, Dnia
Nauczyciela, Dnia Wyzwolenia Warszawy, 1 Maja itp. narzucane były drużynom
do realizacji najczęściej w formie przygotowania akademii szkolnej lub
albumu okolicznościowego. Albumy tematyczne - to był konik ówczesnych władz
Chorągwi Warszawskiej. Przy byle okazji zachęcano zastępy, a nawet
poszczególnych harcerzy, do kaligrafowania na brystolu i nakleja nań zdjęć
oraz wycinków z gazet na zadany temat. Gdy nadchodziła jakaś rocznica,
trzeba było wykonać poświęcony jej album. Gdy chciałeś zdobyć jakąś
sprawność - album był murowanym elementem próby. W ten sposób w harcówce
piętrzyły się stosy niepotrzebnej nikomu makulatury, obrzydzając do
reszty tę wykonywaną wyłącznie na pokaz i bezsensowną robotę. Planując
te zadania instruktorki były przekonane o ich celowości. Miały do nich
serce, więc w jakiś sposób potrafiły swoim entuzjazmem zarazić także
harcerki w swojej drużynie. I trzeba przyznać, że w tym właśnie
czasie drużyna żeńska była w stanie rozkwitu organizacyjnego.
Odwrotnie było w drużynie męskiej. Kadra nie miała zupełnie
przekonania do realizacji tego typu zadań. Traktowała je wręcz wrogo,
raz z powodu tego, że były narzucone z góry, a dwa, ponieważ zupełnie
nie współbrzmiały one z przekonaniami i upodobaniami chłopców. Nawet
jeżeli nie zdawano sobie wtedy w pełni sprawy z tego, że była to próba
indoktrynacji młodzieży, to wyniesione z Szesnastki poczucie estetyki
harcerskiej powodowało automatyczne odrzucenie tego typu zadań. Wiele
wysiłku wkładano w to, by pod jakimkolwiek pretekstem uniknąć ich
realizacji. To lawirowanie pochłaniało dużo energii, której nie
starczało już na jakiś pozytywny program. Niejednokrotnie lepiej było
nie robić nic, niż robić rzeczy upokarzające. Musiało się to odbić
na poziomie pracy.
W styczniu pozostało
w Drużynie już tylko 8-miu harcerzy. Zawieszono pracę w zastępach.
Kilku chłopców wyjechało na Kurs Zastępowych zorganizowany przez
Komendę Hufca na zimowisku w Nieznamierowicach. Na Choince, która odbyła
się w połowie marca, ukazał się pojedynczy numer Sulimczyka i kilka
tygodni później kolejny, zredagowany przez Marka Tumiłowskiego. Niczego
to jednak nie zmieniało. Dopiero w maju podjęto próbę wyjścia z
impasu. Chłopcy wyjechali na czterodniowy biwak Drużyny do Puszczy
Kampinoskiej. W biwaku wziął udział Marek Tumiłowski. Przez większość
czasu prowadzone były zajęcia mające na celu pokazanie, jak
przygotowywać i przeprowadzać ćwiczenia polowe i zbiórki zastępów.
Planowano bowiem jeszcze przed obozem zorganizowanie naboru do Drużyny.
Tak też się stało. W jego wyniku pojawiło się kilkunastu kandydatów.
Tak odmłodzona Drużyna wzięła w sierpniu udział w kolejnym obozie
Szczepu.
Wcześniej jednak
dwóch harcerzy, Lesław Kuczyński i Marek Gajdziński, oraz dwie
harcerki ze Szczepu, zostało wysłanych na obóz Centralnej Akcji
Szkoleniowej Chorągwi Stołecznej ZHP nad jeziorem Kiernoz koło Brzeźna
Łyńskiego na Warmii. W Szczepie wyraźnie brakowało kadry. Poza Zofią
Jasińską, jej narzeczonym Zbyszkiem Kotem i Ewą Hołodowicz, w czynnej
służbie nie było już praktycznie nikogo, kto mógłby cieszyć się
zaufaniem tak uformowanego, faktycznego kierownictwa Szczepu. Osoby
niewygodne zostały już dawno wyeliminowane z pracy, a nowej kadry w
Szczepie nie było. Zośka, która faktycznie przejęła kierowanie
Szczepem, musiała tej sytuacji zaradzić. Wybrano po dwie osoby z każdej
drużyny i wysłano je na "operację prania mózgu"
przeprowadzaną na słynnych chorągwianych kursach instruktorskich. O
lojalności dziewcząt nie mogło być żadnych wątpliwości. W przypadku
chłopców najprawdopodobniej liczono na to, że ich postawa ujawniona w
ubiegłorocznej "aferze chatkowej" dowodzi porzucenia ideałów,
którymi kierowała się dawna Szesnastka. Wszystko wskazywało na to, że
mogli oni stanowić dobry materiał na lojalnych realizatorów programu
ZHP. Jednak życie niesie ze sobą wiele niespodzianek. Jedną z nich było
to, że ci dwaj wytypowani chłopcy, choć byli rzeczywiście
inspiratorami ubiegłorocznej samowolnej eskapady i drastycznie
sprzeniewierzyli się Prawu Harcerskiemu, to jednak w wyniku umiejętnych
zabiegów Jarka Kopaczewskiego, Tadka Gackiego i Staszka Korwina
zrozumieli swój błąd i, co ważniejsze, całkowicie zmienili swoją
postawę, stając się świadomymi swoich obowiązków harcerzami. W
dodatku to właśnie oni byli najstarszymi w Drużynie
"sygnatariuszami antybabskiego sprzysiężenia" zawiązanego na
obozie koło Zbiczna. Niespodzianka druga polegała na tym, że wyjątkowo
ten właśnie turnus CAS-u okazał się zupełnie przyzwoity. Nie było na
nim prania mózgów w wykonaniu partyjnych speców od propagandy. Kurs
prowadził hm. Włodek Paszyński z 17WDH, który starał się przedstawić
na nim podstawy prawdziwej metodyki harcerskiej. To, że na 40-tu
uczestników tylko 5-ciu zdobyło patenty drużynowych świadczyło o
poziomie wymagań i szerokim rozdźwięku pomiędzy tymi wymaganiami, a
poziomem przygotowania kandydatów. W normalnej sytuacji na tego typu
"kursach" prawdopodobnie wszyscy otrzymaliby pozytywną ocenę.
Wystarczyłoby, że nauczyliby się partyjnej nowomowy i zasad "świergolenia".
Tym razem, ku ogólnemu zaskoczeniu, osobowość komendanta sprawiła, że
wymagano harcerskiej postawy, doświadczenia oraz zdobycia realnej wiedzy
i umiejętności prowadzenia drużyny. Fakt, że wśród ocenionej
pozytywnie piątki kursantów znaleźli się obydwaj 15-stoletni wówczas
harcerze Szesnastki, świadczył o tym, że pomimo kryzysu z Drużyną nie
było tak źle, zwłaszcza na tle innych drużyn warszawskich.
W sierpniu miał
miejsce kolejny XLVI obóz Szczepu. Tak jak poprzednio, całkowicie
samodzielny i koedukacyjny. Namioty rozbito nad jeziorem Średnim koło
wsi Piduń, w okolicach Nidzicy na Mazurach. Komendę obozu stanowili:
komendantka - phm. Zofia Jasińska, oboźna - pwd. Ewa Hołodowicz,
instruktor programowy - pion. Ryszard Kukuła i kwatermistrz - org.
Zbigniew Kot. W obozie poza komendą uczestniczyło: 14-tu harcerzy w
3-ech zastępach:
Templariuszy - zastępowy trop. Jarosław Bohdanowicz
Czwartaków - zastępowy trop. Lesław Kuczyński
Łowców Głów - zastępowy trop. Marek Gajdziński
i 15-cie harcerek również w 3-ech zastępach:
Dyrektorek - zastępowa trop. Małgorzata Biesiadowicz
Kosmotancerek - zastępowa trop. Ewa Łękawska
Skarabeuszy - zastępowa trop. Hanna Żuchowska
W punktacji między zastępami znów zwyciężyli chłopcy, a konkretnie
zastęp "Łowców Głów" Marka Gajdzińskiego.
Obóz nosił nazwę "Leśne Zmory". Nazwy zastępów nie miały
już jednak jednolitego charakteru i w zasadzie w ogóle nie było
wiadomo, o co w tej nazwie chodzi. Najwyraźniej kadrze żeńskiej
potrzeba było aż dwóch lat i dwóch zmarnowanych obozów, aby przekonać
się w praktyce o tym (na co od początku zwracali uwagę instruktorzy Drużyny),
że infantylna forma zabawy tematycznej na obozie harcerskim nie ma
najmniejszego sensu. Koncepcję tę w tym roku porzucono, zachowując
tylko jej zewnętrzne pozory, prawdopodobnie wyłącznie na użytek
"urzędników hufca" zatwierdzających program pracy obozu. Nie
znaczy to jednak, że nastąpiło jakieś bardziej znaczące, pozytywne
przewartościowanie poglądów żeńskiej kadry instruktorskiej. Wręcz
przeciwnie, obóz ten jeszcze mniej przypominał dawne obozy Szesnastki.
Jak widać ze składu komendy, kadra Drużyny nie miała już w ogóle żadnego
realnego wpływu na program i przebieg obozu. Funkcja Ryśka była czysto
symboliczna. Ponieważ nie miał stopnia instruktorskiego i nie należał
do koterii, traktowano go jak chłopca na posyłki. Przypomnijmy, że na
poprzednich obozach kadra Drużyny była znacznie liczniej reprezentowana.
W trudnych sytuacjach, w chwilach gdy musieli walczyć o uwzględnienie
ich zdania, mogli się wzajemnie wspierać i podnosić na duchu. Tu Rysiek
był sam. Nie mając w nikim oparcia, po prostu pogodził się ze swoją
rolą i skapitulował. Warto zauważyć, że na obozie był również w
charakterze kierowcy i zaopatrzeniowca dh. hm. Marek Wronkowski, dawny drużynowy
Szesnastki. Tyle tylko, że Marek wyraźnie pogodził się ze zmianą
charakteru Szesnastki, uznał nowe kierownictwo, a nawet się z nim
zaprzyjaźnił. Harcerze mieli mu to za złe, tym bardziej, że wokół
jego namiociku koncentrowało się nocne życie towarzyskie kadry obozu.
Nocne imprezy adresowane wyłącznie do "towarzystwa wzajemnej
adoracji" z grona komendy były często żenujące. Chłopcy odnosili
wrażenie, że dla kadry największą przyjemnością na obozie jest gra w
brydża do rana i nocne bankiety. Świadczyła o tym werwa z jaką ludzie
z grona "Zośka & Company" uczestniczyli w tych imprezach,
gdy tylko udało im się "położyć dzieci do łóżek". Z poważnego
traktowania obozu nie pozostało już nic. Dawniej obóz był szkołą
przetrwania, maratonem sytuacji specjalnie prowokowanych i mających na
celu hartowanie ducha. Były one pokonywane solidarnie przez uczestników
i kadrę, która podlegała tym samym rygorom, ograniczeniom i trudom życia.
Obecnie, w myśl nowej koncepcji obowiązującej w ZHP, obóz przemienił
się w radosną i beztroską kolonię pod namiotami, na której chłopcy i
dziewczęta mieli wypoczywać oddając się lekkim, niezobowiązującym i
przyjemnym zajęciom organizowanym przez dorosłych opiekunów. Z chwilą,
gdy zaczęto postrzegać obowiązki instruktorskie na obozie jako ciężką
pracę polegająca na "użeraniu się z bachorami", po której
należy się godziwy odpoczynek i rekompensata w formie towarzyskiego
"jubla", zniszczone zostały naturalne relacje pomiędzy
instruktorem a harcerzami, jakimi charakteryzowało się dawniej
harcerstwo i Szesnastka. Było to po prostu zaprzeczenie harcerstwa w jego
dawnym rozumieniu. Dla harcerzy Szesnastki, a zwłaszcza dla dwóch zastępowych
mających w pamięci dawny obraz Szesnastki, a w kieszeni patenty drużynowych,
te nocne bankiety stały się czytelnym symbolem myślenia i postawy
instruktorów Szczepu. Na obozie nie pozwolono urządzić Chatek. Rajdy
piesze zostały poprowadzone do Grunwaldu (chłopcy) i do Nowego Miasta
Lubawskiego (dziewczęta). Bieg harcerski był już tylko parodią biegu.
Odbywał się w obrębie kręgu namiotów, a przeszkody usytuowane w
namiotach polegały na pisemnym wypełnianiu testów sprawdzających
odpowiednie teoretyczne wiadomości. Podobny system wprowadzono dla
zdobywania sprawności. Chciałeś zdobyć dajmy na to sprawność
sanitariusza, musiałeś prawidłowo wypełnić test przepisany na kartce
papieru. W tej sytuacji zdobyto naprawdę rekordową liczbę sprawności.
Dziwne, że w przypadku stopni nie było aż tak wielkiego
"urodzaju". Dzięki temu systemowi chłopcy zdołali zdobyć
tylko 2 stopnie ochotnika i 2 odkrywcy. Dziewczętom natomiast "udało
się" osiągnąć znacznie lepsze rezultaty i zdobyły 5 stopni
ochotniczki, 3 tropicielki i 2 odkrywcy. Pewną wskazówką, dla
zrozumienia tak słabych wyników, może być zwrócenie uwagi na
charakter i treść pytań zawartych w testach. Ich forma wykluczała
sprawdzanie poziomu wyrobienia harcerskiego. Większość pytań dotyczyła
zagadnień teoretycznych w rodzaju – kto jest I Sekretarzem KC PZPR,
podkreśl prawidłową odpowiedź.
Jednym z bardziej emocjonujących momentów na obozie było gaszenie pożaru
lasu, który wybuchł ok. 3 km od obozowiska, a który udało się przy
ogromnym wysiłku harcerzy szczęśliwie ugasić.
Po obozie nastąpiły
zmiany, które jak się wtedy wydawało, powinny przypieczętować upadek
Szesnastki. Widząc co się dzieje i nie mogąc tego zmienić, ustąpił z
funkcji Komendanta Szczepu hm.PL Stanisław Korwin-Szymanowski. Jego
miejsce zajęła od dawna faktycznie kierująca Szczepem phm. Zofia Jasińska.
W tym sensie nic się wielkiego nie stało. Po prostu - sytuacja faktyczna
znalazła tylko swoje formalne potwierdzenie. Jednak dla harcerzy Drużyny
rezygnacja dh. Staszka była chwilą prawdziwie przygnębiająca. Stracili
ostatnie formalne oparcie w osobie Zawiszaka i instruktora, z którego
autorytetem musiała się liczyć nie tylko Zośka, ale nawet Komenda
Hufca. Jednocześnie z funkcji p.o. drużynowego ustąpił Rysiek Kukuła.
Najstarszymi harcerzami w Drużynie pozostali dwaj 15-stoletni zastępowi:
Lesław Kuczyński i Marek Gajdziński. Jeszcze przed rezygnacją Staszka
Korwina zostali oni mianowani przybocznymi i postanowili na własną rękę
ratować Drużynę przed rozwiązaniem. Wiatru w skrzydła dodawały im świeżo
zdobyte patenty drużynowych i wiedza którą udało im się zdobyć.
Wierzyli, że potrafią wyprowadzić Drużynę z kryzysu. Z powodu braku
przygotowanych zastępowych praca była prowadzona w dwóch plutonach pod
dowództwem przybocznych. Jednocześnie Lesław i Marek przekonali
poprzednich drużynowych, Tadka Gackiego i Marka Tumiłowskiego, do
poprowadzenia kursu zastępowych. Wytypowano do niego kilku harcerzy
posiadających już obozowe doświadczenie. Zajęcia odbywały w sposób
dyskretny, tak aby Komendantka Szczepu nie zorientowała się, że
prowadzone są przez Tadka i Mikusia. Nie zaakceptowałaby bowiem tej
sytuacji. Warto podkreślić, że jeszcze w październiku obydwaj
druhowie, za namową przybocznych, kolejno zgłaszali chęć powrotu z
przymusowego urlopu i objęcia funkcji drużynowego. Niestety, obie te
kandydatury zostały przez Zośkę odrzucone. Jej oficjalne stanowisko
umotywowane było tym, że obydwaj panowie w ubiegłym roku wyraźnie
udowodnili, że nie są w stanie efektywnie współpracować z Komendą
Szczepu (...czytaj z Zośką), a zwłaszcza realizować przyjęte przez
Szczep zadania programowe. Zośka postanowiła więc poszukać kandydata
na wakujące stanowisko drużynowego pośród swoich kolegów, instruktorów
Hufca Warszawa Ochota. Nie trzeba dodawać, co by to mogło oznaczać dla
Szesnastki. Do czasu znalezienia chętnego Drużynę mieli prowadzić
przyboczni. Chętny jakoś się jednak nie znajdował i przyboczni
prowadzili swoje plutony aż do Choinki w lutym 1976r. Zbiórki
organizowano co tydzień. Celem pracy było wprowadzenie chłopców w
tajniki technik harcerskich i pokazanie wzorów dobrych zbiórek zastępów,
do powołania których rzetelnie się przygotowywano. Plutony liczyły 12
i 14 harcerzy. Starszy, grupujący chłopców w wieku 13-14 lat, prowadził
Lesław, a młodszym, złożonym z 11-12-stolatków, kierował Marek. Obaj
przyboczni doskonale się rozumieli i mieli jeden jasno sprecyzowany cel:
uchronić Drużynę przed upadkiem.
Zmiany nastąpiły
również w drużynie żeńskiej. W związku z awansem Zośki drużynową
dziewcząt została pwd. Ewa Hołodowicz, a jej przybocznymi - harcerki
wychowane już w drużynie "BCO", odkr. Małgorzata Biesiadowicz
i odkr. Hannna Żuchowska. W listopadzie odbyła się uroczystość, której
znaczenia nie można było wtedy jeszcze prawidłowo docenić, a której
konsekwencje okazały się dla Szesnastki kilka lat później zbawienne.
Komendantka Szczepu, Zosia Jasińska, wyszła za mąż za Zbyszka Kota pełniącego
wtedy obowiązki Kwatermistrza Szczepu. Do faktu tego nikt nie przykładał
większego znaczenia. Jednak już kilka lat później obowiązki rodzinne
zaczęły na tyle zaprzątać czas i świadomość Zośki, że jej
harcerska "kariera" zeszła na plan dalszy. Stopniowo jej udział
w pracach Szczepu słabł, a coraz większe znaczenie zyskiwała Ewa Hołodowicz,
która na szczęście była kobietą zupełnie innego formatu.
Stan Drużyny w
dniu 31.12.1975r.
Komendantka Szczepu -phm. Zofia Jasińska-Kot
16WDH-y "Grunwald"
Drużynowy - vacat
I Przyboczny - Lesław Kuczyński
II Przyboczny - Marek Gajdziński
Stan ogółem - 30 harcerzy w dwóch plutonach pod dowództwem
przybocznych. Zastępy nie działały.
____________________________________________________
Więcej...
Historia - Marek Gajdziński -
Lata 1970-1980 W Obronie Tożsamości
|