|
Marek Gajdziński
1977 rok
Na przełomie
stycznia i lutego zorganizowane zostało XXIII zimowisko w Becejłach koło
Suwałk. W skład komendy wchodzili: komendantka - phm. Ewa Hołodowicz,
zastępca komendanta - phm. Włodzimierz Sikora, oboźny - org. Ryszard
Kukuła i kwatermistrz hm. Marek Wronkowski (Zawiszak).
W zimowisku poza komendą uczestniczyło 6-ciu harcerzy i 13-cie harcerek
łącznie w 4-ech zastępach:
Niedźwiedzi Polarnych - zastępowy Marek Wyszyński
Śnieżnych Krasnali - zastępowy Jerzy Lemański (zastęp mieszany)
Marsjanek - zastępowa Joanna Wojtala
Delawerów - zastępowa Anna Kuczyńska
W punktacji między zastępami zwyciężył zastęp Delawerów Ani Kuczyńskiej.
Zimowisko nie cieszyło się dobrą opinią u chłopców, podobnie zresztą
jak ubiegłoroczne. Przeważały na nim zajęcia świetlicowe, spacery po
świeżym powietrzu. Chłopcom to nie odpowiadało. Pragnęli czegoś
innego, czegoś poważniejszego. Na zimowisku z tych samych co rok wcześniej
powodów, nie mogło być kadry ani starszych harcerzy uczących się w
szkołach średnich.
W lutym kadra Drużyny, starsi harcerze i harcerki, zostali ponownie wysłani
na zimowisko hufca, tym razem do Tucholi. Obiecywano im, że będzie to
wyjazd zupełnie inny od ubiegłorocznego, gdzie odbywała się nachalna
agitacja do HSPS-u. Komendantką podobozu grupującego kadrę drużyn młodszoharcerskich
była Ewa Hołodowicz i zależało jej na obecności starszych harcerek i
harcerzy Szesnastki, aby stworzyć na zimowisku odpowiednią harcerską
atmosferę. Mimo przykrych ubiegłorocznych doświadczeń wszyscy dali się
na to namówić. I rzeczywiście, w dużym stopniu zamierzenia Ewy udały
się, choć nie do końca. Znów trzeba było toczyć z komendą hufca
walkę o prawo noszenia tradycyjnych mundurów harcerskich. Jeszcze raz
Szesnastka wyszła z tego zwycięsko, gdyż nie dała się zastraszyć
karnym wyjazdem do Warszawy. Po za tym, na zimowisku dominowały zajęcia
o charakterze kształceniowym w zakresie przygotowania do pełnienia
funkcji instruktorskich w Drużynie.
27 lutego odbyła się Choinka połączona z dwuznaczną uroczystością
wręczenia przez Przewodniczącego KPH nowego sztandaru Szczepu,
wykonanego za pieniądze zarobione w trakcie ubiegłorocznej akcji
"Znicz".
W tym miejscu koniecznych jest kilka słów wyjaśnienia: dlaczego
dwuznaczną? Jak pamiętamy, Szesnastka swój pierwszy sztandar otrzymała
w 1925 roku. Sztandar ten towarzyszył Drużynie,w normalnej pracy aż do
wybuchu wojny, przez cały okres konspiracji i podczas Powstania
Warszawskiego. W dniu kapitulacji Powstania został zakopany w piwnicy
zrujnowanego domu stanowiącego ostatnią, powstańcza kwaterę harcerzy
Szesnastki. Po wojnie nie powiodła się żadna z wielu prób odnalezienia
sztandaru, lecz Drużyna ciągle łudziła się nadzieją jego odzyskania.
Dopiero w 1956 roku uzyskano informację, że wczesną wiosna 1945 roku
podczas rozminowywania Warszawy, sztandar Szesnastki został odkopany
przez radzieckich saperów, przekazany władzom bezpieczeństwa i
prawdopodobnie zniszczony. W tej sytuacji Zawiszacy ufundowali Drużynie
nowy sztandar stanowiący dokładną replikę zaginionego. Wykonały go te
same siostry zakonne na zachowanych w warsztacie matrycach z 1925 roku.
Uroczystość wręczenia sztandaru miała miejsce na obozie w 1958 roku.
Od tamtej chwili sztandar znów stale towarzyszył Drużynie. Harcerze
czcili go jak najświętszą relikwię. Był symbolem dawnej świetności
Szesnastki, o której w czasach komunizmu można było tylko marzyć. Ale
nie tylko. Sztandar Szesnastki z jego "Orłem w Koronie" i hasłem
"Honor i Ojczyzna" był symbolem ducha, jaki panował w Drużynie.
A był to duch sprzeciwu wobec sowieckiej okupacji, bo tak oceniano
sytuację, w której znalazła się nasza Ojczyzna po 1945 roku. Przez cały
czas, choć z różnym nasileniem, starano się uświadamiać harcerzom
ten smutny fakt, wpajano w nich potrzebę służby Ojczyźnie, ochrony
polskiej kultury i tradycji, a przede wszystkim zachowania godności w życiu
prywatnym i zawodowym. Wygłaszane przy ogniskach gawędy i zestaw
najbardziej popularnych w Drużynie piosenek o tematyce patriotycznej i
partyzanckiej stale podtrzymywały i rozpalały na nowo tego ducha.
Sztandar, w obecności którego składane były Przyrzeczenia Harcerskie,
pozwalał instruktorom i bardziej świadomym harcerzom łatwiej przełknąć
słowa roty przyrzeczenia wprowadzonej do ZHP przez komunistów.
Przyrzeczenie "wierności sprawie socjalizmu", które
powszechnie odbierane było jako deklaracja "wierności Związkowi
Radzieckiemu" brzmiały zupełnie inaczej, gdy wypowiadało się je
opierając dwa palce prawej ręki o drzewce historycznego sztandaru. Słowa
te nie tylko brzmiały inaczej, również znaczyły co innego dla
wypowiadających je harcerzy. Kiedy się je wypowiadało, wyciągając
jednocześnie dwa palce w kierunku "Orła w Koronie",
zwalczanego przez komunistów symbolu Niepodległej Polski, to znaczyły
one tyle co... "Zostałem zmuszony do fałszywej przysięgi, gdyż
inaczej nie mógłbym włożyć munduru harcerskiego i swoją postawą
dawać świadectwo, że jeszcze Polska nie zginęła". Sytuacja ta uświadamiała
całe draństwo obowiązującego w Polsce systemu, w którym przyszło żyć
powojennym pokoleniom Zawiszaków. Do składania tego typu przyrzeczeń
zmuszano Polaków przy wielu innych okazjach, z których najbardziej
powszechne było ślubowanie studenckie i przysięga wojskowa.
Przyrzeczenie Harcerskie w Szesnastce było więc wspaniałą lekcję
wychowania obywatelskiego ukazującą dwuznaczność moralną, w której
musieli żyć obywatele PRL-u. Posiadanie tego sztandaru było czynnikiem
chroniącym Szesnastkę przed całkowitą sowietyzacją, której uległo
tak wiele drużyn harcerskich. Nic dziwnego, że sztandar Drużyny, który
poprzez swoją historię i wizerunek symbolizował antyradzieckiego i
kontrrewolucyjnego ducha Szesnastki, budził wściekłość
komunistycznych władz ZHP. Już w latach 60-tych zakazano jego używania.
Szesnastce to jednak nie przeszkadzało. Mimo zakazu, Sztandar był obecny
we wszystkich ważniejszych chwilach w życiu Drużyny. Nie można się z
nim było tylko afiszować na zewnątrz, co nie było jakimś wielkim
ograniczeniem, bo i tak Szesnastka stroniła od uczestnictwa w oficjalnym
życiu ZHP. Tak było do czasu, gdy kierownictwo Drużyny spoczywało w
zawiszackich rękach. Odkąd to się zmieniło i władzę w Szczepie
uzyskali instruktorzy spoza Szesnastki wykazujący się lojalnością
wobec komunistycznych władz ZHP, los Sztandaru wydawał się przesądzony.
I rzeczywiście, gdy Zofia Jasińska została Komendantką Szczepu
postanowiła oddać Sztandar Szesnastki do muzeum i zastąpić go nowym,
uszytym zgodnie z obowiązującym regulaminem ZHP. Decyzję argumentowano
brakiem możliwości używania starego sztandaru podczas oficjalnych wystąpień
Szczepu na forum publicznym. Przygotowania do tego zamierzenia zostały
podjęte natychmiast i już rok później znalazły się pieniądze na
jego realizację. Na ten właśnie cel poszły środki uzyskane z
pierwszej zarobkowej akcji "Znicz". Wielu rodziców z KPH i
szacownych Zawiszaków dało się nabrać na pokrętną argumentację Zośki
o potrzebie uszycia nowego sztandaru. Inni uważali, że współczesna
Szesnastka nie jest godna dawnego sztandaru i rzeczywiście najlepszym dla
niego miejscem będzie Muzeum Historyczne Warszawy. W rezultacie niemalże
wszyscy poparli to zamierzenie, włączając się doń aktywnie i współfinansując
je w formie pamiątkowych gwoździ do drzewca. Gdyby wiedzieli, że w Drużynie
nazywano je "gwoździami do trumny Szesnastki", gdyby wiedzieli
jakie znaczenie dla Drużyny miał jej historyczny sztandar, który teraz
miał być Jej odebrany, na pewno inaczej patrzyliby na tę ohydną akcję.
Ale dawnych Zawiszaków nie dopuszczano do rozmowy z szeregowymi
harcerzami. Wszelkie rozmowy prowadziła Komendantka Szczepu i Drużynowi,
co było skądinąd zrozumiałe i naturalne. W rezultacie uroczystość
nadania nowego sztandaru była podniosła dla większości Zawiszaków,
ale dla harcerzy w Drużynie smutna, bo oznaczała wyrok na ich relikwię
i odebranie im najważniejszego symbolu ich tożsamości. Dla dodania
sobie otuchy chłopcy uczepili się myśli, że ich sztandar dalej
pozostaje Sztandarem Drużyny, a nowa "czerwona płachta" będzie
tylko i wyłącznie Sztandarem Szczepu, który przecież traktowano jako
twór sztuczny i przejściowy. To pozwalało przejść nad tym przykrym
zdarzeniem do porządku dziennego. Wierzono, że z pomocą Zawiszaków
znajdzie się jakiś sposób, by w ważnych chwilach dalej można było,
choćby w konspiracji, używać dawnego Sztandaru.
W marcu Lesław wpadł na pomysł założenie w Szczepie klubu
turystycznego. Zośce, która jeszcze niczego nie podejrzewała, pomysł
ten przypadł do gustu i zezwoliła na jego urzeczywistnienie. Oficjalna
koncepcja klubu była jak najbardziej "na bazie i po linii", bo
nawiązywała do zaleceń HSPS-u, który preferował taką właśnie
klubową organizację życia starszych harcerzy. Tyle tylko, że prawdziwy
cel tej inicjatywy był zupełnie "nie po linii". Lesław wyszedł
z założenia, że najważniejszym i najbardziej wartościowym elementem
programu drużyny jest "życie w polu" - wszelkiego rodzaju
wycieczki, biwaki i obozy. Zarówno Zośka jak i Zbyszek Kot do takiego życia
zupełnie się nie palili. Stwarzało to wielką szansę i otwierało
szerokie możliwości budowania Drużyny właśnie na wycieczkach i
biwakach, bo tam obecność oficjalnego drużynowego była mało
prawdopodobna i można było je planować tak, by realizować cele, których
Zbyszek by nie akceptował. Jednak organizowanie częstych wycieczek Drużyny
bez drużynowego, a jedynie pod dowództwem Marka Gajdzińskiego, mogłoby
się wydać podejrzane. Ponadto, w oficjalnych wycieczkach Grunwaldu nie mógłby
brać udziału Lesław, który miał przecież zakaz działania w Drużynie.
Ale klub turystyczny Szczepu, legalnie prowadzony przez Lesława, to zupełnie
co innego. Skoro klub organizuje "imprezę", a udział w niej
biorą harcerze, to wszystko jest jak najbardziej w porządku. W ten sposób,
począwszy od połowy marca w Szczepie uległa aktywizacji działalność
turystyczna. Imprezy klubu turystycznego były niczym innym, jak
regularnymi wycieczkami Drużyny, na których Marek i Lesław , czyli
przyboczni (oficjalny i nieoficjalny) mogli spokojnie, poza czujnym
nadzorem narzuconego drużynowego, realizować swój plan przetrwania Drużyny
do lepszych czasów, bez zagubienia dawnego szesnastkowego stylu i metod
pracy.
W marcu i kwietniu odbyły się dwie takie wycieczki w Lasy Nadarzyńskie
i do Puszczy Kampinoskiej. Uczestniczyła w nich głównie starszyzna Drużyny
- przyboczni i zastępowi. Pomysł był bardzo dobry, ale Zośka wykazała
"rewolucyjną czujność" i na początku kwietnia przestało jej
się to podobać. Dokonała więc personalnej roszady i finezyjnie
poprzestawiała figury na szachownicy. Lesław został zwolniony z funkcji
szefa Klubu Turystycznego i powierzono mu "odpowiedzialną"
funkcję instruktora d/s propagandy Szczepu. Rysiek Kukuła został
zwolniony z funkcji redaktora naczelnego "Sulimczyka" i
skierowany na szefa klubu turystycznego. Redaktorem naczelnym Sulimczyka
został zaś Zbyszek Kot. Oto przykład "harcerskiego stylu" w
jakim rozwiązywane były problemy Szczepu.
Zbyszek Kot rozpoczął swoje szefowanie w "Sulimczyku" od całkowitej
zmiany tradycyjnej winiety, która towarzyszyła pismu od początku jego
istnienia. Ten "twórczy eksperyment" trwał przez kilka miesięcy,
po czym musiano się z niego wycofać z powodu drastycznego spadku sprzedaży.
Natomiast jeśli chodzi o klub turystyczny, to idea przetrwała w nieco
zmienionej postaci. Rysiek Kukuła stał się w ostatnim czasie gorącym
zwolennikiem koedukacji w Szesnastce. Dla nikogo nie było tajemnicą, że
przyczyną tego była druhna zastępowa "Marsjanek", Joasia
Wojtala, z którą zresztą po latach się ożenił, tworząc pierwszą
zawiszacką parę małżeńską. Rysiek nadał więc klubowi, usytuowanemu
w strukturze Szczepu, charakter bardziej otwarty.
Jeszcze w kwietniu, podczas ferii Wielkanocnych, Klub Turystyczny
zorganizował I Wiosenny Obóz Wędrowny w Górach Świętokrzyskich.
Komendantem obozu został org. Ryszard Kukuła, oboźnym - przod. Marek
Gajdziński, a kwatermistrzem - przod. Lesław Kuczyński. W obozie poza
komendą uczestniczyło jeszcze 7-miu harcerzy i 3 harcerki. Warto poświęcić
kilka słów temu wydarzeniu, gdyż przez wielu oceniane jest jako przełomowe
w procesie "odzyskiwania" Szesnastki. Przede wszystkim, był to
obóz prawdziwie męski. Zarówno pod względem obsady kadrowej, która
zapewniała pełną swobodę działania, jak i pod względem charakteru. Wędrówka
została specjalnie zaplanowana w ten sposób, by towarzyszyły jej
prawdziwe trudy i wiele zaskakujących sytuacji. Przemierzono na piechotę
niemal całe Góry Świętokrzyskie, dźwigając pełny ekwipunek w
plecakach. Żywiono się gotując na kuchniach polowych. Nocowano w stodołach,
przeważnie przy kilku stopniowym mrozie, gdyż pogoda nie rozpieszczała
wędrowców. Kwatery na nocleg musiał wynajdywać specjalnie wysyłany
przodem zwiad kwatermistrzowski. Jednym słowem, wyprawa rzeczywiście
wymagała hartu ducha i wyrobienia. O takich "harcach" marzono w
Drużynie od lat. Jednak obozy organizowane w Szczepie, łącznie z
ostatnim obozem wędrownym w Sudetach, nie zapewniały tego typu mocnych
wrażeń z powodu zupełnie innego pojmowania harcerstwa przez
instruktorki Szczepu.
Przy okazji, na pełne uznanie zasługuje postawa 3-ch harcerek uczestniczących
w obozie, które dzielnie dotrzymywały kroku chłopcom mimo, że wymagało
to od nich znacznie większego wysiłku. Być może wytłumaczeniem
wielkiego samozaparcia dziewcząt była ich prawdziwa motywacja do
uczestnictwa w wędrówce, daleko wykraczająca poza ramy normalnych zależności
służbowych obowiązujących w harcerstwie. A i wśród harcerzy było
3-ech takich druhów, którzy specjalnie czuli się w obowiązku pomagać
dziewczętom w znoszeniu trudów wyprawy.
Na uwagę zasługuje również sposób zorganizowania obozu. Mianowicie,
odbył się on zupełnie bez wiedzy, a więc również i bez zgody Komendy
Hufca. Kto pamięta tamte czasy, charakteryzujące się totalną
inwigilacją i pełną kontrolą wszelkich przejawów zorganizowanego życia
społecznego, ten na pewno należycie doceni ten fakt. W każdym razie,
kadra Drużyny od początku miała pełną świadomość tego, że była
to udana próba zerwania więzów krępujących swobodę działania. Było
to pierwsze znaczące doświadczenie uświadamiające młodej kadrze
Szesnastki, że mimo wszystko można jednak w istniejących warunkach
przeprowadzać poważne harcerskie przedsięwzięcia w sposób niezależny
od komunistycznych władz ZHP. Trudno dziś przecenić znaczenie, jakie
miało to "odkrycie" dla procesu kształtowania się przyszłej
niezależnej postawy młodych instruktorów Drużyny.
 |
|
 |
|
Wiosna 1977r. Obóz w Górach Świętokrzyskich.
Andrzej Smoleński i Maciek Rurarz na postoju.
|
|
Wiosna 1977r. Obóz w Górach Świętokrzyskich.
Posiłek obiad na postoju. Jacek Augustyniak i Maciek Rurarz.
|
17 kwietnia odbył się rajd o tytuł najlepszego zastępu hufca. Wielki
sukces w tym rajdzie odniósł zastęp Marsjanek - (zastępowa Joanna
Wojtala) z żeńskiej drużyny "BCO" zdobywając I miejsce w
klasyfikacji ogólnej. Zastęp Jastrzębi (zastępowy Wojtek Szymański) z
Grunwaldu zajął V miejsce. Biorąc pod uwagę fakt, że pół roku wcześniej,
jesienią 1976 roku, Rada Drużyny BCO zdobyła I miejsce w Rajdzie Rad
Drużyn Hufca, można uznać, że owym czasie była to bez wątpienia
najlepsza drużyna w Hufcu ZHP Warszawa Ochota. Oczywiście można było
mieć masę wątpliwości, a nawet pretensji do kryteriów oceny, które
nie wiele miały wspólnego z tradycyjnie pojmowanym harcerstwem. Fakt
pozostaje jednak faktem.
W maju Komenda Hufca dostarczyła Zofii Jasińskiej dowodu na
potwierdzenie jej argumentacji w sprawie nowego sztandaru. Szczep został
wyznaczony jako reprezentacja Hufca na Jubileusz 10-tej rocznicy nadania
imienia "Bohaterów Warszawy" Chorągwi Stołecznej ZHP.
Uroczystość odbywała się na stadionie warszawskiej Legii i miała
charakter wiecu. Na trybunach zasiadło kilka tysięcy spędzonej tu z całej
Warszawy młodzieży harcerskiej. Wysłuchano kilku "płomiennych"
przemówień w wykonaniu "harcerskich" i partyjnych natabli.
Przez cały ten czas, dziesięć reprezentacyjnych szczepów Stolicy (w
tym Szczep 16 WDHiZ) ze swoimi pocztami sztandarowymi, w równym szyku,
stało na płycie stadionu, po to tylko, by efektownie zakończyć wiec
defiladą na bieżni. Później zachwytom nad prestiżem Szczepu nie było
końca. Zwłaszcza zaś podkreślano przezorność i dalekowzroczność
komendantki – Zofii Jasińskiej. Gdyby Szczep nie miał nowego,
regulaminowego sztandaru, nie mógłby oczywiście dostąpić tak
"wielkiego zaszczytu".
W lipcu kolejny XLVIII obóz letni nad jeziorem Gołdap koło Gołdapi na
Mazurach zorganizowany został w zgrupowaniu ze szczepem 242 WDH. Komendę
obozu stanowili phm. Ewa Hołodowicz - komendantka i przod. Marek Gajdziński
- oboźny.
Obóz, jak zwykle w ostatnich latach, koedukacyjny składał się z 7-u
zastępów - 3-ech męskich, 3- ech żeńskich i 1-go koedukacyjnego
(kadrowego), ogółem 44 uczestników, w tym 20 harcerek i 22 harcerzy.
W punktacji między zastępami zwyciężyły Jastrzębie (zastępowy
Wojciech Szymański).
Jak widać, był to pierwszy od czterech lat obóz, którego nie prowadziła
Zośka znajdująca się aktualnie w zawansowanej ciąży. Nie był ani
jej, ani jej męża, ani w ogóle nikogo z grona "towarzystwa
wzajemnej adoracji". Dzięki temu oboźny mógł wprowadzić
dyscyplinę i atmosferę, jaką pamiętał jeszcze ze swego pierwszego
obozu w Gryzach w 1972 roku, kiedy to w Szesnastce nie było dziewcząt, a
obóz żył według jednolitych zasad, które obowiązywały tak samo najmłodszych
jak i najstarszych harcerzy i instruktorów. Niestety obozu w Gołdapi nie
można jednak zaliczyć do wyjątkowo udanych. Przyczyną tego stanu
rzeczy była fatalna pogoda. Lało przez cały prawie miesiąc. Mokre
ubrania i buty, których nie nadążano suszyć, odbierały wszystkim
ochotę do jakichś bardziej wyrafinowanych harców. Wyjątkowa szansa,
przed jaką stanęła Drużyna mogąc dzięki odpowiedniemu składowi
komendy tak ukształtować program obozu, by w sposób możliwie pełny
powrócić do dawnego stylu obozownictwa, nie została wykorzystana. Z
konieczności większość obozu spędzono w namiotach lub najbliższej
jego okolicy. Jedynie na okres rajdu pieszego, który poprowadzono w 4-ech
grupach rajdowych do Becejł, pogoda nieco się poprawiła, co uznano za
wyjątkową łaskę losu. Nawet bliskość obozu szczepu 242 i związana z
tym możliwość urządzania intensywnych podchodów nocnych, nie na wiele
się zdała, ponieważ "parzyści", jak ich nazywano, żadnej
ochoty w tym względzie nie przejawiali. Byli do tego stopnia rozleniwieni
hufcowym stylem obozowania, że nawet warty nocnej we własnym obozie nie
trzymali, co odbierało sens jakimkolwiek podchodom. Deszcz pokrzyżował
również ambitne plany przeprowadzenia porządnego biegu harcerskiego.
Mimo wszystko, był to już jednak bieg nocny, który pod względem wyników,
wypadł nadspodziewanie dobrze. Natomiast elementem działającym na
wyobraźnię, była bliskość (ok. 500m) szerokiego, zaoranego pasa
granicznego z ZSRR. Jednym z bardziej "elektryzujących" momentów
życia obozu była operacja "Dezerter". Na prośbę miejscowego
komendanta WOP-u (Wojska Ochrony Pogranicza) wszystkie zastępy przez dwa
dni patrolowały wyznaczone rejony lasu w celu wytropienia radzieckiego
dezertera, który według informacji dostarczonych przez Rosjan, zbiegł z
ZSRR z zamiarem ucieczki do RFN. Oczywiście Rosjanie nie byliby
zadowoleni z naszej pomocy, gdyż każdy zastęp został zaopatrzony w
odpowiednie cywilne ubranie i zapas żywności, które miał
"nieopatrznie" zostawić w lesie w wypadku wytropienia zbiega
lub nawiązania z nim kontaktu. Niestety nie udało się nam pomóc
desperatowi i kilka dni później zostaliśmy zawiadomieni, że biedaka złapano
w Polsce i deportowano do ZSRR.
 |
|
 |
|
Lato 1977r. Obóz w Gołdapi. Wymarsz z jednego z
miejsc noclegu.
|
|
Lato 1977r. Obóz w Gołdapi. Na rajdzie.
|
Natomiast w sierpniu słońce, jak gdyby rekompensując swoją lipcową złośliwość,
nie schodziło z nieba nawet na chwilę, co wydatnie ułatwiło przebieg
kolejnego, ''cichego'' obozu wędrownego zorganizowanego w Bieszczadach
pod szyldem klubu turystycznego Szczepu. Mianem "cichego"
nazywane były obozy i wyjazdy, których nie zgłaszano do hufca. Obozy
takie nie korzystały z żadnych hufcowych dotacji, ale w zamian za to nie
trzeba było pisać fikcyjnych planów pracy zawierających obowiązkowe
elementy tzw. ''świergolenia''. Był to już drugi tego typu wypad w tym
roku, co może świadczyć o tym, że charakterystyczna "rogata
dusza" Drużyny przetrwała lata obcego "zamordyzmu". W
obozie tym wzięli udział wyłącznie najstarsi harcerze męskiej drużyny
"Grunwald"- własna kadra i zastępowi w sile 5-ciu ludzi.
Komendantem obozu był org. Ryszard Kukuła. Była to wyprawa naprawdę
wyczerpująca, wymagającą dużego wyrobienia i zaspakajająca w pełni
potrzebę sprawdzenia się w trudnych sytuacjach. W Bieszczady docierano
autostopem w dwuosobowych patrolach. Następnie trasę z Ustrzyk Górnych
do Komańczy pokonano pieszo, "targając na plecach" pełne
wyposażenie biwakowe, łącznie z namiotami. Nocowano pod namiotami na
biwakach rozkładanych w pięknych plenerach dzikich jeszcze wtedy
Bieszczad.
We wrześniu Zbyszek Kot, który ukończył studia, został powołany do
wojska na SOR (Szkoła Oficerów Rezerwy). Musiał więc ustąpić z
funkcji Drużynowego, którą pełnił przez ponad półtora roku. Trzeba
w tym miejscu wyraźnie podkreślić, że niechęć do niego, okazywana
przez harcerzy Szesnastki, w żaden sposób, nie wynikała z jego cech
osobistych, czy złej woli. Zbyszek okazał się równym facetem. Nie miał
pojęcia o harcerstwie, bo sam go w młodości nie przeżył. Ale miał
tego świadomość i w związku z tym starał się specjalne nie szkodzić.
Wywodził się z kręgu kultury studenckiej i to był jego żywioł. Źle
czuł się w towarzystwie znacznie od siebie młodszych harcerzy, których
zainteresowania w żaden sposób nie przystawały do tego, co można by
określić mianem "kabaretu studenckiego" i wcale tego nie
ukrywał. Świetnie grał na gitarze i śpiewał. Cóż jednak z tego, gdy
jego nie bawiły piosenki, które chcieli śpiewać harcerze, a z kolei
jego turystyczno-studencki repertuar nie odpowiadał Drużynie zakochanej
tradycyjnie w piosenkach harcerskich i partyzanckich. Źle się czuł w
polu i nie rozumiał odczuwanej przez harcerzy potrzeby sprawdzania się w
trudnych sytuacjach. Jednym słowem - nie "czuł Szesnastki".
Nie było w tym niczyjej, a zwłaszcza jego winy. Nikt, kto nie wychował
się w Szesnastce od małego, nie przeszedł po całej drabinie stopni i
funkcji, nie zrozumie tej specyficznej atmosfery, charakterystycznej dla
tej i tylko dla tej Drużyny. Po początkowym okresie, w którym zapewne
mocno dopingowany przez żonę starał się wywierać wpływ na Drużynę,
zorientował się, że nic z tego nie wychodzi i ''odpuścił'',
pozostawiając coraz bardziej wolną rękę przybocznemu. Jego
"pech" polegał na tym, że bez jakichkolwiek konsultacji, z
zaskoczenia, został Drużynie narzucony odgórnie i cała ta sytuacja
sprowokowana przez jego żonę sprawiała, że przez cały czas traktowany
był jak obcy i to obcy zagrażający tożsamości Szesnastki. Przykre
jest to, że moment jego odejścia przyjęto z ulgą. Ale tak właśnie było.
Dzień, w którym wiadomość ta dotarła do Drużyny, był jak Święto
Niepodległości.
Kierownictwo Drużyny ponownie powróciło w zawiszackie ręce. Drużynowym
został mianowany przod. Marek Gajdziński. Ponieważ Zofia Jasińska
dalej nie zgadzała się na powrót Lesława Kuczyńskiego do
"Grunwaldu", postanowiono przeczekać do spodziewanej wkrótce
zmiany na funkcji Komendanta Szczepu i w ogóle przybocznych w Drużynie
nie mianować. Lesław dalej jednak pomagał w prowadzeniu Drużyny tyle,
że tak jak dotąd – nieoficjalnie i w tajemnicy.
Od września praca w Drużynie ruszyła z nowym impetem. Co tydzień
odbywały się zbiórki zastępów i zbiórki Rady Drużyny, na których
koordynowano i oceniano pracę zastępów. Raz w miesiącu odbywały się
zbiórki Drużyny, które organizowano w ten sposób, aby stawały się
podsumowaniem miesięcznej pracy w zastępach. Postawiono na intensywne ćwiczenia
polowe. We wrześniu odbyły się dwie wycieczki Drużyny (wszystkie do
Puszczy Kampinoskiej). Sezon wycieczkowy zakończył się mocnym akcentem.
W XXIV Rajdzie Świetlików PTTK, który odbył się ponownie w Górach Świętokrzyskich,
partol Grunwaldu zdobył II miejsce w klasyfikacji ogólnej. Przypomnijmy,
że Rajd Świetlików to bardzo prestiżowy, nocny marsz na orientację
prowadzony poprzez wyjątkowe bezdroża na dystansie ok. 30 km. Sukces ten
świadczył dobitnie o poziomie wyrobienia harcerzy Szesnastki.
 |
|
 |
|
Wrzesień 1977r. Wycieczka Drużyny. Postój w
Zaborówku.
|
|
Wrzesień 1977r. Dąb "Radek" w
okolicach Pociechy. Tajne miejsce spotkań Rady Drużyny
|
Druga połowa października to znów intensywna praca zarobkowa w ramach
II Akcji Znicz zorganizowanej przy ogromnym współudziale KPH. Uzyskane w
ten sposób fundusze zostały przeznaczone na zakup sprzętu obozowego.
4 listopada ruszyła w Drużynie pierwsza akcja "Grunwald".
Postanowiono wykorzystać okres jesiennych szarug, zupełnie niesprzyjający
życiu polowemu, do podniesienia na wyższy poziom ogólnej wiedzy
harcerskiej z dziedziny historii Szesnastki i całego ZHP, symboliki,
regulaminów, a przede wszystkim znajomości i rozumienia Prawa
Harcerskiego. Przez ponad miesiąc trwały w zastępach intensywne
szkolenia. Jednocześnie zastępy wykonywały zadania mające przybliżyć
im szczególnie zapomniane lub pomijane milczeniem okresy historii Drużyny,
a także postacie wybitnych Zawiszaków.
10 listopada Drużyna wyruszyła w Lasy Nadarzyńskie. Trasa wycieczki
przebiegała przez Pęcice, gdzie znajduje się mogiła powstańców
warszawskich, w której spoczywa trzech harcerzy 16WDH poległych w bitwie
pod tą miejscowością 2 sierpnia 1944 roku. 2 grudnia odbył się bieg
Grunwaldzki - całodzienny bieg patrolowy po miejscach związanych z
historią Szesnastki. Na poszczególnych przeszkodach tematycznych stali
najstarsi harcerze. Kandydaci do drużyny "biegli" po prawo
przyjęcia do Drużyny, a tym samym przywilej noszenia krajek i kostek.
Pozostali harcerze, którzy byli w Drużynie już od ponad roku, ubiegali
się o przyznanie im plakietki Drużyny.
9 grudnia odbyła się uroczysta zbiórka Drużyny. Ci kandydaci, którzy
pomyślnie ukończyli bieg, zostali uroczyście przyjęci do Szesnastki.
Starsi harcerze, po raz pierwszy w życiu, zawiązali im na szyi krajki i
wręczyli kostki. Pozostali, o ile uzyskali pozytywne wyniki w biegu,
otrzymali, przyznane po raz pierwszy plakietki Drużyny. Efekty uzyskane w
wyniku tej akcji okazały się tak dobre, że na wiele lat stała się ona
stałym elementem późno-jesiennego programu pracy Grunwaldu.
Stan Drużyny w
dniu 31.12.1977r.
Komendantka Szczepu - phm. Zofia Jasińska-Kot
16WDH-y "Grunwald"
Drużynowy - org. Marek Gajdziński
Przyboczny - vacat.
Stan ogółem - 35 harcerzy w 4-ech zastępach
Lipki - zastępowy trop. Piotr Lipiński
Skauci - zastępowy trop. Tomek Grajewski
Jarko-Grajki - zastępowy trop. Jarek Grajewski
Wilki - zastępowy och. Andrzej Smoleński
____________________________________________________
Więcej...
Historia - Marek Gajdziński -
Lata 1970-1980 W Obronie Tożsamości
|