|
Jerzy Wądołkowski
Kolonia w Kołbach na Polesiu
W czasie wakacji 1913 roku, a więc prawie 45 lat temu, gdy harcerstwo w
Kongresówce (skauting jak się wtedy nazywało) liczyło zaledwie kilkanaście drużyn
tajnych, odbyła się kolonia w warunkach niemal idealnych jakie można sobie
wyobrazić dla harcerzy. Było to w majątku pp. Olewińskich na Polesiu. Majątek
nazywał się Kołby, a organizującą była drużyna Zawiszy Czarnego.
Polesie nie było wtedy tak ożywione jak je znamy z czasów późniejszych. Wprawdzie
do Pińska dojeżdżało się koleją, ale do Kołbów leżących w środku Błot Pińskich,
można było się dostać tylko jadąc łódkami lub maleńkim statkiem zwanym „Orioł" do
Lemieszewicz 10 kilometrów, a stamtąd pieszo lub końmi również z 10 kilometrów.
Nie było jeszcze wtedy ani grobli do Pińska w kierunku na Kołby, ani mostu przez
rzekę Pinę. Sam dwór Kołby był położony na lewym brzegu rzeki Styr. Okolica jak dla
mnie była piękna. Innego zdania będą zapewne ci, którzy nie lubią moczarów, łąk i
wody, a i z pociągu inaczej to wszystko wygląda, niż jak się jedzie łódką lub idzie
pieszo przez las.
Od strony zachodniej doprowadzały do dworu Kołby dwie szerokie drogi z dwóch wsi:
jedna wieś była szlachecka, druga chłopska. Dalej były tak zwane popasy i pola orne.
Wtedy jeszcze rozróżniano na Polesiu chłopów i szlachtę, a nawet były wielkie
sprzeczności wśród nich, chociaż majątkowo, ani też pod względem nauczania się
czy kultury nie różnili się zupełnie. Tak samo i pod względem języka. I ci i ci mówili
po białorusku. Sprzeczności były jednak tak wielkie, że szlachcic nie mógł się ożenić
z chłopką pod groźbą utraty przynależności do szlachectwa, jak również i
szlachcianka nie mogła wyjść za chłopa, chociaż wszyscy razem boso chodzili. Jak
teraz tam jest - nie wiem.
Na wschód od Dworu była rzeka Styr z „prościami", to jest kanałami lub rowami
komunikacyjnymi, moczary zarośnięte łozą, łąki i las.
W roku 1913 był wyjątkowo wysoki stan wód na Polesiu, tak że rzeka Styr wystąpiła z
brzegów – moczary zamieniły się w jeziora, a łąki stanęły pod wodą. Wszędzie
można było łódkami dojechać. Szczury z błot powychodziły na „hrudki" (uprawne
wzniesienia terenów wśród moczarów) i powyjadały kartofle tak, że podczas
chodzenia nogi zapadały się do kostek w podziurawionej ziemi. Za to ryb i dzikich
kaczek było dużo.
Dziwne się może wydać to, że w ówczesnych warunkach politycznych można było
zorganizować taka kolonię. Otóż przede wszystkim okolica była tego rodzaju, że
najmniej się można było spodziewać tutaj jakichś prac młodzieżowych. Zresztą prace
tego rodzaju nie były znane w tym czasie w ogóle. A i obecność pani Olewińskiej,
właścicielki majątku nadawała pracom naszym pozory legalności. Wszystko się robiło
za jej wiedzą. Aparat wywiadowczy nie był tak rozwinięty jak to ma miejsce dzisiaj.
Jedyna osoba urzędowa z jaką można się było spotkać na miejscu, to był tak zwany
„uriadnik", który zbyt często wychodził z majątku dobrze obdarowany, aby donosić
cokolwiek nawet jeżeli coś podejrzewał. Ludność miejscowa nie orientowała się
zupełnie, co do charakteru naszego zbiorowiska, czego najlepszym dowodem było
to, że miejscowy pachciarz, na wieść, że mają przyjechać młodzi ludzie, sprowadził
więcej wódki. Zresztą byliśmy grupą niezbyt liczną (kilkunastu chłopców), aby się
rzucać w oczy.
Wszystko to jednak nie wykluczało ryzyka dla pani Olewińskiej i dla nas, gdyż
wystarczyłby jeden „donos", a mogliśmy mieć lekko mówiąc duże nieprzyjemności.
Kolonia liczyła więc kilkunastu chłopców (liczby dokładnej nie pamiętam).
Kierownikiem jej był Alojzy ( Pawełek – przyp. red.) – zginął tragicznie w 1930r.
Podzieleni byliśmy na dwa zastępy. Zastępowymi byli Piotr (Olewiński – przyp. red.) i
ja. Naczelnymi kucharzami byli: mój brat Ignacy ( Wądołkowski – przyp. red.) i
Henryk (Dobrowolski – przyp. red.) – zginął na froncie w 1914r. ( tak zwany „Henio z
trzema maturami" – gdyż faktycznie miał maturę realną i filologiczną). Więcej funkcji
nie było.
Zjeżdżaliśmy się na miejsce małymi grupkami aby nie alarmować władz. Nie
zdążyliśmy się zjechać w Kołbach, jak nas zaproszono do udziału w przyjęciu jakie
gotowała ludność katolicka Pińska i okolic z okazji przyjazdu i wizytacji ks. biskupa
Cieplaka.
Była to wielka uroczystość ludności katolickiej, zważywszy na ucisk rządu
rosyjskiego, jaki wywierał on na wszystko co zatrącało polskością – a była to
faktycznie, przede wszystkim manifestacja polskości. Zjazd był liczny, a więc nasza
grupa niknęła w tłumie. Braliśmy udział w zdobieniu kościoła, a w samej uroczystości
pełniliśmy służbę – coś w rodzaju warty honorowej.
Zaszedł tutaj mały wypadek, który mógł mieć poważne następstwa, bowiem
miejscowy naczelnik powiatu pińskiego, który starał się stale trzymać blisko biskupa,
przy wchodzeniu do kościoła, kiedy zamykano drzwi pod naporem tłumu, został
wypchnięty kolanem przez Stacha, a Stach - tak zwana „Stara Mańka" ( Stanisław
Zdziarski – przyp. red.) zatrzasnął mu drzwi przed nosem. Zrobiła się awantura. Pan
naczelnik zaczął się nami interesować. Nie wiem dlaczego nie było dalszych
konsekwencji, może mógłby coś o tym powiedzieć właściciel majątku Poczapów
(sąsiadującego z Pińskiem). W każdym razie musieliśmy zaraz uciekać. A więc
wozami do Poczapowa, stąd łódkami do Lemieszewicz i dalej piechotą do Kołbów.
Tak zniknęliśmy z oczu pana naczelnika, który zresztą w tym czasie miał wiele roboty
z okazji przyjazdu biskupa.
W Kołbach mieliśmy cztery pokoje w niezamieszkałej części dworu. (Właścicielka
majątku mieszkała w osobnym domku obok dworu).
Dzień roboczy wypełniały nam: ćwiczenia gimnastyczne, lekka atletyka, jazda na
łódkach, gotowanie, pranie, ćwiczenia i gry skautowe ( tak je wtedy nazywaliśmy) i od
czasu do czasu jakaś „praca". Przede wszystkim grzebaliśmy się w wodzie.
Z pracą było rozmaicie. Na przykład: skosiliśmy trawę w ogrodzie i ustawiliśmy
stożek. I nie wiem czy siano było jeszcze mokre czy stożek był źle postawiony i
deszcz zaciekał, dość że zaczął parować. W obawie, żeby się nie zapalił musieliśmy
go rozrzucić, a w środku był tak gorący, że w butach skórzanych nie można było
ustać. Ale siano przepadło...
Drugą pracą nieudaną było oczyszczenie roli zarosłej brzozą (do czego dopuścił
dzierżawca). Rola leżała o parę kilometrów od dworu i wsi. Wybraliśmy się więc
jednego dnia na tak zwaną „Uździenicę" z całym ekwipunkiem na dni kilka i
założyliśmy tam biwak. Ze zrąbanych brzózek sporządziliśmy duży szałas, w którym
nocowaliśmy i który nam służył za ochronę przed deszczem. Kuchnię zbudowali mój
brat Ignacy, tak zwany „Beniek" i wspomniany wyżej „Henio z trzema maturami".
Zaczęliśmy pracować. Z wyrąbywaniem szło nieźle, cóż kiedy przyszło do wyrywania
korzeni okazało się, że jesteśmy za słabi na to. Musieliśmy przerwać pracę gdyż szła
za wolno. Nauka: mierz siły na zamiary.
Tutaj na Uździenicy mieliśmy taki wypadek. Nadeszła silna burza. Schowaliśmy się
do szałasu, a piorun uderzył w dąb pięćdziesiąt metrów od nas.. Takich starych
dębów stało kilka na roli. Na szczęście szałas nasz nie stał pod żadnym drzewem
lecz na otwartym miejscu. Może przewidywania okazały się słuszne.
Do udanych prac naszych poza gimnastyką, lekką atletyką, pływaniem samemu i na
łódkach (jednym wiosłem) należała pomoc ludziom w nagłych wypadkach. Potrzebne
lekarstwa sprowadzaliśmy z apteki pani Wasiańskiej w Pińsku. A powodzenie
mieliśmy takie, że pod koniec kolonii przychodziło do nas po dziesięć osób dziennie –
głównie po opatrunki na rany. W tym dziele pierwsze skrzypce grał Lolek (Alojzy
Pawełek), który miał zamiar zostać lekarzem i już nawet jakieś kursy sanitarne
ukończył – w każdym razie interesował się tą dziedziną.
Trzeba wziąć pod uwagę, że były to czasy przed pierwszą wojną światową, gdy
lekarze byli ale tylko w Pińsku, dokąd trzeba było jechać z chorym nieraz
kilkadziesiąt kilometrów końmi lub łódką. Ludność miejscowa zacofana i zabobonna,
której jedynym lekarstwem na choroby było zamawianie, a do której wystarczyło
czasem zastosować zwykłą higienę, aby następowała poprawa. Toteż Lolek zyskał
sobie sławę jakiegoś ober-znachora. Bo też proszę zauważyć: przyszedł do nas
„Mychaś" z palcem wskazującym olbrzymim, zapuchniętym i sinym. Podejrzewaliśmy
– gangrena. Do Pińska nie chciał jechać - bał się, że mu palec odejmą. Lolek
opatrzył mu palec jakimiś chinozolami i kseroformem, czy czymś podobnym i polecił
przychodzić co dzień. No i pacjent wyzdrowiał. Nie wiem co pomogło – higiena,
lekarstwo czy zdrowy organizm? Prawdopodobnie wszystko razem. Ale co by było,
gdyby pacjent umarł...?
Raz znowu, pamiętam, przyprowadzono konia z brzuchem przebitym kołkiem od
płota.
Na wpół udaną imprezą była budowa łódki. Zbudowaliśmy ją wprawdzie za małą, ale
wystarczyła na to, by nawet na stojąco mógł w niej jechać wprawny mężczyzna –
więc wszystko w porządku.
Posiłki, głównie chodziło o obiady, gotowaliśmy na zmianę pod opieką brata mego
Beńka. Pamiętam, gdy raz kucharze ugotowali kluski – zastanawialiśmy się, że jakby
trafić takim kluskiem we wróbla, to pewnie by się go zabiło. Tak miękkie nie były...
Ryb nie łowiliśmy – nie wiem czemu, prawdopodobnie byliśmy za młodzi do tego
sportu – chociaż okazji było dużo. Raz przyniósł nam rybak metrowej długości suma.
Nie wiedzieliśmy co z nim zrobić i jak się wziąć do niego. Dopiero za poradą
właścicielki majątku i przy pomocy jej służącej Chapki, zrobili kucharze kotlety
mielone... Bardzo smakowały.
Kąpiel była wyśmienita. Rzeka Styr nie była płytsza nad dwa metry, łąki wodą zalane,
„proście" (kanały) podchodziły pod sam dwór. Ponieważ łódek poleskich było pod
dostatkiem – wyjeżdżaliśmy na rzekę, przy czym ulubioną zabawą było zatapianie
sobie nawzajem łodzi. Najczęściej wszyscy znajdowaliśmy się w wodzie. I wtedy całą
sztuką było, kto pierwszy wyratuje swoją łódkę. Ci pierwsi płynęli i nie pozwalali
ratować łódek, zatapiając je ponownie innym. Wygrywali ci, którzy pozostali
niezatopieni w łodzi. Ratowanie zaś łodzi polegało na tym, że płynąc łapaliśmy je za
brzegi i przez rytmiczne chybotanie na boki wychlupywaliśmy część wody – przy
czym jeden z nas wchodził od czubka łódki aż na jej środek i wiosłem wylewał wodę.
Gdy wylał więcej - wchodził do łódki drugi, a za nim reszta. Oczywiście wszystko to
było możliwe tylko dlatego, że wszyscy umieliśmy pływać i że mieliśmy lekkie łódki
poleskie. Wszystko to działo się na głębokiej wodzie i dzisiaj nie wiem czy bym
pozwolił na taką zabawę gdyby to ode mnie zależało.
Drugą wyprawą jaką urządziliśmy ze dworu, była wycieczka połączona z
obozowaniem na „hrudoku", zwanym „Pasieką" – jest to wyniosłość terenu wśród
moczarów i łąk, na której rosły dęby, a na nich umieszczono ule. Tutaj, wykorzystując
pogodę spaliśmy pod gołym niebem, a kucharze gotowali wprost na ognisku. Tutaj
piekliśmy kaczki na rożnie. A było to tak.
|

|
|
1913r. Kolonia w Kołbach. Kucharze.
|
Korzystając z wolnych chwil t. zw. Stary Gucio ( Tadeusz – zginął na wojnie w 1919
r.) ( Tadeusz Gutowski – przyp. red.) i ja jeździliśmy łódką na polowanie. Wprawdzie
ani on ani ja nie umieliśmy wtedy polować, tylko straszyliśmy kaczki z „bardanki",
jedynej strzelby jaką posiadaliśmy, ale polowaliśmy zawzięcie. Proszę sobie
wyobrazić, że polowanie to nie tylko zabicie zwierzyny. Na to składa się: jazda łódką,
podkradanie się, podchodzenie i t.p., plus całe piękno przyrody w sposób specjalny
odczuwane. Nam zresztą chodziło o jedzenie. Dość, że tego dnia, który opisuję,
pojechaliśmy z Guciem na kaczki. Włóczyliśmy się dość długo. Upolowaliśmy jedną
krzyżówkę i jedną cyrankę, aż nas zaskoczyła na moczarach burza. Więc
podpłynęliśmy pod krzaki łozy, wciągając dziób łódki na korzenie. Gucio zabezpieczył
strzelbę, co przy bardance takie łatwe nie jest – aż nagle wypaliła. A że trzymał ją
nisko, więc cały nabój trafił w podstawę dziobu łódki. Dziób wywierciło na wylot.
Woda nie dostawała się do łódki, bo dziób unosił się na korzeniach łozy. Zabiliśmy
otwór kołkiem. Burza przeszła. Wyruszamy dalej, aż tu cały dziób odpada. Nie było
rady – musieliśmy usadowić się obydwaj na przeciwległym końcu łódki, tak aż
oderwany koniec łodzi wystawał ponad wodę. I tak z miernym tryumfem dotarliśmy
do Pasieki. Ale kaczkę upieczoną przez naszych kucharzy jedliśmy. Wprawdzie mało
jej było, bo dwie na kilkunastu, ale zawsze...
Po kilku dniach pobytu w Pasiece wróciliśmy do dworu. Naszą bolączką był aparat
fotograficzny. Coś w nim było zepsutego, ale nikt nie wiedział co. Czasem wychodziły
zdjęcia dobre, większość zaś, mimo manipulowania przy aparacie - bardzo zła. Nikt
nie potrafił go naprawić.
Pragnieniem naszym było uczyć się rzeczy ściśle wojskowych. Cóż, kiedy nikt z nas
nie znał się na tym. Znajomość nasza tego działu ograniczała się do bardzo
niedokładnej musztry bez broni i do kilku chwytów bronią, a właściwie kijami na
sznurkach. Jakaś poważniejsza tajna organizacja wojskowa, jakich w późniejszych
czasach było więcej, jeszcze wtedy nie istniała.
Tak mniej więcej spędziliśmy czas na kolonii w Kołbach na Polesiu w roku 1913.
Nie wszystko tam się działo ściśle po harcersku, ale też był przecież dopiero świt
harcerstwa. Szliśmy w kierunku zasadniczej idei po omacku, bo skauting Baden-
Powella był tylko kanwą. Naszym zasadniczym motywem działania była miłość
Ojczyzny, a trzeba pamiętać, że byliśmy wtedy w niewoli, co nam wprawdzie
krepowało ogromnie ruchy, ale dodawało bodźca do pracy i podnosiło poziom ideowy
młodzieży.
Na zakończenie należy jeszcze raz podkreślić wydajną i patriotyczną, obywatelską
postawę właścicielki majątku, która nie wahała się wziąć odpowiedzialności za
nasze czyny w tak trudnych czasach, jakie wtedy panowały.
Milanówek 1958
Jerzy Wądołkowski
 |
|
Mapa okolic Pińska
(powiększ klikając na obrazek) |
|