|
Marek Tumiłowski
XLIII Obóz 16 WDH nad jeziorem Głębokie
Najpierw była kwaterka.
Pojechaliśmy we trzech, silną grupą: Jarek Kopaczewski,
Rysiek Kukuła i ja. Miejsce dziedziczyliśmy po poprzednikach,
dlatego pojechaliśmy bez sprzętu. A jak, kwaterka bez sprzętu
i do tego pociągiem!!! Wyjechaliśmy osobowym głuchą nocą z Wileńskiego. Jedna wielka
udręka: kilkanaście osób w jednym przedziale, twarde ławki, plecaki i niekończąca się
podróż. Następnego dnia wieczorem ciągle jechaliśmy, i dalibóg nie czaiłem czy to jeszcze
wieczór czy już ranek.
Ale miejsce było super, super!!!
Jakaś pradawna góra po Jaźwingach, kimkolwiek byli, miejsce na siedzibę wybrali extra.
Zalesiony wiekowymi świerkami, ostry, ścięty stożek, otoczony z trzech stron jeziorami.
Z instalacji obozowych mieliśmy do postawienia i wykopania tylko latrynę. Niewiele jak na
trzech chłopa. Kuchnię troszkę podrasowałem, a reszta była OK.
Robotę zaczęliśmy od gruntownego sprawdzenia dostępu do wody. Było super i pierwszy
dzień upłynął nam niezwykle miło na kąpiułce. Drugiego dnia dokonaliśmy przeglądu sprzętu
i do wody. Dzień był gorący, gotowaliśmy na przemian herbatę i pływaliśmy. Jarek, sam
doskonały pływak, szkolił nas chlapaczy błotnych. Slipki poddawane nieustannemu
procesowi moczenia, nie miały kiedy schnąć, toteż z uwagi na bezdenną leśną głuszę i brak
damskiego towarzystwa, lutowaliśmy na waleta. Dzień przyjazdu uczestników zaczęliśmy od
wyboru miejsca na dołek, szybkie śniadanko i do … wody. W południe, w poczuciu
obowiązku dorwaliśmy się raźno do szpadli. Złapaliśmy po sztychu, idzie lekko, upał
straszny, zgadnijcie gdzie pogoniliśmy. Ale obowiązek wzywał. Drugi sztych i koniec.
Kamienie, glina, klepisko, jakiś upiorny, polodowcowy beton. Trud górnika i hutnika jest
niczym. Następne co pamiętam, to ciemno przed oczami, a może był już wieczór, siedzę w
dole po szyję, wyrzucam ostatnie łopaty, ręce otarte do krwi, pot zasechł na oczach i widzę
jak powolutku jeden za drugim, plecaki wjeżdżają na górę na garbach obozowiczów.
Kiedyś była taka idea, żeby nasz maszt był najwyższy, a optymalnie, widoczny z przystanku
PKSu. Tu podjęliśmy się trudu, ryzyka i co tu mówić głupoty, zainstalowania masztu na 30-
40 sto metrowym świerku pośrodku placu apelowego. Samo wciąganie masztu wzdłuż pnia
drzewa, zajęło kilka godzin, i podczas kiedy inni poszli na obiad, razem z Ryśkiem i Jarkiem,
utwierdzaliśmy całą konstrukcję. Po zejściu z drzewa, trzęsły nam się nogi ze zmęczenia a i
siedzenia mieliśmy obrażone od niewygodnych konarów.
Na flaglinkę poszedł chyba cały zapas linki do bielizny, która mimo nadzwyczajnych
wysiłków wciągającego, często plątała się beznadziejnie. Nigdy nie było pewności, że flaga
dojedzie do topu i zwykle trwało to tyle, że musieliśmy odśpiewać dwie zwrotki hymnu.
Ale był najwyższy na zgrupowaniu.
Dostałem swój zastęp.
Pogoda była mazurska, czyli lało sumiennie. Stary las świerkowy tworzył mikroklimat zimny,
mokry i ciemny. Namioty standardowo przeciekały i trudno było o czyste i suche ciuchy.
Pamiętam jak pewien druh-pedant z mojego zastępu, w przerwie między południową a
wieczorną ulewą, miał skoczyć do kuchni przewąchać co na kolacje. Na tę okoliczność
zerżnął się w czyste suchutkie odzienie, prosto z plecaczka. No i skoczył. Coś jęknęło,
grzmotnęło o glebe i jakiś stłumiony krzyk szybko ucichł w oddali.
Naoczni świadkowie widzieli pono jak zrobił pierwszy i zarazem ostatni krok w pozycji
pionowej, śmignął na siedzeniu z góry, nadludzkim, wysiłkiem utrzymał się na torze ścieżki i
osiągnął kuchnie nad jeziorem w iście olimpijskim czasie.
Po mocno dłuższym czasie wrócił nasz dziarski zwiadowca, ale jakiś inny. Z obitym
siedzeniem, a pancerna skorupa błota powoli schła na czyściutkim dresie. Po
nadprogramowym myciu zeznał, że miał błoto także za podkoszulkiem i w majtkach.
Reaktywowano instytucję menażki.
W dosyć podejrzanych okolicznościach zniknął mój toporek, znalazł oboźny i zaraz na
wieczornym apelu wlał mi menażkę wody za kołnierz.
Poniżej autentyczne zdjęcie z egzekucji.
|

|
|

|
|
Od lewej: A. Marczak (tyłem), J.
Jaszczuk, T. Gacki (egzekutor) i M. Tumiłowski (skazany za posianie
toporka)
|
|
A może toporek Mikusia znalazł się w
drzewie tuż obok głowy Szwejka?
|
Jest trochę nieostre, ale dla mnie bezcenne.
Zwróćcie uwagę na nasze umundurowanie. To był strój topowy szesnastki jaką pamiętam.
Wyblakłe mundury, świadczące o stażu i przejściach właściciela.
Naprawdę krótkie spodenki.
Zdefasonowane w sposób szczególny czapki. Koniecznie za małe.
Wywinięte kalosze lub trampki.
Czarne skarpety, nie jakieś tam getry.
Na tym obozie przestał istnieć rów pomiędzy kadrą a uczestnikami.
Pewnie powodem była zmiana warty w naszej kadrze i kontakt z innymi drużynami, gdzie
stosunki panowały bardziej otwarte, równe. Szczególnie miło współpracowało się z 223, z
którą prowadziliśmy wspólną kuchnię i gdzie mieliśmy kolegów i koleżanki ze szkolnych
klas. To że były tam koleżanki nie generowało dla nas żadnych negatywów, same pozytywy.
Dziewczyny były daleko od naszych struktur, a jednocześnie sympatycznie blisko, ze sto
metrów, może i mniej w porywach.
 |
|
Wspólny apel 16WDH i 223 WDH |
Odkąd pamiętam, moją koronną konkurencją w harcerskim rzemiośle była terenka. Było to
powszechnie znane i komenda chętnie mnie „wypożyczała" innym obozom do obsadzenia tej
przeszkody. Jedną noc spędziłem pod drzewem na deszczu czekając na uczestników biegu,
który nigdy się nie rozpoczął. A rano znalazłem na swoim śpiworze kałużę wody z
nieujawnionego otworka w namiocie. Uczestniczyłem chyba we wszystkich biegach
zgrupowania, poznałem całe pokolenie harcerzy z Ochoty, zarwałem kilka nocy z rzędu a
jeszcze musiałem w dniach następnych dopytywać opornych na wiedzę lub zagubionych. I tak
jak dla swoich nie było u mnie łatwo, ale i nikogo wartościowego nie zablokowałem. Mam
nadzieję. Jeżeli jest inaczej, to Marek ma mojego maila.
A i na chatkę Robinsona też się wybraliśmy. Zorganizowaliśmy sobie prowiant sklepowy, ale
i pojmaną rybę upiekliśmy w glinie, czytaj w błocie. Smakowała nie za tęgo, bo
kucharzyliśmy po indiańsku czyli bez soli.
Splot innych okoliczności spowodował, że na kilka lat zaniechano tej czysto harcerskiej
próby. A szkoda, bo to prawdziwy sprawdzian zespołowego działania.
Może ktoś pamięta rajd do Giżycka.
Ja pamiętam, że szliśmy po kolejowym nasypie, po starych podkładach, ale szyn nie było, bo
ruscy zabrali je po wojnie do prostowania i chyba nie udało się wyprostować, a może
zapomnieli oddać ? A po podkładach idzie się kiepsko, dwa na raz to bardzo wyciągnięty
kłus, jeden truchtanie w miejscu. Dziewicza okolica i zgrana paczka uczestników,
wynagrodziły te niedogodności w dwójnasób.
Mnie się na tym obozie podobało. Byłem czynnym uczestnikiem życia obozowego, miałem
wpływ na jego przebieg i wyniki. Wygraliśmy rywalizację zastępów.
Na następny też jadę i to na kwaterkę. To jest gwóźdź życia harcerskiego.
Marek Tumiłowski
wrzesień 2005r.
Statystyka
XLIII Obóz 16 WDH
W ramach Zgrupowania Obozów Hufca Warszawa Ochota
Lokalizacja: okolice miejscowości Gryzy nad Jeziorem Głębokie
Termin: 28.07-23.08.1972 rok
Nazwa obozu: Wikingowie
Komendant: Jacek Jaszczuk
Oboźny: Tadeusz Gacki
Instruktor: Jarek Kopaczewski i Andrzej Marczak
Stan: Kadra + 15 harcerzy w 3-ch zastępach
Zastępy:
Zastęp I - zast. R. Kukuła
Zastęp II - zast. J. Malanowski
Zastęp III - zast. M. Tumiłowski
|