|
Marek Gajdziński
Moje Przyrzeczenie Harcerskie - rok 1972
Sobota, 14 maja 1972 roku. Upał niemiłosierny. Zbiórka pod szkołą. Jest nas 12-tu.
Objuczeni jak osły biegniemy do tramwaju. Jedziemy na Żoliborz, skąd niebieskim
pekaesem dojeżdżamy do Truskawia. Z nieba leje się żar. Idziemy przez wieś. Nawet
śpiewać się nie chce. Po około pięciokilometrowym marszu dochodzimy do skraju lasu.
Drzewa dają trochę cienia, ale w zamian asfalt zmienił się w piaszczystą drogę i coraz
trudniej stawiać nogi. Wleczemy się żółwim tempem. Plecak przygniata mnie do ziemi.
Idę na końcu i umieram. W Truskawiu pod sklepem wypiliśmy zimną oranżadę. Teraz
oddałbym majątek za drugą taką butelkę. Przeklinam siebie w myślach. Boże! Czemu
nie wziąłem ze sobą bidonu z piciem, choćby z wodą. Koledzy oddalają się ode mnie
coraz bardziej. A ja nie jestem w stanie przyśpieszyć. Na domiar złego zaczynają mnie
obcierać buty. Z każdym krokiem ból staje się coraz większy. Muszę poprawić ściągnięte
skarpetki. Ale jak tu się zatrzymać? Cała Drużyna jest gdzieś daleko przede mną. Od
dawna już ich nie widzę. Nawet nie wiem czy idę dobrą drogą. Może już się zgubiłem?
Może chłopaki gdzieś skręcili? W panice usiłuję sobie przypomnieć, czy mijałem jakieś
rozwidlenie dróg. Ale strach paraliżuje myśli. Jednym słowem - katastrofa. Żyć się
odechciewa. Nie wiem co robić. Iść dalej? A może usiąść i poczekać? Może ktoś po
mnie wróci? Coraz bardziej zaczyna podobać mi się ten pomysł. Tak, zdejmę plecak,
usiądę i poczekam. Wreszcie odpocznę. Niech się dzieje co chce. W najgorszym razie
przeczekam noc, a jutro, gdy będą tędy wracać - odnajdą mnie. Tylko, Boże, cóż to
będzie za wstyd! I tak wlokąc nogę za nogą rozmyślałem o swoim tragicznym położeniu,
gdy nagle dostrzegłem przed sobą buty wielkości kajaka wystające zza rozłożystego
jałowca rosnącego przy drodze. Przez krótką chwilę strach przeplatał się z nadzieją. Na
szczęście, w miarę jak się zbliżałem, oczom moim odkrywał się "widok znajomy ten". Z
butów wystawały czarne skarpety, a z nich długie, białe i owłosione łydki. Takie
"szczudła" miał tylko jeden facet na świecie. To był Mikuś - mój zastępowy. Leżał na
mchu za jałowcem i trzymając głowę na plecaku, spał sobie w najlepsze. Zresztą nie
wiem. Po latach myślę, że może tylko udawał. W każdym razie, gdy go obudziłem
radośnie waląc mu swój plecak na brzuch, wydał się nieźle wnerwiony i zdziwiony.
Podniósł głowę, rozejrzał się i zapytał: "Co jest do cholery, a gdzie reszta?" Do dziś nie
wiem, jak było na prawdę. Czy rzeczywiście zasnął na postoju i chłopaki o nim
zapomnieli, czy czekał tam na mnie, a ten bajer ze snem zainscenizował po to, żeby mi
dać do zrozumienia, że musiał na mnie czekać wieki całe? A może wręcz przeciwnie.
Może wymyślił to, żebym nie czuł się zakłopotany, że musiał zostać i czekać na mnie.
Grunt, że dalej szliśmy już razem. Zmęczenie jakby mniej dawało się we znaki. Zresztą
po paru minutach wyszliśmy z lasu na rozległe łąki i po chwili byliśmy już na podwórku
jakiegoś gospodarstwa, przed wielką, wypełnioną sianem stodołą. Reszta chłopaków
leżała na trawie i wyglądali jakby wyjęto ich z pieca. Wypiłem chyba całe wiadro
lodowatej wody ze studni.
Na szczęcie był to już koniec naszej "drogi krzyżowej". Tu mieliśmy biwakować. Po
krótkim odpoczynku zaczęliśmy dochodzić do siebie. Słońce chyliło się ku zachodowi.
Robiło się przyjemnie chłodno i wszyscy poczuli, że czas na kolację. Mikuś wyjął z
plecaka swój słynny kocher. Zabraliśmy ze sobą żarcie i razem z zastępem Ryśka
Kukuły odeszliśmy na bezpieczną odległość od stodoły, na skraj lasu. Tam obżeraliśmy
się ponad godzinę kanapkami zabranymi z domu. Popijaliśmy "leśną" herbatą
przyrządzaną kocher po kocherze przez Mikusia według jego tajemnej receptury. Do
dziś pamiętam smak i zapach tej herbaty. Nie wiem, na czym polegał oryginalny sposób
jej przyrządzania. To, co widać było gołym okiem, to pewna ilość sosnowego igliwia i
mrówek pływających w gotującej się wodzie. A może tajemnica smaku tej herbaty
polegała na atmosferze błogiego odpoczynku po katorżniczej wędrówce?
Po kolacji, gdy zrobiło się całkiem ciemno, wymościliśmy sobie legowiska na sianie w
stodole i bez żadnych ceregieli położyliśmy się spać.
Ale nie dane nam było wyspać się do rana. Wydaje mi się, że ledwie tylko zasnąłem, a
już przeraźliwy gwizd przerwał błogi, jakże tego dnia zasłużony sen.
"Wstawać! Alarm Mundurowy! Za trzy minuty zbiórka przed stodołą!"
Nie wiem, czy trwało to trzy minuty. Raczej wątpię. W ciemnościach i ogólnym rwetesie
znaleźć swój plecak, skompletować umundurowanie i ubrać się nie było łatwo. Dość, że
po jakimś czasie, gdy wszyscy już się zameldowali, stanęliśmy na zbiórce. Tadek Gacki
wyjaśnił nam reguły gry nocnej, która czekała nas - nowicjuszy. Starsi harcerze
zawiązali nam oczy. Mieli nas wyprowadzić w las, klucząc dla zmylenia drogi. Naszym
zadaniem było samemu wrócić do stodoły. Zgroza!
Ktoś chwycił mnie za ramię i pociągnął za sobą. Bałem się jak diabli. Trzymając ręce w
górze osłaniałem głowę na wypadek, gdybym w coś walnął. Po jakiś czasie opanowałem
się i zacząłem myśleć. Przede wszystkim starałem się wyczuć i zapamiętać podłoże po
jakim szliśmy. Ktoś, kto mnie prowadził, przejął się przemową przybocznego. Szedł
zygzakiem. Wyczułem, że idziemy po łące. Co chwila przełaziliśmy przez jakieś
ogrodzenia. Potem kawałek lasem i wreszcie brukowaną drogą. Po około piętnastu
minutach kazano mi usiąść na ziemi i czekać nie zdejmując opaski z oczu. Czekałem
trzęsąc się z zimna i ze strachu. Trwało to całą wieczność. Myśli galopowały jak szalone.
Co dalej? Wreszcie usłyszałem, jakieś kroki. Kazano mi się podnieść. Znowu zygzakiem
po lesie, ale tym razem już bardzo krótko. Wreszcie zatrzymaliśmy się. Wyczułem, że
nie jesteśmy sami. Było cicho, ale słychać było czyjeś oddechy. W pewnym momencie
ktoś zerwał mi przepaskę z oczu. Rozejrzałem się. Stałem w równym szeregu. Obok
mnie stali moi najbliżsi przyjaciele: Lesio Kuczyński i Tadzio Witkowski. Nie zdążyliśmy
nic do siebie powiedzieć, gdy nagle, tuż przed nami, zapaliły się dwa potężne reflektory.
Oślepiły nas. Po paru chwilach wzrok przyzwyczaił się do silnego światła na tyle, że
mogłem ocenić sytuację. Staliśmy przed jakiś ogromnym krzyżem, czy czymś w rodzaju
mogiły. Przed nami przepięknie oświetlony Sztandar Drużyny i charakterystyczna postać
Druha Komendanta. Wszystko stało się jasne. Czekaliśmy na tę chwilę kilka lat. Powiem
szczerze - byłem tak oszołomiony i przejęty tym miało się stać, że kompletnie nie
słyszałem albo nie rozumiałem przemowy, jaką miał do nas Druh Komendant.
Wiedziałem tylko jedno: za chwilę będę miał swój upragniony Harcerski Krzyż. Sztandar
pochylił się przed nami. Wyciągnęliśmy w jego kierunku dwa palce i powtarzaliśmy za
Komendantem Rotę Przyrzeczenia. Słowa więzły w gardle ze wzruszenia i wreszcie
nastąpiła tak upragniona chwila. Jarek Kopaczewski przypiął mi do kieszeni munduru
błyszczący Krzyż. Usiedliśmy w kręgu. Każdy z nas mógł zażyczyć sobie ulubioną
piosenkę. Przy małym ognisku śpiewaliśmy i słuchaliśmy gawędy Komendanta oraz
życzeń "na nową drogę życia" od starszych harcerzy. Wszystko to jednak działo się
jakby poza mną. Bez przerwy opuszczałem głowę, by wpatrywać się w swoją odznakę.
Wreszcie pożegnaliśmy się i kazano nam wracać do stodoły. Szliśmy razem,
komentując to co się stało. Nie wiem jak dotarliśmy na miejsce. Widocznie nie było to
zbyt trudne zadanie. Potem w nocy długo nie mogłem zasnąć trzymając pod głową bluzę
munduru z przyczepionym do niej upragnionym Krzyżem Harcerskim.
Rano mycie pod studnią, gimnastyka i śniadanie. Wreszcie nadszedł czas na
przygotowanie mundurów do apelu oraz na ważną czynność zrobienia dziury w bluzie i
przykręcenia krzyża. Właściwie tego dnia mógłbym wcale nie zdejmować munduru. Ale
po apelu przyszedł czas na turniej piłki nożnej między zastępami. Graliśmy jakoś mało
składnie i przegraliśmy z kretesem. Nic dziwnego, gdyż moją uwagę bardziej przykuwał
Krzyż Harcerski przypięty do munduru leżącego na plecaku, niż piłka i bramka
przeciwnika. Na biwaku już niewiele więcej się działo. Po grze w piłkę zjedliśmy jakiś
obiad, choć nie pamiętam jak i gdzie, i ruszyliśmy w drogę powrotną do
Truskawia.
Mimo, że upał był taki sam jak dnia poprzedniego, nastrój wędrówki był zupełnie inny.
Lecieliśmy jak na skrzydłach, przez całą drogę "rycząc" marszowe piosenki. W domu
byłem około godziny 17-tej i do wieczora nie zdjąłem munduru.
Wszystko to pamiętam tak dokładnie, jakby działo się wczoraj. A przecież minęło już
prawie 30 lat. Co pięć lat, w drugą niedzielę maja, spotykamy się w tym miejscu w gronie naszych
rodzin i przyjaciół.
Warszawa, 10.03.2001r.
|