|
Marek
Gajdziński
Relacja
fotograficzna z LXXI obozu letniego 16WDH
nad jeziorem Nidzkim koło Rucianego
lipiec 2000r.
To, że
w ogóle obóz doszedł do skutku, wydaje się jakimś cudem. Na trzy dni przed
wyjazdem drużynowy i komendant obozu dh. Janek Urmański, wylądował w
szpitalu. Powalił go wyrostek robaczkowy. Na wysokości zadania stanęli jak
zwykle Zawiszacy - Lech Najbauer, Jacek Kajak, Robert Borzęcki, Paweł
Burakowski, Lesław Kuczyński, Jurek Wójtowicz, Wojtek Talacha, Andrzej Karwan.
Dzięki ich "pospolitemu ruszeniu" udało się jednak wyjechać i
zbudować obóz. Jak to już nie raz w historii Szesnastki bywało i tym razem
funkcja komendanta obozu było funkcją rotacyjną, choć tym razem, na pewno
bardziej rotacyjną niż kiedykolwiek.
Na pięknej leśnej polanie, 10km na południe od Rucianego, nad przepięknym
jeziorem Nidzkim po raz LXXI Szesnastka rozbiła swoje namioty.
Prawdziwa,
leśna głusza. Najbliższa miejscowość to właśnie Ruciane. Wszędzie
daleko. Żeby można było gdzieś się ruszyć z obozu potrzebne były
rowery. Po raz pierwszy, na obozie mieli je wszyscy harcerze. Tym sposobem
nasz zasięg jednodniowych wypadów zwiększył się z 15-tu do 40 km.
Przez cały
obóz pogoda nas nie rozpieszczała. Było zimno i deszczowo.
Sytuacja
przypominała trochę taniec na linie, tak pod względem warunków pogodowych
jak i obsady kadrowej. Nic dziwnego, że przeciąganie liny było ulubioną
metodą zagrzewania się i ćwiczeń w łapaniu równowagi nie tylko
psychicznej.
Kiedy
jednak przyszedł dzień Święta Obozu i odwiedzili nas licznie rodzice i
Zawiszacy - słońce wyjrzało zza chmur. Wszystkim zrobiło się lżej na
duszy. Tak jak ta brama, która pomyślnie przeszła test wytrzymałości, tak i
chłopcy mogli się pochwalić, że mimo wszystko nie załamali się i
wytrzymali złośliwości aury.
Tymek
został mianowany p.o. drużynowego. To pozwoliło nam z optymizmem spojrzeć w
przyszłość.
Na
uroczystym apelu Święta Obozu...
Raport
przyjmował już nowy drużynowy.
A
Janek, który wyszedł ze szpitala aby zdążyć na Święcie Obozu
przekazać funkcję swojemu następcy - symbolicznie ściągnął obozową flagę
z masztu.
Tradycyjne
ognisko Święta Obozu było naprawdę wzruszające. Kto do niego dotrwał mógł
być z siebie dumny. Nie wiedział tylko, że to nie koniec złej pogody. Ta była
łaskawa tylko rodzicom i Zawiszakom. Gdy goście wyjechali wszystko wróciło
do tegorocznej normy.
Mazury,
to kraina Wielkich Jezior i bystrych rzek. Zaraz po Święcie Obozu, jedną z
takich rzek - Krutynią wybraliśmy się na trzydniowy spływ kajakowy.
Lało
prawie bez przerwy. Nawet chwila odpoczynku pod mostem wydawała się rajem.
Wiadomo, pod mostem można było przeczekać ulewę.
A na
zwykłym postoju już tych luksusów nie było. Wiec postoje były krótkie. Każdy
miał trzy obowiązki: rozprostować kości, wylać wodę z kajaka i ... wiadomo
- krzaczki, a potem w dalszą drogę. Byle do celu.
Czasem
trzeba było jednak się przespać. Nawet w nocy, na biwaku nie było spokoju od
tej przeklętej wody. To co widać powyżej to właśnie krajobraz po burzy.
Dzięki tym warunkom, trasę spływu przewidzianą na cztery dni, przepłynęliśmy
w niecałe trzy. Zmoczeni do suchej nitki wróciliśmy do obozu gdzie, o ironio
losu, czekało na s kilka dni pięknej słonecznej pogody.
Niektórzy
jednak tak przywykli do mokrego ubrania, że będąc już w obozie szukali
pretekstu aby zasłużyć na karę menażki.
Inni sławili
ich w legendach opisując przy ognisku te upojne chwile gdy oboźny wlewa za kołnierz
munduru zimną wodę z menażki.
Obóz zakończył się maratonem biegów harcerskich. Po tego typu "szkole
przetrwania" było to już "małe piwo", o ile tak się można
wyrazić. Większość prób zakończyła się pomyślnie. Po dwóch dniach
radosnej "demolki", zwinęliśmy obóz, zamaskowaliśmy miejsce i wróciliśmy
do Warszawy wyleżeć się w wyrku, wysuszyć i wyspać.
|