Michał Kalenik
Relacja z harc-korovego biwaku wędrowników
Nareszcie! Pierwszy od dłuższego czasu
biwak wędrowników Mazowsza!. Hurra! Mój pierwszy biwak
wędrowniczy.
Zbiórka odbyła się na Dworcu Zachodnim przy kasach PKP
o 11:00. Na dworzec przyjechałem autobusem 523, a po
kilku minutach byłem już przy kasach. Zastałem tam Lecha,
Krzyśka i Kubę. Pomyślałem, że Kazik, Alek, Daniel i
Zdunek pewnie się spóźnią, ale Lech rozwiał moje podejrzenia.
Okazało się, że oni nie jadą! Ale ciecie, nawet nie
wiedzą, co tracą, pomyślałem. I miałem rację.
Kupiliśmy bilety i ruszyliśmy na peron. Gdy tam doszliśmy
podjechał nasz pociąg, do którego od razu wsiedliśmy.
Byliśmy pierwszymi pasażerami, ale nie dostaliśmy kwiatków
od obsługi pociągu. Przebrałem się w mundur zanim zjawili
się inni wędrownicy. Siedzieliśmy spokojnie w drugim
przedziale drugiego składu słuchając ostatnich wskazówek
Lecha i mając świadomość, że za Warszawą Wschodnią w
pierwszym przedziale tegoż składu zaczyna się rada drużynowych
wędrowniczych. O godzinie 11:20 pociąg ruszył. W naszym
przedziale było już kilku innych wędrowników jadących
na ten sam biwak, ale nie była to masówka, jakiej się
spodziewaliśmy. Na innych warszawskich stacjach wsiadło
jeszcze kilkunastu chłopaków z innych drużyn. To byli
wszyscy.
Po wyjeździe za Warszawę zaczęła odprawa, na której
Szesnastkę reprezentował dzielnie Krzysiek Pasternak.
Gdzieś po drodze sprawdził nas konduktor, więc uznaliśmy,
że jednak podróż odbyła się bez przygód. Wysiedliśmy
z pociągu na wskazanej w czasie odprawy stacji (nie
wszyscy wędrownicy wysiedli na jednej stacji, zabawa
polegała na rozdzieleniu sił). Krzysiek zaczął "szukać"
nas na mapie i orientować ją w tę i wewtę , a ja założyłem
getry-ochraniacze od śniegu. Instruktor, który wysiadł
z nami, powiedział nam, że jednak nie ma tak dobrze
i musimy dopiero wejść na mapę!!! Zrobiliśmy więc jedyną
rozsądną rzecz, jaka przyszła nam do głowy: spytaliśmy
się tambylca jak wejść na południową krawędź mapy TOM
I. Uzyskaliśmy prostą odpowiedź "Idźta se podług
torów na zad (do tyłu, czyli w stronę Warszawy) do następnej
(czyli poprzedniej) stacji. Tam po drugiej stronie torów
znajdzieta jednostkę wojskową, która jest na południowej
krawędzi tej waszej mapy." Podziękowaliśmy miłemu
tambylcowi i poszliśmy wzdłuż torów, jak nam poradził.
Ja schowałem wszystkie mapy do chlebaka.
Nasze pierwsze zadanie brzmiało: narysować szkic terenu
zaznaczonego na mapie. Doszliśmy niebawem do stacji
przy jednostce, przeszliśmy na drugą stronę torów i
drogi. Z mapy wynikało, że możemy przejść przez teren
osiedla wojskowego przy jednostce. Krzysiek przypomniał
sobie, że zna to osiedle z pierwszych manewrów HOPR
i poprowadził nas w... maliny, bo okazało się, że osiedle
jest ogrodzone z trzech stron solidnym murem. Cofnęliśmy
się więc, "złapaliśmy" się prawą rączką muru
i wzdłuż niego poszliśmy na tyły osiedla. Później przeskoczyliśmy
przez tory i prawie prostą drogą (wzdłuż strzelnicy)
dotarliśmy na miejsce wykonania zadania.
Cały czas ktoś strzelał w lesie. Już dochodziliśmy do
naszego miejsca (cały czas wzdłuż płotu poligonu), gdy
na tymże poligonie zauważyłem coś, co określiłem najpierw
jako fiata 125p, a potem jako ładę. Obok stał polonez.
Oba auta były ciut zdezelowane i... postrzelane. Byliśmy
już na miejscu i Krzysiek zaczął rysowanie terenu: wiata,
kibelek, studnia, płot, jakaś ścieżka, okopy. To wszystko
znalazło się na naszej mapce. Po wykonaniu zadania ruszyliśmy
do bazy, żeby się wreszcie posilić. Szliśmy dobrą godzinę,
a do bazy było wciąż dalej niż bliżej. Wreszcie o godzinie
15 z minutami dotarliśmy na miejsce. Byliśmy o ponad
godzinę za wcześnie. Zjedliśmy kto co miał i postaliśmy
sobie przy ognisku. Rozmawialiśmy o uazach i innym wojskowym
sprzęcie jeżdżącym.
Po jakimś czasie zaczęły się schodzić pozostałe patrole
wędrownicze. Na jednym z dwóch uazów przywieziono motocykl
WSK. Każdy, kto chciał, mógł się przejechać tym motorem.
Stwierdziłem, że co mi tam, spróbuję. Wsiadłem. (Dostałem
maszynę z włączonym silnikiem.) Sprzęgło, bieg, gaz
i... poślizg! Ledwie ruszyłem, bo cała droga była pokryta
ugniecionym przez samochody śniegiem. Właściwie ugniecione
były tylko 30-stocentymetrowe koleiny, ale tylko w nich
można było jako tako prowadzić motor. Jazda była trudna,
bo stopki ciągle wpadały w nieubity śnieg między koleinami.
Jedynym sposobem na złapanie równowagi było podpieranie
się nogami. Szło mi nieźle, w końcu jednak wpadłem w
głęboki śnieg i zgasł mi silnik. Nie przejąłem się tym
nazbyt. Wyciągnąłem WSK-ę ze śniegu i znów odpaliłem.
Powrót z tej krótkiej trasy odbył się bez większych
przygód. Następnie oddałem motor Krzyśkowi, który...
zalał silnik.
Po tych wyczynach odbyła się odprawa do gry nocnej.
O 18:00 zaczęła się gra. Nasze zadanie: zdobyć mapę
i odbić jeńców z transportu. Ruszyliśmy więc z drugą
grupą, z którą połączono nasz zespól, drogą w kierunku
wrogiej bazy. Dzięki krótkofalówce dowiedzieliśmy się,
że mapę będzie miał łącznik, który będzie jechał na
motorze, a później mapę odbierze od niego patrol pieszy.
Napadliśmy na jakichś gości, myśląc, że to ten patrol,
ale okazało się, że to Marabut, który spóźnił się na
biwak i szedł z kimś do bazy. W końcu dowiedzieliśmy
się, że nic nie wiadomo, więc kiedy przyjechał motor
z pełną wściekłością i zapałem zatrzymaliśmy jego kierowcę,
od którego dostaliśmy upragnioną mapę. Zauważyliśmy
wtedy, że już teraz powinniśmy odbić więźniów, którzy
jeżdżą uazem jakieś 10 kilometrów od nas. Na odjezdne
wrogi łącznik poprosił nas, żebyśmy go popchnęli, bo
silnik mu się znów zalał i spadł łańcuch. Oczywiście
powiedzieliśmy mu delikatnie co sądzimy o łącznikach,
którzy spóźniają się godzinę w miejsce zasadzki i w
dodatku trzeba im jeszcze pomagać odjechać.
Ruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem do kolejnych zadań.
Doszliśmy do głównej drogi, na której wezwaliśmy krótkofalówką
uaza, żeby nas podwiózł. Gdy wreszcie samochód przyjechał
wbiliśmy się na pakę dla 6 osób. Było tam już 3 ludków
i skrzynia. Efekt był taki, że Krzysiek jechał do płowy
na zewnątrz, ale to mu się chyba często zdarza. Dojechaliśmy
na teren, który szkicowaliśmy rano. Przeszliśmy kilkaset
metrów i spotkaliśmy 2 ludzi, z którymi mieliśmy odbić
jeńców. Odeszliśmy jeszcze 200 - 300 metrów od strażnicy
na poligonie, żeby nie niepokoić armii. W końcu zebraliśmy
trochę grubszego chrustu i drzew na barykadę, którą
postawiliśmy na drodze. Została nam jeszcze pirotechnika:
1 świeca dymna i 3 petardy. Po pół godzinie przyjechał
uaz z jeńcami (którymi okazały się harcerki). Wóz zatrzymał
się przed barykadą, harcerki wysiadły biadoląc, co to
się stało. My momentalnie ruszyliśmy do ataku. Najpierw
świeca pod samochód. Petard jednak nie dało się odpalić,
więc pozostała piesza walka na opaski. Wygraliśmy i
harcerki odjechały do bazy. My, w nieco w zmienionym
składzie (Kuba miał obtarte nogi od nowych butów, więc
na jego miejsce wzięliśmy gościa, z którym atakowaliśmy
konwój), ruszyliśmy do finałowej bitwy.
Połączyliśmy się z resztą bratnich grup i ruszyliśmy
na spotkanie przeciwnika. Doszliśmy do domniemanego
miejsca stacjonowania drugiej ekipy i nawet obrzuciliśmy
ich budynek petardami, ale okazało się, że nikogo tam
nie było. Poszliśmy więc do następnego budynku, który
mogli zająć nasi przeciwnicy. Gdy dotarliśmy na miejsce
byliśmy pewni, że jesteśmy tam gdzie trzeba. W ćwiczebnym
budynku przeznaczonym na potrzeby wojska paliło się
ognisko. Ale wewnątrz nikogo nie było! Konsternacja.
Pomyśleliśmy, że pewnie grzeją się w budynku przy ognisku.
Krzysiek stwierdził, że trzeba im powiedzieć, że już
jesteśmy i zajrzał do środka. Zęby dotarło do nich nasze
przesłanie - wrzucił tam petardę. Po chwili było duże
bum! i znów nic - nie ma kogo bić. No tak, domyśliliśmy
się, że to zasadzka. W tej chwili druga ekipa wypadła
na nas zza budynku. Zaczął się bój na opaski z grubej
szarej taśmy klejącej. Opaski były pancerne: można było
podnieść człowieka za opaskę (ja sam, zanim poległem,
byłem wleczony 5 metrów po ziemi). Udało mi się pokonać
2 przeciwników. Ale w klasyfikacji ogólnej przegraliśmy.
Po walce wpakowaliśmy się do dwóch 8-mioosobowych uazów
i pojechaliśmy do bazy, którą zwinęliśmy i w dwóch rzutach
pojechaliśmy do szkoły, gdzie mieliśmy spać. Przy okazji
zwijania bazy piliśmy z "gwinta" z 30 litrowego
baniaka - co za harc-kor!. Gdy dojechaliśmy do szkoły
mieliśmy godzinę na zjedzenie kolacji, bo o 1:00 w nocy
zaczął się kominek. Musieliśmy przedstawić Drużynę i
siebie. Po kominku poszliśmy wreszcie spać.
Następnego dnia poszliśmy do jednostki wojskowej (1
Warszawskiej Samodzielnej Brygady Pancernej) i zapoznaliśmy
się tam ze sprzętem brygady i częścią historii tej jednostki.
O 10:00 mieliśmy pociąg do Warszawy.
wyw. Michał Kalenik
|