Relacja Zbiorowa
Relacja z LIII zimowiska 16 WDH w Wetlinie
12-19 lutego 2005 r.
Dzień pierwszy (12 lutego)
Dzień, na który każdy harcerz czekał już od bardzo dawna.
Dziś z Warszawy wyruszyliśmy do Wetliny. Zbiórka była
pod szkołą nr 23 o godzinie 7.00. Wszyscy z wielkim
zapałem wpakowaliśmy się do autokaru i wyruszyliśmy
na zimowisko. Po drodze otrzymaliśmy zielone polarowe
kurtki z logo Drużyny. Trasa była bardzo długa, więc
zrobiliśmy dwie przerwy, w tym jedną w McDonaldzie (ta
przerwa była również dość długa, więc każdy z nas mógł
się najeść). Do Wetliny dotarliśmy około 17.30. Po szybkim
wyjściu z autokaru ruszyliśmy do schroniska. Podzieliliśmy
się pokojami według ustalonego wcześniej planu. Potem
mieliśmy czas na rozpakowanie i zakwaterowanie. Kiedy
się rozpakowaliśmy, ogłoszono alarm mundurowy. Następnie
udaliśmy się na kolację, po której był kominek. Podsumowaliśmy
wówczas pierwszy dzień zimowiska, który spędziliśmy
głównie w autokarze.
Dzień drugi (13 lutego)
O 7.00 zerwany przez oboźnego z łóżek krąg młodzików
udał się na krótką, jednak bardzo wyczerpującą gimnastykę,
po której mieliśmy chwilę czasu na zaprowadzenie porządku
przed apelem. Następnie, po inauguracji zimowiska przez
Buraka na uroczystym apelu i zjedzeniu śniadania, udaliśmy
się na mszę do pięknego kościoła w Wetlinie. Uwagę zwracało
ciekawe urządzenie wnętrza, które w zestawieniu z naszymi
zielonymi polarami dawało niesamowite efekty. Po powrocie
ze śpiewem na ustach mieliśmy zaledwie chwilkę na przygotowanie
do wyjścia. Czekały nas ćwiczenia z samarytanki. Wymagały
one sprytu i pomyślunku.
Krąg ćwików dostał zadanie związane dość luźno z ratownictwem:
mieli znaleźć miejscowy GOPR i porozmawiać z jakimś
ratownikiem. W Wetlinie oczywiście nie ma placówki GOPR,
a najbliższa jest o cztery godziny drogi (nasi in spe
ćwikowie mieli dwie i pół godziny na wykonanie zadania).
Ale dowiedzieli się, że o godzinie 17.00 w miejscowej
strażnicy SG będzie ratownik GOPR. Połazili jeszcze
po Wetlinie i wrócili do kwatery na obiad, a po obiedzie
poszli spotkać się z GOPR-owcem. Po długich poszukiwaniach
znaleźli go i porozmawiali o strukturze GOPR-u , o tym
jak to jest być ratownikiem górskim itp.
W tym samym czasie krąg młodzików odbył zwiady. Każdy
zastęp (zastępy dzielone według pokoi) otrzymał zadanie
do wykonania w przeciągu dwóch godzin. Należało dowiedzieć
się czegoś o Wetlinie, tudzież odnaleźć wskazaną albo
opisaną osobę. Prawie wszystkie zastępy wywiązały się
perfekcyjnie z powierzonych im zadań, których prezentacja
nastąpiła na wspólnym kominku.
Dzień trzeci (14 lutego)
Trzeciego dnia pobudka była, jak zwykle, o godz. 7.00.
Nikomu nie chciało się wstać. Gimnastyka odbyła się
oczywiście na dworze, w śniegu po kolana. Prowadził
ją Krzysiek Pasternak. Po gimnastyce robiliśmy porządki
w pokojach, a o godz. 8.00 odbył się apel. Potem było
śniadanie, a następnie zbiórka na wycieczkę. Na wyprawie
mieliśmy nauczyć się wyznaczać azymuty. Na początku
Piotrek Drzazga poprowadził nas dobrą drogą, ale ponieważ
było nudno, więc namówiliśmy go (a on się zgodził),
aby pójść drogą dla narciarzy. Trasa była ciężka i wszyscy
po godzinie padali ze zmęczenia. Po wycieczce nasz dowódca
zasponsorował nam dwie tabliczki czekolady.
W tym czasie została przeprowadzona gra dla wywiadowców
polegająca na składance azymutowej, a przed samym obiadem
była musztra prowadzona przez Kubę Kurka. Po powrocie
do kwatery wszyscy byli przemoczeni, a tymczasem za
niecałe trzy godziny miała odbyć się masakra śnieżna.
Bitwa przebiegła dość nietego... a punktem kulminacyjnym
było to, że zemdlał jeden z zawodników. A później, to
już to, co zawsze: kolacja, kąpiel i inne wieczorne
atrakcje, czyli m.in. walentynkowe spotkanie wywiadowców
z Achajkami.
Dzień czwarty (15 lutego)
Pobudka tradycyjnie - 7 rano. Po przebudzeniu i ubraniu
się poszliśmy na gimnastykę prowadzoną przez Romka z
zastępu "Łysa Góra", który zdawał na sprawność
gimnastyka. Po porannym umyciu się i po apelu poszliśmy
na śniadanie. Zastępem służbowym był zastęp "Berdo",
a Kajtek Kapuściński i Maciek Sadowski zdawali na sprawność
głodomorka. Następnie udaliśmy się na grę terenową,
która polegała na tym, że jedna grupa szła szlakiem
i zostawiała wskazówki i różne znaki na śniegu, a druga
podążała za nią i szukała zbiegów. Na końcu pierwsza
grupa zrobiła zasadzkę. Po grze wróciliśmy do kwatery.
W tym samym czasie wywiadowcy mieli swoją grę z terenoznawstwa
i ratownictwa. Jeden z zastępów poszedł na wyznaczone
miejsce, a drugi wcielił się w ratowników GOPR. Mieli
oni za zadanie uratować turystę i przetransportować
go przez rzekę na linie. Na koniec sponiewieraliśmy
Levego (to on był niefortunnym turystą) bujając go na
tej linie.
Program ćwików był znacznie bardziej ambitny. Daniel
wraz z Burakiem i Pawłem postanowili wybrać się na Połoninę
Wetlińską. Po znalezieniu żółtego szlaku ruszyli w górę,
a po kilku minutach brodzili już w śniegu po kolana.
Minęła godzina zanim doszli do ubitej trasy narciarskiej.
Zrobili postój na herbatę i po przyjrzeniu się mapie
rozpoczęli wędrówkę na nowo. Przez około dwie godziny
przedzierali się przez śnieg, aż w końcu osiągnęli szczyt.
Była godzina 13.04. Tymczasem na szczycie przywitała
ich arktyczna pogoda. Zjedli krówki i popili herbatą,
lecz przy bardzo silnym wietrze nie mogli tam wysiedzieć
więcej niż trzy minuty. Pokonani przez naturę biegiem
udali się w dół. Kiedy wbiegli do lasu wiatr trochę
osłabł. Po kilkunastu minutach zatrzymali się, aby poprawić
ubrania oraz dać znać, że spóźnią się na obiad. Całą
dalszą drogę biegli. Zrobili krótki postój, aby wyłowić
kamyczki z potoku i na kwaterze zjawili się o 14.30.
Ledwo wszyscy zdążyliśmy na obiad, ale po nim była za
to godzina przerwy. Znowu poszliśmy na grę tym, razem
sportową, pod nazwą "Football syberyjski".
Ale niestety nie mieliśmy pozwolenia na grę na boisku
położonym niedaleko ośrodka, więc jakaś pani próbowała
nas wygonić. Dlatego zorganizowaliśmy grę całym zimowiskiem.
Gra polegała na zbudowaniu własnej bazy i zaatakowaniu
oraz zburzeniu bazy przeciwnika za pomocą śnieżek, co
było praktycznie niewykonalne.
Na kolacji okazało się że wszyscy, którzy zdawali na
głodomorka zdali. Później były kominki kręgów. U wywiadowców
było ognisko na świeżym powietrzu z gawędą Ignacego
Sawickiego i Piotrka Bogdanowa na temat autorytetu i
rada. Później ZZ wraz z Czarną Jedynką wziął udział
w walentynkowym śpiewaniu. Śpiewaliśmy głównie piosenki
liryczne. A potem poszliśmy spać (oczywiście umyci).
Dzień piąty (16 lutego)
Dzień ten zaczął się jak poprzednie, czyli
pobudką o godzinie 7:00. Po wrzasku oboźnego zerwaliśmy
się na nogi, by sprzątnąć pokój, a potem ubraliśmy się
w mundury i radośnie poszliśmy na apel, na którym został
odczytany rozkaz i plan dnia. Dowiedzieliśmy się z niego
o wycieczce na Smerek (1.222 m.n.p.m.)! Trochę się przestraszyliśmy,
bo śnieg był po pas, a szlaki nie były odśnieżane, ale
ubraliśmy się i wyszliśmy.
Najgorsze były pierwsze metry, gdy widzieliśmy na horyzoncie
zarys ogromnej, jak się nam zdawało góry, ale każdy
pomyślał o czymś przyjemnym i poszliśmy dalej. Pierwszy
postój odbył się w bardzo wesołej atmosferze: położyliśmy
się na śniegu i rzucaliśmy w siebie małymi śnieżkami.
Nikt nie miał ochoty, ale po chwili ruszyliśmy dalej.
Szliśmy dosyć szybko, więc następny odpoczynek nastąpił
w dosyć małej odległości od połowy drogi. Tam napiliśmy
się pysznej cieplutkiej herbatki, którą co mądrzejsi
wzięli ze sobą i to spowodowało, że aż chciało nam się
dojść na szczyt. Po długiej mozolnej wspinaczce pełnej
niebezpieczeństw, mijając głodnych turystów, wreszcie
doszliśmy na szczyt!!! Przynajmniej tak myśleliśmy do
momentu, w którym zobaczyliśmy, że to dopiero pierwsza
górka. Za górką była mordercza przepaść, którą dzielnie
pokonaliśmy (czyt. sturlaliśmy się) i już bezproblemowo
dostaliśmy się na Połoninę Wetlińską, gdzie zjedliśmy
trochę batoników i pooglądaliśmy królicze bobki.
Idąc dalej napotkaliśmy tablicę "Uwaga lawiny"
i parę ławek. Jedna z nich spodobała się naszemu strong-menowi
Kubie Kurkowi (vel Morda), więc stwierdził, co jest
jak najbardziej naturalne w takich sytuacjach, że weźmie
ją na plecy, by na szczycie nie musieć siedzieć na śniegu.
Jak powiedział tak zrobił, wziął ławkę i rzeczywiście
dostarczył ją na szczyt. Stamtąd zadzwoniliśmy do Buraka,
żeby wyjrzał z okna kwatery. Myśleliśmy, że może nas
zobaczy. Odpoczęliśmy i zatrąbiliśmy do odwrotu, bo
już każdy był głodny i zmęczony.
Powrót to był po prostu wyścig i konkurs
upadków i skoków. Warto wyróżnić nagrodą specjalną duet
akrobatyczny Moryc & Alek, którzy dali popis Downkillu
(mieszanka zjazdów rowerowych i rugby). Kiedy żywi dotarliśmy
na dół, odpoczęliśmy w rowie i wstąpiliśmy do sklepu,
po czym wróciliśmy na obiad (niezły wyczyn). Po obiedzie
i ciszy poobiedniej poświęconej na sprzątanie (czyścioszki)
udaliśmy się na nasze ulubione zajęcie, czyli survival
w lesie. Później kolacja i do łóżeczek.
Dzień szósty (17 lutego)
Wstaliśmy rano (bardzo rano) śpiewając "Czarny
blues o czwartej nad ranem", choć było jednak trochę
później. Zebraliśmy się, jak to harcerzom wypada, w
pięć minut i czekaliśmy na odjazd. Wszyscy byli pełni
entuzjazmu, bo była to wycieczka, na którą czekaliśmy
od dawna. W końcu ruszyliśmy, ale choć cel był znany,
nikt nie wiedział, co się wydarzy. Podróżowaliśmy do
Lwowa. Trochę baliśmy się jadąc ośnieżonymi górami,
a stan techniczny naszego autokaru na pewno nas nie
uspokajał. Jechaliśmy długo i już na pierwszym etapie
podróży zjadłem cały prowiant przeznaczony na kolacje.
Gdy wreszcie dotarliśmy do granicy - świtało i w blasku
nowego dnia mogliśmy zobaczyć ziemie ukraińską, która
kiedyś była ziemią polską. Niektórzy z pewnością przeżyli
zawód, bo poza gorszymi samochodami Ukraina nie różniła
się zbyt wiele od Polski.
Podróż do Lwowa zajęła nam jeszcze trochę czasu, który
spożytkowaliśmy podśpiewując sobie. Gdy dotarliśmy w
końcu do miasta-celu niepostrzeżenie dosiadła się do
autokaru polska harcerka z Ukrainy mająca nas oprowadzić
po Lwowie. Najpierw pojechaliśmy na dużą górę, która,
jak się dowiedzieliśmy, okazał się kopcem usypanym pracą
Ukraińców. Roztaczał się z niego wspaniały widok na
okolicę, przynajmniej teoretycznie, bo akurat przyszła
mgła. Jadąc na cmentarz Orląt Lwowskich mieliśmy małą
stłuczkę z innym pojazdem, który raczej się nią nie
przejął i wesoło pojechał dalej, zupełnie jak my (wzięliśmy
z niego przykład). Po drodze nasza gospodyni-harcmistrzyni,
nie dając nam chwili wytchnienia, ciekawie opisywała
zwiedzane miejsca. Na samym cmentarzu też nie spoczęła
w opowiadaniu i każdy z nas z pewnością zapamiętał losy
przynajmniej kilku osób tu spoczywających.
Potem miała miejsce miła część całej wycieczki: obiad
we lwowskiej restauracji. Jedzenie było naprawdę wspaniałe.
Wszyscy mieli jeszcze jeden problem, którego rozwiązanie
musieli znaleźć jeszcze we Lwowie. Problemem tym były
oczywiście pieniądze. One zawsze wszystko komplikują.
Jeśli jeszcze ktoś nie wie, o co chodzi to wyjaśnię,
że każdy dostał po 10 hrywien, ale nie mieliśmy okazji
ich pożytecznie wydać. Musieliśmy jeszcze zwiedzić Lwów,
a nie mieliśmy zbyt dużo czasu. Po zwiedzeniu kilku
kościołów, zabytkowych kamienic, po przejściu słynnymi
ulicami i obejrzeniu znanych miejsc okazało się, że
zostało nam jeszcze piętnaście minut na Głównym Rynku,
by rozwiązać nasz problem. Z hrywnami w Polsce nie byłoby
co robić. Musieliśmy je wydać tu. Wzięliśmy się więc
szybko do roboty i po chwili każdy wrócił w umówione
miejsce z kieszeniami pełnymi słodyczy, cukierków i
innych bajerków.
Wkrótce musieliśmy pożegnać Ukrainę i wrócić do Polski.
Same chęci jednak nie wystarczyły, bo celnikom na granicy
nie spodobał się autokar pełen harcerzy i kazali wszystkim
wysiąść i pieszo pokonać granice. Gdy już dojechaliśmy
zmordowani do ośrodka było ciemno, głucho i każdy poszedł
szybko spać.
Dzień siódmy (18 lutego)
Około 2 w nocy wróciliśmy do kwatery po całodniowej
wyprawie na Ukrainę. Praktycznie pół-przytomni ustawiliśmy
się w kręgach i wymaszerowaliśmy do kwatery, która jak
się dowiedzieliśmy parę dni wcześniej, była dawnym więzieniem.
Stąd właśnie charakterystyczna konstrukcja. Główny korytarz
i cele (pokoje). Szybko, już bez mycia położyliśmy się
do łóżek. Pobudkę nie standartowo przełożono na 8:00.
Każdy wykorzystał tę dodatkową godzinę, odsypiając zarwaną
noc.
Ze smacznego snu wyrwał nas gwizdek oboźnego: POBUDKA!!!
Wszyscy jakby automatycznie, niektórzy nawet z zamkniętymi
oczami, chwycili za spodnie, podkoszulki i polary, by
w chwile później już wiązać buty przed pokojami. Rozgrzewka
poprowadzona była w kręgach. Po rozgrzewce mieliśmy
parę minut na posprzątanie pokojów i przygotowanie się
do przyśpieszonego apelu. Po apelu, szybko, bo byliśmy
trochę spóźnieni, weszliśmy na śniadanie. Ku naszemu
wielkiemu zdziwieniu na stołach w wazach pachniał żurek,
czyli to co może najlepiej postawić na nogi śpiących
harcerzy.
Po śniadaniu ogłoszono alarm dla wywiadowców i ćwików,
co oznaczało tylko jedno: coś wielkiego wisi w powietrzu.
Po pół godzinie oboźny zarządził alarm mundurowy dla
wszystkich młodzików i szeregowców. Najszybsi na alarmie
byli dwaj druhowie z zastępu "Widełki": Konrad
Winiarski i Marcin Kajak, dlatego właśnie zostali przydzieleni
do jednego patrolu. Analogicznie została połączona w
pary reszta pozostałych na kwaterze. Pierwszą przeszkodą
była sygnalizacja. Gdy tylko odczytaliśmy znaki patrolowe
nakazujące biec po drodze, zauważyliśmy wywołującego
nas chorągiewkami Maurycego. Z tym zadaniem nie mieliśmy
większych problemów, gdyż na drodze spotkaliśmy bardzo
pomocnego Zawiszaka. Postępując dalej według instrukcji
ruszyliśmy drogą w kierunku jedynego w okolicy kiosku.
Tam spotkaliśmy rannego wędrowca (Daniel), który mimo
usilnych prób chyba nie przeżył naszej pomocy. Następna
przeszkoda to był właściwie prawdziwy tor przeszkód,
na którym stał Jacek Łakomy. Polegał on głównie na pokonaniu
w tą i z powrotem bardzo stromej rzeki. Dla porównania
powiem, że pokonanie rzeki szerokiej na 4 metry zajmowało
około 1,5 minuty. Po wzorowym wykonaniu zadania ruszyliśmy
w górę wsi. Tam czekał na nas Ignacy, u którego chyba
największym problemem było utrzymanie mapy na wietrze.
Zorientowanie mapy dla ostatnich patroli również musiało
być nie lada wyczynem, gdyż po przejściu paru patroli
mapa była doszczętnie przemoczona. Ostatnią przeszkodę
we wsi obstawił Artur (musztra). Nasz egzamin z musztry
trzykrotnie musieliśmy przerywać z powodu dwóch sąsiadów
(mieszkających 100 metrów od siebie) odwiedzających
się starym BMW. Przy drogowskazie na szlak narciarski,
już poza granicą wsi, stał Lewy z symboliką krzyża.
Potem zaczął się hard-core, bo szliśmy do następnej
przeszkody jakieś 150 metrów przez 15 minut z powodu
bardzo silnego wiatru i bardzo głębokiego śniegu. Na
przeszkodzie u Kurka ten wiatr dał nam się jeszcze raz
we znaki, gdyż musieliśmy rozpalić prawdziwy hajcung.
Jak na te warunki poradziliśmy sobie z tym wyśmienicie.
Następnym w kolejce był Alek z historią Drużyny, a potem
Piotrek Bogdanow z piosenką i Dexter z szyframi. Następnie
już tylko Kubuś z funkcjami w ZHR i koniec tego morderczego
biegu.
Jako że skończyliśmy tak wcześnie mieliśmy jakieś dwie
godziny całkowicie dla siebie i na przygotowanie się
do kinderbalu. Jak to było w zwyczaju zastępu "Widełki"
powiedzieliśmy: "Mamy czas" i zaraz cały zastęp
gdzieś znikł. Za scenki wzięliśmy się tak porządnie
dopiero po obiedzie, zresztą jak wszyscy. Na kinderbal
ledwo zdążyliśmy i wiele rzeczy ustaliliśmy dopiero
na miejscu, ale to właśnie jest znakomita improwizacja,
czego dowodem było zajęcie III miejsca za kontrowersyjne
oblanie wszystkich wodą i jeszcze bardziej kontrowersyjne
wykonanie "Bieszczadzkich aniołów". Ogólnie
cały bal był bardzo udany, a najlepszym zastępem został
"Przygłup Band" za wprost kapitalną piosenkę
do melodii "Powiedz" zespołu Ich Troje:
"Powiedz, powiedz czemu świat Twój milczy cały
biały od Bieszczad
niczym słońce zaćmione przez góry czekające na chwile
alarmu
Wstań powiedz nie jestem cham
na alarm idź sobie sam
nie powie więcej już Krzyś
Przygłup na alarm masz iść
Ja jestem panem dla was
Waszym ciężkich i leków waszych straconych chwil waszych
łez wylanych łez
Poczekajcie może dajcie im ostatnia szanse
nie chcesz chyba powrócić jak Rumcajs
W brudnym spoconym mundurze.........."
Po kinderbalu przybyli do nas goście, czyli uczestnicy
zawodów narciarskich, którzy opowiedzieli nam o swoim
bardzo nowoczesnym sprzęcie narciarskim (bardzo kosztownym).
Zaprosili nas także na jutrzejszy start biegu narciarskiego.
Następnie odbył się mały koncert życzeń, który okazał
się prawdziwym gwoździem wieczoru. Szkoda tylko, że
takim krótkim gwoździem. Było bardzo sympatycznie, bo
wtedy chyba wszyscy poczuli, że jesteśmy taką jedną
wielką rodziną.
W przerwie koncertu zjedliśmy kolację. A po kolacji
wszyscy pomaszerowaliśmy na kominki kręgów i ogniska
podsumowujące. Ogłoszono ciszę nocną na 22:00. Przed
ciszą ZZ na swoim obrzędowym ognisku przyjął nowych
członków do swojego grona. Jedno trzeba jeszcze powiedzieć,
była to wyjątkowo luźna cisza nocna...
Dzień ósmy (19 lutego)
Rano, jak zwykle: pobudka, śniadanie, gwizdy,
krzyki, nawoływania. Ale coś jednak było niezwykłego
w tym dniu: w pewnym momencie musieliśmy bowiem spakować
się, posprzątać kwaterę. Wrzuciliśmy sprzęt do autokaru
i jeszcze na pożegnanie Bieszczad poszliśmy na start
specjalnego biegu narciarskiego.
A potem już tylko kilka monotonnych długich godzin jazdy
do domu. I po zimowisku.
relacja zbiorowa
wśród autorów, m.in. Jakub Kurek, Daniel Karkowski,
Maurycy Kiendzińsk, Konrad Winiarski i inni
>>>Zobacz galerię z Zimowiska 16 WDH W Wetlinie>>>
|