Krzysztof Pasternak
Ostatnia Droga Papieża
12-19 lutego 2005 r.
W dniach 7 - 9 kwietnia 2005 roku pełniliśmy
wyjątkową Biała Służba. Jej szczególny charakter wynikał
z dwóch przyczyn: po pierwsze z faktu, iż pojechaliśmy
pełnić ją w Watykanie, w Stolicy Piotrowej, a po drugie
z tego, iż w Rzymie nie pełniliśmy typowej służby porządkowej
czy medycznej. Nasza służba polegała na modlitwie i
duchowym czuwaniu przy Janie Pawle II, którego Bóg powołał
do siebie w nocy 2 kwietnia 2005 roku.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Pielgrzymka do Rzymu rozpoczęła się 6 kwietnia, we środę,
poranną Mszą św. odprawioną o godzinie 9.00 w kościele
św. Anny. Po nabożeństwie odbył się apel na Placu Zamkowym
pod kolumną Zygmunta. Zostaliśmy wówczas przydzieleni
do autokarów, którymi pielgrzymi z ZHR mieli udać się
na uroczystości pogrzebowe Ojca Świętego. Z Mazowsza
wyruszyło około 150 osób, w trzech autokarach. Szesnastkę
reprezentowali drużynowy, phm. Paweł Burakowski oraz
przyboczny h.o. Krzysztof Pasternak, autor tych słów.
Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnego rozgardiaszu,
towarzyszącego zawsze wyjazdom większej liczby osób,
tak więc zamiast o 10:00, jak to było w planach, Warszawę
opuściliśmy po godzinie 12:00.
Znaleźliśmy się z Burakiem w autokarze
nr 13; zresztą Burak został jego komendantem. Podróż
przebiegała bez zakłóceń. Nasz "pokładowy"
kapelan, hm. Michał Gutkowski, zadbał o odpowiedni poziom
przygotowania duchowego i modlitewnego pielgrzymów (odmawialiśmy
różaniec i śpiewaliśmy pieśni). Ale nie tylko na tym
upływały nam długie godziny jazdy autokarem. Burak,
dzięki swemu znanemu poczuciu humoru i pogodzie ducha,
szybko zjednał sobie wszystkich uczestników pielgrzymki
jadących naszym autokarem.
Około godziny 18:00 przekroczyliśmy granicę słowacką
i następne cztery godziny naszej podróży upłynęły na
podziwianiu słowackich gór i dolin (to jednak był dopiero
wstęp do pięknych widoków, czego chyba nie wszyscy byli
świadomi). Wyraźną różnicę poczuliśmy po przekroczeniu
granicy Słowacji z Austrią, a to z dwóch powodów - w
Austrii drogi są o niebo lepsze i po prostu "płynęliśmy"
po autostradzie, a ponadto zmienił się klimat, gdyż
wjechaliśmy w Alpy. Niestety, nie mogliśmy naszych oczu
widokiem gór napawać, bo było ciemno; jechaliśmy bowiem
nocą, aby jak najszybciej znaleźć się w Rzymie.
Nad ranem we czwartek wjechaliśmy na terytorium Włoch.
Zauważyliśmy, że drogi są tu jeszcze lepsze, a przebieg
naszej autostrady był wprost fenomenalny! Wiła się ona
dziesiątkami tuneli, a gdy z nich wyjeżdżaliśmy - widzieliśmy
wokoło piękny górzysty krajobraz słonecznej Italii.
Z radia oraz różnych innych, mniej lub bardziej przewodowych
mediów dowiadywaliśmy się o tym, iż Watykan jest kompletnie
"zatkany", w związku z czym autobusy z pielgrzymami
są zatrzymywane już 150 km przed Rzymem. Jak się miało
później okazać, informacje te nie miały wiele z prawdą
wspólnego.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Około godziny 16:00 dojechaliśmy do przedmieść Wiecznego
Miasta i rozpoczęło się kluczenie po coraz węższych
uliczkach celem znalezienia Uniwersytetu Salezjańskiego,
w którym zlokalizowano naszą bazę. Około godziny 18:00
byliśmy już rozpakowani i szykowaliśmy się do Mszy polowej.
Po nabożeństwie, około godziny 20:00 stanęliśmy na apelu
otwierającym Białą Służbę w Rzymie. Jej komendantem
był hm. Michał Dworczyk, przedstawiciel Naczelnictwa
ZHR. Następnie udaliśmy się grupami na pętlę autobusową
nieopodal uniwersytetu, skąd dojechaliśmy do centrum
Rzymu. Po połączeniu się wszystkich grup w jedną kolumnę,
przemaszerowaliśmy z dumnie rozwiniętymi flagami w stronę
Watykanu... i tutaj zauważyliśmy pewne dziwne dla nas
zjawiska, które określiłbym jako zgrzyt. Podczas marszu
ulicami Wiecznego Miasta napotykaliśmy wiele grup roześmianych
młodych ludzi, wszystkie restauracje i knajpy były wypełnione,
a atmosfera jaka tam panowała przystawała raczej do
wielkiego festynu, nie zaś do wydarzenia tak podniosłego
i bolesnego, jak śmierć Papieża. W Warszawie byłoby
to nie do pomyślenia! Wszyscy zwrócili na to uwagę,
lecz należy również uwzględnić fakt, iż tylko w Polsce
żałoba po odejściu Jana Pawła II była (i jest chyba
nadal jest) tak ogromnym i masowym zjawiskiem. Trzeba
także mieć na względzie różnicę kulturową pomiędzy Polakami
a Włochami - ci drudzy po prostu mają inne podejście
do żałoby i inaczej okazują szacunek i część zmarłym.
Wróćmy jednak na ziemię, a ściślej mówiąc na most Czterech
Aniołów, tuż koło Watykanu, na którym miał miejsce zgrzyt
drugi. Po dotarciu na most dowództwo naszej kolumny
straciło na jakiś czas głowę i nie wiedziało co robić
dalej. Czy lepiej z góry założyć, iż nie uda się nam
dostać na plac Św. Piotra i zająć miejsca pod jednym
z telebimów, czy też raczej próbować przebić się jak
najbliżej bazyliki? Rozwiązanie tego dylematu zajęło
około godziny (!), a w tym czasie przed bazylikę zdążyło
już przejść kilka tysięcy ludzi. W końcu jednak ruszyliśmy
i skierowaliśmy nasze kroki w stronę niedalekiej fosy,
w której mieliśmy spędzić kolejne cztery godziny. I
za to posunięcie należą się największe brawa dla kierownictwa
pielgrzymki, albowiem po pierwsze - fosa ta, mówiąc
delikatnie, do najczystszych nie należała, gdyż, jak
się okazało, spełniała taką samą funkcję, jakiej służyła
naszym przodkom w średniowieczu (i bynajmniej nie funkcję
obronną mam na myśli), czego oczywiście nikt wcześniej
nie sprawdził. Po drugie - jeszcze przed mszą polową
w bazie zostaliśmy poinformowani bez jakichkolwiek niedomówień,
że mamy zostawić śpiwory. Nie wzięliśmy ich więc (przynajmniej
część z nas, bo ci bardziej przewidujący mieli je ze
sobą ), co skończyło się tym, że spaliśmy na karimatach
(które mieliśmy wziąć), a niektórzy, w tym ja, w ogóle
zrezygnowali ze snu i udali się na spacer po okolicy.
A po trzecie - jak już wcześniej wspomniałem, mieliśmy
spędzić w fosie cztery godziny, czyli do godziny 4:00
rano, jednak naszych wodzów zabrakło już o godzinie
2:00 w nocy. Jak się okazało - rozpłynęli się w mrokach
rzymskiej nocy w poszukiwaniu miejsca na placu, co skończyło
się tym, że Burak, obudzony o godzinie 2.15, nie zastał
w fosie prawie nikogo, oprócz wiernej mu ekipy autokaru
nr 13. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko zebrać
grupę i udać się na poszukiwanie miejsca do dogodnego
uczestniczenia we mszy, która rozpoczynała się już za
kilka godzin - o 10.00 rano.
Po dotarciu do jednego z telebimów, przed którym już
o 3:00 w nocy był potworny tłum, Burak po krótkiej naradzie
zadecydował co następuje: "ekipa nr 13" (zwana
też żartobliwie "Parszywą Trzynastką") dzieli
się na mniejsze grupy według przynależności pielgrzymów
do środowisk i tymi grupami organizuje sobie "nocleg"
i uczestnictwo we mszy. Miejscem zbiórki po uroczystościach
miał być przystanek, z którego odjeżdżał autobus w stronę
naszej bazy. Godzina zbiórki została wyznaczona na 18:00,
aby po uroczystości pogrzebowej każda grupa miała jeszcze
czas na swoje potrzeby duchowe i na zwiedzanie Rzymu.
Moja grupa (w której skład wchodzili: Burak, Andrzej
Gajcy, Blanka Jarębska, Marysia Jedlikowska, Robert
Młodzikowski, Kamil Tasakowski, Marysia Feldman i ja)
znalazła dogodnie miejsce do spania, którym był kawałek
chodnika pod sklepem z modą damską (nie byle co - nawet
markiza była, aby nas ewentualny deszcz nie zmoczył).
Ustaliliśmy godzinę pobudki na 8:00 rano i posnęliśmy,
co wszystkim, oprócz Buraka (biedak nie miał karimaty)
przyszło dość łatwo.
| 
|
|

|
|
|
|
|
O godzinie 8:00 rano wstaliśmy i ruszyliśmy w poszukiwaniu
jakiejś kawiarenki, żeby uraczyć z rana nasze podniebienia
kawą z czymśtam (były to, jak się potem okazało, wyśmienite
bułki z kremem czekoladowym). Po śniadaniu nasza grupka
podzieliła się na zwolenników zostania przy telebimie
najbliżej Watykanu i tych, którzy chcieli poszukać szczęścia
w okolicy placu. Św. Piotra - do tej drugiej należałem
ja, Burak i Blanka. Po zdobyciu mapki Rzymu z lokalnej
gazety (osobiście ją wygrzebałem z kosza w naszej "śniadaniodajni"
ku uciesze obsługi) chcieliśmy znaleźć inny, mniej oblężony
telebim, ale wkrótce zmieniliśmy zdanie, kupiliśmy porządną
mapę z zamiarem obejrzenia mszy bądź chociaż jej wysłuchania
i zwiedzenia jak największej liczby zabytków po uroczystościach.
Skierowaliśmy swe kroki w stronę początku alei Conzilliazione
prowadzącej na plac, żeby zrobić tylko zdjęcie bazyliki.
Burak wręczył mi aparat i poprosił, abym poszedł (a
raczej przepchał się) i zrobił zdjęcia bazylice. Po
wejściu około 30 metrów w tłum zorientowaliśmy się,
że utworzono tam szpaler z policjantów, którzy wręcz
nalegali, abyśmy poszli dalej - prosto i bez przeszkód
na sam plac. Po dojściu pod bazylikę zadzwoniliśmy po
resztę naszej grupy informując, że jest możliwość dostania
się na plac. Dzięki naszej zaradności i szczęściu (co
tu dużo gadać) - byliśmy naprawdę blisko miejsca celebry.
Ceremonia pogrzebowa trwała około czterech godzin. Potem
wierni zaczęli się powoli rozchodzić. I wtedy nastąpił
bardzo miły akcent: grupa harcerzy i harcerek usiadła
w kręgu i zaśpiewała przy akompaniamencie gitary kilka
pieśni, w tym "Barkę", ulubioną piosenkę Papieża.
Do harcerzy natychmiast dołączyli się będący w pobliżu
Polacy i krąg systematycznie się powiększał. Nawet telewizja
nie pozostała obojętna wobec takiego aktu jedności.
Ogólnie przez cały czas naszego pobytu w Rzymie my,
jako harcerze, nie mogliśmy narzekać na brak zainteresowania
mediów. Wielu z nas udzieliło wywiadów, sporo osób robiło
nam zdjęcia.
Potem udaliśmy się naszą grupą w poszukiwaniu pizzerii,
aby napełnić brzuchy tradycyjnym włoskim daniem. Znalezienie
otwartej restauracji, w której moglibyśmy coś zjeść,
zajęło nam około dwóch godzin, ponieważ trafiliśmy akurat
na porę sjesty, podczas której lokale są nieczynne.
Jednak koło godziny 16:30 udało nam się znaleźć otwartą
pizzerię. Oczywiście po otrzymaniu kart dań dało się
słyszeć ogólne "eeeeee?", co było do przewidzenia,
bo wszystkie nazwy były po włosku, nawet bez tłumaczenia
angielskiego. Jakby na dokładkę, kiedy zapytaliśmy kelnera
po angielsku co znajduje się na poszczególnych pizzach,
okazało się, że jego poziom angielskiego można by przy
dużej dozie dobrej woli uznać za niewystarczający...
koleś po prostu nic nie rozumiał. Postanowiliśmy zaryzykować
i zamawialiśmy pizze według nazw, czyli braliśmy te
które ładniej się nazywały. No i dostaliśmy za swoje!
Nie będę opisywał wszystkich po kolei, ale dość powiedzieć,
że pizza Buraka, która nazywała się "Mortadela",
wyglądała następująco: bardzo cienkie ciasto, prawie
naleśnik i to jeszcze spalony na brzegach, odrobina
sera, trochę szynki, a na wierzchu (dosłownie!) kopa
mlecza, jakby zerwanego prosto z trawnika. Zanim zaczęliśmy
jeść musieliśmy poczekać jakieś 10 minut, żeby przestać
się śmiać (aż się kelnerowi głupio zrobiło).
Po obiadku, który pamiętaliśmy jeszcze długo, udaliśmy
się na miejsce zbiórki i pojechaliśmy do bazy. Tam już
tylko mycie, kolacyjka (miała być jeszcze Msza św.,
ale w końcu nie odbyła się) i spać.
| 
|
|
|
Pobudka w sobotę została ustalona na godzinę 7 rano
- plan był prosty: szybkie mycie i śniadanie oraz pakowanie
i wyruszamy w drogę powrotną. Zanim opuściliśmy Rzym
zajechaliśmy jeszcze pod plac św. Piotra, aby zrobić
sobie całością zdjęcie pod bazyliką, lecz planu tego
nie udało się zrealizować, bo z nie do końca znanych
mi przyczyn załoga autokaru numer 12 wysiadła dopiero
wtedy, kiedy reszta Mazowsza już wróciła do swoich wozów
(kolejny zgrzyt).
Potem wyruszyliśmy w drogę powrotną, która przebiegała
mniej więcej takim samym rytmem, jak podróż do Rzymu.
Pogoda we Włoszech była sprzyjająca i dzięki temu ukazywały
się nam widoki, na które dziwnym trafem nie zwróciliśmy
uwagi poprzednio; a były one wprost rewelacyjne! Przepiękny
górzysto - równinny krajobraz w połączeniu z cudownymi
chmurami powodowały, że wprost przyklejaliśmy nosy do
szyb.
W niedzielę rano, 10 kwietnia, dojechaliśmy do Częstochowy,
gdzie pod Jasną Górą odbył się apel kończący rzymską
Białą Służbę. O godz. 13:00 uczestniczyliśmy we Mszy
świętej na Jasnej Górze. Potem tylko kilka godzin jazdy
i około 18:00 wylądowaliśmy pod Salą Kongresową w Warszawie.
Wszystkim bardzo szkoda było się rozstawać, bo przez
te pięć dni "Parszywa Trzynastka" stała się
naprawdę zżytą ekipą i Burak, jeszcze w Częstochowie,
zapowiedział, że to nie koniec naszej znajomości. W
autokarze wymieniliśmy adresy e-mailowe, niektórzy nawet
numery komórek. Po bardzo serdecznych pożegnaniach rozstaliśmy
się i każdy udał się w swoją stronę (ksiądz ulotnił
się pierwszy twierdząc, że ma za 13 minut pociąg). Dlaczego
to zapamiętałem? Bo od tej wyprawy numer 13 dla każdego
z nas nabrał nowego wymiaru.
h.o. Krzysztof Pasternak
|