Michał Strzelecki
Spływ Drzewiczką (i Pilicą)
2 - 4 września 2005
W piątek, około godziny 17:30, spotkaliśmy
się (my z Szesnastki i Kuba z 4-ki, bo przecież nie
byliśmy jedynymi uczestnikami spływu) w hali głównej
Centralnego Dworca PKS przy Dworcu Zachodnim PKP. Dziewczyny
z Gdyńskiej 40-tki, z którymi byliśmy na obozie, już
tam na nas czekały, a skład z żeńskiej 80-tki WDW "Ostoja"
dołączył chwilę później. Byliśmy więc prawie w komplecie,
bo Burak miał na nas czekać na miejscu. Kupiliśmy bilety
i to na dwa PKS-y, bo w pierwszym nie było już wystarczającej
liczby wolnych miejsc i w dwóch turach dojechaliśmy
do Nowego Miasta nad Pilicą. Prawie trzy godziny jazdy
w zatłoczonym autobusie i dotarliśmy do celu. Nie było
to, jak się później okazało, najcięższe doświadczenie
tej wyprawy.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Po kilku minutach chaosu organizacyjnego i po tym jak
stwierdziliśmy, że nikt nie wie dokładnie dokąd trzeba
iść, postanowiliśmy, że najpierw zakupimy prowiant w
pobliskim sklepie. Na szczęście w tej samej chwili przyjechał
do nas w swoim krążowniku szos Burak. Wskazał nam właściwy
kierunek, po czym znów odjechał, zabierając ze sobą
dwie dziewczyny, które z powodu kontuzji kończyn dolnych
miały problemy z chodzeniem. Reszta, pod przewodnictwem
Dextera, ruszyła szosą, która po jakimś czasie w sposób
zupełnie niezrozumiały i tajemniczy zamieniła się w
polną drogę, a ta z kolei w leśną dróżkę. Myśleliśmy,
że za chwilę staniemy przed ścianą lasu, ale po pewnym
czasie dotarliśmy do rozstaju dróg. Tam czekały na nas
dziewczyny, podwiezione przez Bupę, które wskazały nam,
którędy trzeba zejść nad Pilicę. Zdjęliśmy buty i spodnie,
po czym wpakowaliśmy się do wody. Uf, co za ulga po
wyczerpującym marszu!
| 
|
|

|
|
|
|
|
| 
|
|

|
|
|
|
|
Ruszyliśmy gęsiego na drugą stronę rzeki, gdzie czekał
na nas Burak. Sunęliśmy raźno naprzód, ale już wówczas
spotkała nas pierwsza na tym spływie "mokra"
niespodzianka. Woda wcale nie sięgała do kolan, jak zapewniali
niektórzy, tylko od pasa do klatki piersiowej, w zależności
od wzrostu. Wychodząc na przeciwległym brzegu, dostrzegliśmy
jeszcze czerwone światełko kamery i szeroki uśmiech Buraka.
A więc to była zasadzka! A może chrzest przed-kajakowy?
| 
|
|

|
|
|
|
|
Wkrótce dotarliśmy na działkę Buraka. Od tego momentu
woda i kamera nie opuszczały nas ani na chwilę. Ale
o tym później.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Przebraliśmy się w suche ubrania, po czym rozgościliśmy
się w domku Buraka. W sumie było nas 33 harcerek i harcerzy
+ Alicja (żona Buraka) + Ania i Marysia (córki Buraka)
36 osób. Tym samym ustanowiliśmy nowy rekord pojemności
chatki. Dziewczyny przygotowały składkową kolację -
z tego miejsca serdeczne dzięki za ten i za wszystkie
inne posiłki. Po zaspokojeniu pierwszego głodu kanapkami,
przerzuciliśmy się na tort i sernik przywiezione z domów.
Wcześniej oczywiście odśpiewaliśmy "Sto lat"
i obdarowaliśmy trójkę dostojnych jubilatów: Maurycego,
Krzyśka oraz gospodarza, Buraka, wspaniałymi prezentami.
A później rozpoczęły się śpiewanki - bez Mordy, który
poszedł spać na piętro, ale za to z Danielem, który
dołączył do nas pod sam koniec kolacji (37 osób! pobiliśmy
własny rekord!). Atmosfera była tak wspaniała, że siedzieliśmy
razem do około wpół do trzeciej. Po czym wszyscy poszli
spać: dziewczyny na piętrze i w pokoiku na dole, a my
na podłodze w salonie.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Sobota rozpoczęła się dla nas wcześnie, bo już o 5:30.
Zjedliśmy szybkie śniadanie, spakowaliśmy się i pełni
dobrych przeczuć ruszyliśmy w drogę do Tomczyc, skąd
autokarem przejechaliśmy do Drzewicy. Tam czekał już
na nas pan Wiesio z kajakami. Ściągnęliśmy je z przyczepy,
zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie pod zamkiem obrazujące
nasz wygląd przed puszczeniem się na wodę i rozpoczęliśmy
wodowanie. Flotylla składała się z dwunastu kajaków
i czterech canoe, co dało łącznie szesnaście ekip. Piękna
liczba!
Dziewczyny z Gdyni twardo powiedziały,
że płyną same, natomiast my wymieszaliśmy się z 80-tką.
Wodowanie poszło sprawnie. Większe kłopoty były potem:
osady kajakarskie musiały się zgrać, nauczyć dobrze
sterować itp. Ale zdecydowanie największym problemem
były mielizny, które wbrew zapewnieniom pana Wiesia,
czaiły się na nas wszędzie. Ich zdecydowanym królem
został Marek Marczak płynący w canoe razem z Karolem
Czopkiem i Misiem-Gierbisiem. Podobno swoją łódź nazwali
"nie bierz mnie więcej".
| 
|
|

|
|
|
|
|
Po tym początkowym stadium "pielgrzymki kajakowej"
nasze ekipy rozciągnęły się w dość długą linię. Do przodu
wysforowały się dwa canoe: Dexterowe i to Artura i Piotrka,
a z kajaków: Morda z Mają, Levy z Trochą i Kuba Sławiński
z Martą. Bardziej wypoczynkowe tempo przyjęły dziewczyny
z Gdyni, płynące razem z drużyną canoe Burak&Syn.
Reszta usytuowała się mniej lub bardziej pośrodku. Jednak
niezależnie od szybkości posuwania się naprzód, wszyscy
byli w pełni zrelaksowani. Gdzieniegdzie rzekę zagradzały
nam zwalone drzewa, które nauczyliśmy się pokonywać
na dwa sposoby: dołem, kładąc się na płask w kajaku,
lub górą, przenosząc kajak nad drzewem. Później już
każda załoga płynęła pojedynczo, podziwiając wspaniałą
przyrodę dorzecza Drzewiczki. Czas mijał szybko i bezboleśnie.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Około 12:00 w południe ekipy płynące na początku uznały,
że należy zrobić przerwę i zatrzymały się na niewielkiej
plaży. Kolejne osady kajakarskie dopływały na miejsce
i rozkładały się obok. Jedli ze wspólnego stołu (z tym
zastrzeżeniem, że nie było stołu) i wylewaliśmy wodę
z kajaków. Do tej ostatniej czynności używano wszystkiego:
słoików po ogórkach, opakowań po ciastkach oraz bordowych,
spływowych czapeczek, które otrzymaliśmy poprzedniego
dnia. I gdy już zapomnieliśmy o trudach przedpołudnia,
na plażę dopłynęła ekipa z Gdyni i Burak. Dziewczyny
były kompletnie przemoczone. Wygrałyby spokojnie konkurs
na Miss Mokrego Ubrania. A mimo tego były roześmiane
(niektórzy sądzili, że świadczy to o ich niepoczytalności).
Należą się im ogromne gratulacje za wytrwałość i humor.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Na następny odcinek każdy niemal kajak ruszył w innym
czasie. Jednak nadal płynęliśmy w tym samym szyku, co
przed przerwą obiadową. Rzeka była już szersza i głębsza,
więc nie trzeba było tak bardzo uważać na przeszkody.
Dlatego czas upływał nam głównie na rozmowach. Po jakimś
czasie spotkaliśmy kajak Mordy i Mai, którzy przerzucili
się z czynnego wiosłowania na spokojny dryf. Poczęstowali
nas nawet czekoladą. I wtedy Morda powiadomił nas, że
jego obliczenia wykazały, iż powrócimy do domu na trzecią
w nocy. Jak się później okazało, chłopak nie na darmo
chodzi do matexu.
| 
|
|

|
|
|
|
|
| 
|
|

|
|
|
|
|
Wkrótce czekała nad pierwsza na trasie "przenioska"
przy potrójnym, wybetonowanym uskoku. W dalszej drodze
spotykaliśmy coraz więcej tubylców, głównie pasących
krowy i łowiących ryby. Jednak końca rzeki nie było
widać. Przybyło natomiast powalonych drzew. Powoli zapadał
zmrok. I kiedy już myśleliśmy, że źle popłynęliśmy (ale
gdzie można popłynąć źle na rzece bez odpływów?) dogoniło
nas Burakowe canoe oraz dziewczyny z Gdyni. Nabraliśmy
nowych sił i "gęsiego" ruszyliśmy w dalszą
drogę. Dołączali do nas wszyscy, których spotkaliśmy
na trasie. Przemoczeni przeprawialiśmy się już zupełnie
na ślepo przez kolejne przeszkody. W końcu, bardzo późnym
wieczorem, dotarliśmy do tamy na Drzewiczce, gdzie czekała
na nas reszta osób. Ogrzaliśmy się przy ogniu i szybko
podsumowaliśmy wyprawę. Dwa canoe (jedno dowodzone przez
Dextera, drugie przez Piotrka Drzazgę) i kajak Levy-Trocha
popłynęły dalej Pilicą; Kajaki Krzyśka i Maurycego zaklinowały
się na zwalonym drzewie, więc ci poszli po pomoc do
miejscowych i na razie słuch po nich zaginął; Daniel
zawrócił z trasy i razem ze swoją towarzyszką i poszedł
się schronić u gospodarzy.
| 
|
|

|
|
|
|
|
Burak zadzwonił po Alę, która przyjechała wkrótce i
zabrała ze sobą dziewczyny. Obyłoby się bez problemów,
gdyby nie fakt, że nikt nie wiedział, gdzie znajduje
się mostek (na tym samym mostku Kubuś wdał się potem
w bardzo ciekawą dyskusję z miejscowymi pijaczkami),
przy którym umówiliśmy się z Alicją. My natomiast przeładowaliśmy
wszystkie rzeczy do jednego canoe, a następnie spławiliśmy
wszystkie nasze "łódki" (tak wyraził się o
naszym sprzęcie obywatel pasący krowy nad Drzewiczką)
ostatnie dwieście metrów do mostku, na którym czekał
już na nas pan Wiesio. Załadowaliśmy wszystko na przyczepę
i wróciliśmy na pace na działkę Buraka. Wiatr w czasie
jazdy nie bardzo chciał nas osuszyć, za to bardzo porządnie
wychłodził. Kiedy wchodząc do ciepłego, przytulnego
domku spojrzałem na zegarek, okazało się, że była 2:30.
Posililiśmy się pyszną jajecznicą, po czym padliśmy
jak martwi na podłogę.
| 
|
|

|
|
|
|
|
| 
|
|

|
|
|
|
|
W niedzielę wstaliśmy dopiero o 9:00 rano. Wszyscy,
oprócz Buraka, Maurycego i Krzyśka, którzy tuż po 7:00
pojechali wyciągnąć zaklinowane kajaki. Reszcie przedpołudnie
spłynęło głównie na LB (leżeniu bykiem), odnajdywaniu
rzeczy pozostawionych w kajakach, graniu w gry planszowe
i gruntownym suszeniu. Około południa pożegnaliśmy Gdyńską
40-tkę, która, jak się dowiedzieliśmy, obchodziła wczoraj
swoje 73. urodziny (Wszystkiego najlepszego!). W tym
czasie powrócił Maurycy z Krzyśkiem oraz (troszeczkę
później) Daniel. Nigdzie się nie spiesząc zjedliśmy
na obiad przepyszną fasolkę po bretońsku, przyrządzoną
przez Buraka, Alę i Martę. Potem znów powróciliśmy do
naszych poprzednich zajęć. Poszerzyliśmy nawet ich zakres,
organizując turniej Fresbeebal'a, tradycyjnej już gry
spływowej, będącej skrzyżowaniem piłki nożnej, koszykówki
i gry w latający talerz. Jeszcze tylko krótka kąpiel
i zaczęliśmy się pakować, żeby zdążyć na powrotny PKS.
Pożegnaliśmy się z goszczącą nas rodziną i razem z dziewczynami
z 80 WDW ruszyliśmy w stronę Tomczyc. Tam wsiedliśmy
do autobusu, który zawiózł nas do Warszawy. Pożegnaliśmy
się na dworcu i każdy ruszył w swoją stronę.
| 
|
|

|
|
|
|
|
| 
|
|
|
Był to mój pierwszy spływ. I chociaż nie było łatwo,
to myślę, że nie tylko mnie, ale wszystkim innych bardzo
się on podobał. Dowiedzieliśmy się na nim wielu ważnych
i przydatnych w życiu kajakarza rzeczy. Niektórzy już
nigdy nie wybiorą na spływ canoe (nie mam wcale na myśli
Marka). Inni będą bardziej uważać na zwalone drzewa.
Jednak wydaje mi się, że wszyscy nadal będą chętnie
jeździć na spływy i nikt nie zrazi się (przynajmniej
trwale) do wody. W przeciwnym razie groziłaby nam epidemia
chorób skórnych i niemiłe doświadczenia węchowe.
wyw. Michał Strzelecki
|