Daniel Karkowski
II Ogólnopolskie Manewry HOPR Poznań
30 września - 2 października 2005
Manewry rozpoczęliśmy od spóźnienia
się na zbiórkę wyjazdową o godzinie 16:30 z powodu korków.
Po krótkiej, ale bolesnej, rozmowie z Lechem wsiedliśmy
do autokaru. Do Poznania jechaliśmy prawie 5 godzin.
Po drodze były dwa postoje. Na pierwszym z nich kupiliśmy
na stacji trochę jedzenia i przy okazji znaleźliśmy
szalik z napisem "KAZIK" dla kierowców tirów,
niestety był za drogi i go nie kupiliśmy. W autokarze
Kazik zaczął czytać podręcznik ratownika HOPR, przez
co niektórzy posądzali nas o utratę poczytalności. W
dobrych nastrojach dojechaliśmy do szkoły, w której
mieliśmy bazę. Wypakowaliśmy się szybko z autokaru,
a następnie weszliśmy do szkoły. Oboźny manewrów szybko
pokazał nam nasze "pokoje" i zaprosił na pokaz
slajdów. Na pokazie był wykład o procedurach stosowanych
przez PSP w przypadkach masowych, z którymi już mieliśmy
do czynienia (na manewrach), więc zaczęliśmy się nudzić.
Po pokazie udaliśmy się do szkolnych szatni, w których
mieliśmy spać. Zanim jednak się położyliśmy jeszcze
długo rozmawialiśmy.
Pobudka była o godzinie 6:16 (czyżby dobry znak?), a
następnie zarządzono śniadanie i uroczysty apel otwierający
manewry. Około w 7:30 pierwsze patrole ruszyły na grę.
My mieliśmy wyjść dopiero o godzinie 11:40!! Jako że
mieliśmy kupę czasu udaliśmy się do kina manewrowego.
Film katastroficzny szybko nam się znudził, zresztą
i tak już go oglądaliśmy. Postanowiłem, że warto poćwiczyć
na fantomie i ruszyliśmy we trójkę (tak we trójkę, bo
przydzielono nam do patrolu harcerkę z 20 UDH "Mury")
potrenować. Wszyscy zrobiliśmy kilka serii, zarówno
z maseczką jak i bez. Kiedy skończyły się nam pomysły
okazało się, że jest ledwie godzina 9:00. Doszliśmy
do wniosku, że coś tu jest nie tak z organizacją, ale
cóż nam było począć. Wynudziliśmy się chyba za wszystkie
manewry HOPR przez okres 10 lat naprzód, aż wreszcie
przyszła pora na nasz patrol. Wyszliśmy podskakując
z radości.
Pierwszą przeszkodą był wypadek samochodowy. Nie poszło
nam za dobrze, jedna osoba zmarła. Pomimo niepowodzenia
ruszyliśmy dalej. Tym razem trafiliśmy na porażenie
prądem. Tym razem poszło nam o niebo lepiej. Kazik szukał
czegoś, czym byśmy mogli odsunąć przewód, a Karolina
dzwoniła po pogotowie. Kiedy się okazało że nie da się
nic znaleźć postanowiłem użyć kołnierza. Po usunięciu
zagrożenia przystąpiliśmy do resuscytacji poszkodowanego.
Okazało się, że nie oddycha i nie ma zachowanego krążenia.
Stwierdziliśmy wspólnie, że nie było tak źle i poszliśmy
dalej. Trafiliśmy do domu, w którym nierozważny ojciec
zostawił dzieci bez opieki. Jedno z dzieci poparzyło
się, a drugie pokaleczyło szkłem. Ja wraz z Kazikiem
zajęliśmy się dziećmi, a Karolina panikującym ojcem
i wezwaniem pogotowia. Tutaj poszło nam średnio. A była
to już połowa przeszkód. Na następnej przeszkodzie musieliśmy
uratować człowieka, który zadławił się czymś, kiedy
szedł na pocztę. Zaczęliśmy od manewru Heimlicha, co,
jak nam powiedzieli sędziowie, było błędem. Należało
najpierw zastosować uderzenie między łopatki. Nie kłóciliśmy
się tylko przeszliśmy do algorytmu zadławienia, ponieważ
poszkodowany przewrócił się i zemdlał. Po zaliczeniu
tej przeszkody dotarliśmy pod kościół, w którego pobliżu
leżała kobieta i właśnie miała napad padaczki. Szybko
podbiegliśmy. Zająłem się ochroną głowy, lecz skurcze
szybko ustały. Stwierdziliśmy, że kobieta oddycha i
ułożyliśmy ją w pozycji bezpiecznej oraz przykryliśmy
folią termiczną. Zadzwoniliśmy także po pogotowie. Karolina
zajęła się dzieckiem poszkodowanej. Następny punkt był
bardzo tajemniczy, wiedzieliśmy jedynie, że ktoś leży
pod pomnikiem Armii Poznań. Kiedy tam dotarliśmy, znaleźliśmy
przy leżącym mężczyźnie butelkę z denaturatem. Wszystko
jasne. Sprawdziliśmy oddech. Brak. Udrożniliśmy drogi
oddechowe i w tym momencie poszkodowany wyrzucił z siebie
zawartość żołądka, mało brakowało, a znalazłaby się
ona na nas. Znowu sprawdziliśmy oddech, tym razem wszystko
było w porządku. Ułożyliśmy mężczyznę w pozycji bezpiecznej
i przykryliśmy folią termiczną. Zachowaliśmy także butelkę
jako próbkę dla pogotowia. To była ostatnia przeszkoda,
więc wróciliśmy do szkoły.
Kiedy weszliśmy do środka stanęliśmy przed wyborem:
obiad czy wykład? Wybraliśmy oczywiście wykład. Jako
że byłem starszy od reszty patrolu i znalazłem się w
grupie od 2 klasy liceum udałem się na wykład o psychologii.
Wykład był ciekawy, a wiedza na nim zdobyta bardzo przydatna.
Wykonaliśmy też kilka ćwiczeń praktycznych. Następnie
udaliśmy się na drugi tego dnia wykład o psychologii
tłumu. Ten wykład także był ciekawy, lecz pod koniec
dało znać o sobie zmęczenie i zacząłem przysypiać.
Po krótkiej przerwie ogłoszono, że zaraz odbędzie się
akcja poszukiwawcza w jednym z poznańskich parków. Wzięliśmy
apteczki i stanęliśmy na zbiórce. Na akcję mieliśmy
dojechać tramwajem. Jednak w tramwaju wybuchła bomba
i musieliśmy ratować ludzi z sąsiedniego wagonu. Ja
razem z kilkoma osobami z Mazowsza wyciągnąłem 2 czerwonych
z wagonu, podejrzewany uraz kręgosłupa i liczne obrażenia.
Trzecią osobą, której pomogłem był chłopak w szoku.
Zachowywał się agresywnie i musieliśmy go opatrywać
we trójkę. Niestety muszę stwierdzić, że aby dobrze
ocenić umiejętności ratowników podczas tej akcji potrzeba
było zatrudnić dużo więcej sędziów i mieć dużo mniej
ratowników do oceniania. Pomysł takiej symulacji był
świetny, wykonanie, razem z oceną, niestety nie. Potem
wróciliśmy do bazy.
Wkrótce ogłoszono wyjście na ognisko więc szybko zdjęliśmy
kamizelki i zostaliśmy w mundurach. Na ognisku każdy
okręg HOPR musiał się zaprezentować i wybrać jedną piosenkę.
Po ognisku wróciliśmy do szkoły i obejrzeliśmy film,
w którym pokazany był wypadek i akcja ratunkowa. Następnie
odbyło się podsumowanie gry dziennej (którą, trzeba
przyznać, zawaliliśmy), a podczas rozmowy znalazło się
kilku druhów, którzy mieli problemy ze swoim brakiem
umiejętności i starali się wyżyć poprzez liczne pretensje
i uszczypliwe uwagi. Potem wszyscy poszli spać. Z samego
rana kazano nam się spakować i ubrać. Jak się okazało
jechaliśmy na pokaz ratowniczy z udziałem PSP. Trzy
najlepsze patrole miały także wziąć udział w tej akcji,
a reszta obserwować. Po akcji strażacy pokazali nam
sprzęt ratowniczy, a następnie wróciliśmy do szkoły.
Odbył się też test teoretyczny z wiedzy ratowniczej.
Po jakimś czasie zjedliśmy śniadanie, a następnie udaliśmy
się na służbę: obstawę mszy i procesji (było kilka interwencji,
niektóre poważne, m.in. pomogliśmy panu z pocztu sztandarowego
i siostrze zakonnej). Po procesji wróciliśmy znowu do
szkoły, gdzie odbył się apel kończący manewry. Wygrał
patrol MA-P0005 z 44 WDH "Stanica", a w zawodach
indywidualnych druhna z Małopolski Bernardetta Matus.
Zaczęliśmy pakować się do autokaru. W tym czasie Lech
musiał się wykłócić się z kierowcą, który próbował wyciągnąć
od nas za transport więcej pieniędzy, niż się umówił.
Wszystko szczęśliwe się skończyło i mieliśmy czym wracać
do domu. Do Warszawy dojechaliśmy późno, bo w Krośniewicach
staliśmy bardzo długo w ogromnym korku (roboty drogowe).
Wysiedliśmy pod Salą Kongresową i pożegnaliśmy się w
kręgu. Razem z Kazikiem zapakowaliśmy dwie zgrzewki
wody oraz apteczkę patrolu na deskę ratunkową i ruszyliśmy
do domu.
Mimo, że nie wygraliśmy manewrów myślę, że dużo się
na nich nauczyliśmy. Między innymi tego, żeby się wcześniej
dobrze przygotować.
ćw. Daniel Karkowski
|