Konrad Winiarski
Jublileusz Drużyn Łódzkich: 85lecie XV ŁDH i 10lecie 5 ŁDHek
11-13 listopada 2005 r.
Był to jeden z lepszych i ciekawszych wyjazdów, na
jakich miałem okazję do tej pory być.
Przygoda rozpoczęła się, kiedy grupka ruszająca
na urodziny do Łodzi, licząca sześć osób, odłączyła
się od reszty Szesnastki na Placu Narutowicza.
Byliśmy tuż po centralnych uroczystościach
Dnia Niepodległości, czyli po kilkugodzinnym staniu
(prawie) na baczność na zimnie i wietrze (ale za to
pod samym Grobem Nieznanego Żołnierza). Przez Plac
Narutowicza przemaszerowaliśmy szykiem dwójkowym pięknie
trzymając krok (wyglądało to raczej zabawnie w
wykonaniu tak nielicznej grupy harcerzy), a wychodząc z
placu opracowaliśmy nowy szyk zwany „Rumuńską
Falangą” i tę właśnie formację najczęściej
wykorzystywaliśmy przez następne trzy dni. Odebraliśmy
od Pawcia z domu plecaki, odłożyliśmy lagi i ruszyliśmy
na bombastyczną przygodę. Jednego już mogliśmy być
pewni: taką ekipą na pewno nie będziemy się nudzić,
w końcu była tu cała „elita”: Pawcio,
Leniu, Markos, Dexter, Czopek i oczywiście ja - Winiar.
Tramwajem dojechaliśmy na Dworzec Centralny. Głód
dawał się we znaki, bo od wczesnego rana każdy z nas
nic nie przegryzł. Skoczyliśmy więc do „złotej
eMki”. Objedliśmy się jak nigdy.
Na peronie spędziliśmy, około kwadransa. W tym
czasie usłyszeliśmy trzy z czterech sztandarowych
dowcipów tego wyjazdu, czyli „o Jasiu i polu
minowym”, „Jasiu i piątce” i
„Jasiu i podłodze”. Wreszcie nadjechał
nasz pociąg, szybko wbiliśmy się do środka i zajęliśmy
cały przedział. Pierwsze 15 minut było dosyć drętwe,
ale jak na nas przystało szybko złapaliśmy falę.
Najpierw zawiązaliśmy braterstwo „Granatu”
(zwyczaj zaczerpnięty z Gdyńskiej Czterdziestki -
polega na tym, że każdy podczas wyjazdu mógł raz użyć
słowa „granat” i wtedy każdy musiał rzucić
się na ziemię w pozycji obronnej).
Potem nadszedł czas na kalambury, czyli grę
przewodnią piątku. Gra była bardzo śmiechowa. Następnie
odbył się wspaniały mecz siatkówki w przedziale pociągu.
Rozwinęliśmy karimatę, zrobiliśmy piłkę i graliśmy.
Po meczu karimatę zwinęliśmy przerabiając ją w kosz
i odbyliśmy kolejny mecz tyle, że w basket. Tak zleciała
nam większość drogi. Do Łodzi wjeżdżaliśmy dobre
15 minut, co chwilę zwalniając. Podczas tego procesu w
przedziale rozlegał się tylko tekst: „Lenart
wyjrzyj, co to za stacja” i tak dobre kilkanaście
razy. Aż
wreszcie, kiedy Lenart po raz kolejny absurdalnie
odpowiedział: „Nie wiem, bo wcale nie jest
ciemno”, sam wstałem i okazało się, że mieliśmy
wielkiego farta, bo akurat ze zlotu UNDHR w Łodzi z
roku 2004 zapamiętałem tę małą poczekalnie na
Widzewie. Powiedziałem tylko: „Chłopaki, to
tu” i przedział opanował chaos, wywołany
przepychaniem się między sobą (żeby zdjąć plecak z
półki, nie żeby tylko „chaosować”). Pędem
wydostaliśmy się z przedziału i wyskoczyliśmy na
peron. Przez
chwilę upewnialiśmy się, czy aby wszystko wzięliśmy
z pociągu.
No i wylądowaliśmy w Widzewie. Było już ciemno i
zupełnie „na czuja” poprowadziliśmy z
Dexterem resztę chłopaków na przystanek. Według
wskazówek wsiedliśmy w autobusu „98” i
byliśmy już spokojni, ale coś jednak nie grało.
Oczywiście okazało się, że jedziemy dobrą linią,
ale w złą stronę. Szybko ewakuowaliśmy się i
przerzuciliśmy na drugi brzeg ulicy. Nie ma tego złego,
bo wysiedliśmy pod samym stadionem Widzewa, na którym
trwał jakiś mecz (kto grał dowiedzieliśmy się w
niedzielę, ale o tym później).
Przejechaliśmy dwa przystanki i dosiadły się
do nas dziewczyny z Poznania i stara znajoma Tysia z
„Piątki”. Już bez problemu dojechaliśmy
do bazy na Olechowie i trafiliśmy do szkoły.
Gdy weszliśmy do środka wszędzie krzątały się
harcerki, a gdzie niegdzie dreptał jakiś harcerz.
Przywitano nas bardzo przyjaźnie, wskazano naszą sale,
którą mieliśmy przejąć na czas obchodów. Tymczasem
dowiedzieliśmy się, że będziemy jedynymi gośćmi płci
męskiej (czy jakoś tak). Stanęliśmy więc w naszej
salce i, jak to na samców przystało, zaczęliśmy urządzać
ją po swojemu. Była to nasza malutka enklawa, nasze
prywatne królestwo. Dla każdego przypadały po 3-4
materacy typu „muł”, więc szaleliśmy z
kombinacjami i projektami posłań. Do dyspozycji mieliśmy
także malutkie krzesełka i ławki, tablicę z kredą,
liczydło, maskotki i jeszcze kilka innych dziwnych
rzeczy. Ponieważ
kominek przewidziano na 19:00 i mieliśmy jeszcze 1,5
godziny czasu wolnego, więc zastanawialiśmy się co tu
robić? Jednogłośnie uchwaliliśmy, że zagramy w
kalambury. Przy
okazji nakręciliśmy chiński film akcji (o
dalekowschodnich sztukach walki) i znowu czas minął
szybciutko.
Zaproszono nas wreszcie na salę gimnastyczną na
uroczysty kominek 5 ŁDHek. Wychodzimy na korytarz a tu
nagle namnożyło się gości co niemiara. Dobrze ponad
100 harcerzy i harcerek, a poza tym oczywiście wielu
weteranów. Kominek był swego rodzaju opowieścią o
drużynie od szeregowej harcerki do drużynowej. Kominek
rozpalały wszystkie trzy byłe drużynowe Łódzkiej Piątki.
Po gawędzie każda drużynowa miała przywołać jedną
przygodę z czasów swojej kadencji według niej
najciekawszą. Nie zabrakło też pląsów i piosenek.
Nauczyliśmy się bombastycznego pląsu, który śmiało
może konkurować z „Dżinsem”. Niestety
nazwy nie zapamiętaliśmy, ale za to mamy nagrane nasze
wspaniałe wykonanie. Jeszcze poczęstunek i tak zakończyła
się pierwsza atrakcja jubileuszu w Łodzi.
Goście porozchodzili się do domów. Na bazie została
jedna żeńska drużyna z Warszawy (337 WDHek) i Poznańska
Czwórka, kilku gospodarzy i oczywiście my. Jak dla nas
było zdecydowanie za wcześnie, żeby iść spać. Część
z nas dreptała tu i ówdzie w poszukiwaniu mocnych wrażeń,
a czasem po prostu toalety. W przypływie inwencji nakręciliśmy
drugi „chiński film akcji”. Skromna
kolacyjka trochę nas zapchała, a zapasy picia właśnie
się wyczerpały. „Nie wytrzymamy” –
pomyśleliśmy, więc musieliśmy znaleźć sklep.
Szybka decyzja i wyskoczyliśmy całą ekipą na miasto.
Trochę czasu zajęło nam znalezienie czegoś, co o tej
porze nocy byłby otwarte, ale w końcu dotarliśmy do
„Żabki” (ok. 10 minut przed zamknięciem).
Szczęśliwi jak małe dzieci, które właśnie dostały
lizaka, wróciliśmy do szkoły. Teraz już byliśmy
gotowi, żeby oddać się w objęcia Morfeusza. Przed
snem nastąpił jeszcze jeden ważny moment, mianowicie
Marek opowiedział dowcip o „Jehudinie Menuhinie”.
Jeszcze pół godzinki zastanawialiśmy się nad istotą
czerwonego światełka w rogu sali i w końcu wszyscy
zasnęli. Ale
czy na pewno? Osobą, której ta sztuka się nie udała
byłem oczywiście ja, ale na nieszczęście wraz z
dziewczynami z Poznania i Warszawy. Warszawianki urządziły
sobie koncert gitarowo-tamburynowy a Poznanianki grały
w „Twistera” do 3 w nocy (jak się potem
dowiedziałem). Moje ucho przyzwyczaiło się do tego hałasu
po dość długim czasie.
Ostatecznie nie było tak źle, bo pobudkę ogłoszono
dopiero o 8.00, więc odespaliśmy męczący piątek (a
niektórzy nawet część soboty). Umyliśmy się i w piętnaście
minut po pobudce zasiedliśmy do śniadania. Po własnym
śniadanku każde środowisko mogło sobie wybrać co będzie
robić do południa. W planach mieliśmy wypad do kina
na jakiś film, ale pewna druhna (chyba to była ta o
przezwisku „Dzika”) zaproponowała
zwiedzanie Łodzi lub ściankę wspinaczkową. Chwila
narady i zdecydowaliśmy się zwiedzić miasto. Jak się
później okazało, dziewczyny z Poznania miały
identyczne plany. Zaopatrzyliśmy się w bilety dobowe
za 4,80zł (u nas są po 3,60zł) i ruszyliśmy pod
katedrę łódzką. Tam dołączyła do nas
przewodniczka i zaczęło się. Razem z dziewczynami z
„Czwórki” zwiedziliśmy kościół we własnym
zakresie. Przewodniczka była bardzo sympatyczna,
opowiadała nam o wszystkim, co widzieliśmy po drodze.
Mijając jakąś kamienicę opowiadała niemal całą
jej historię. Jednak nie dawaliśmy za wygraną i
pierwszą rzeczą, jaką wymusiliśmy na przewodniczce
była wizyta w cukierni. Każdy wziął pysznego pączka
za jedyne 90gr. Wydaje mi się, że całe późniejsze
zwiedzanie Łodzi ograniczyło się do ulicy
Piotrkowskiej. Była więc Biała Fabryka, tramwaje (nie
kołysze tak nawet w najlepszym lunaparku!), następnie
ta najładniejsza część Piotrkowskiej z zabytkowymi
kamienicami, pomnikami sławnych ludzi i najciekawszym
pomnikiem Łodzian (tabliczki z nazwiskami wmurowane w
deptak; naprawdę bardzo fajna sprawa). Każdy z nas
odnalazł tu swoich pseudo krewnych. Gdzieś po drodze
mijaliśmy Chaplina przyczepionego do ściany, najdroższą
restaurację w mieście, i masę innych ciekawych
miejsc. Zwiedzanie Piotrkowskiej zakończyliśmy pod
„złotą eMką” około godziny 11:00.
Tu mieliśmy zastanowić się, co chcemy robić
dalej. Zgodnie stwierdziliśmy, że pół godzinki czasu
wolnego nie zaszkodzi. Wiedzieliśmy, co zamówić w
Macu, żeby się najeść. Ktoś od nas zauważył, że
wszyscy (poza Dexterem, który wziął frytki) zamówiliśmy
standardowo boskie cheeseburgery.
Wydawać by się mogło, że problemów ze wstawaniem już
nie będzie, ale wtedy Marek opowiedział Lesławowy
dowcip o spluwaczce i.. no sami wiecie, o pewnych
rzeczach nie mówi się przy posiłku.
Do kina „Cytryna”, gdzie odbywała się
dalsza część jubileuszu, doszliśmy zahaczając o
ratusz, fontannę i Muzeum Archeologiczne. Jednomyślnie
z dziewczynami z Poznania stwierdziliśmy, że Łódź
nie specjalnie jest piękna, lecz swój urok niewątpliwie
posiada. Kino „Cytryna” było mniej więcej
czymś takim jak 1/3 kina „Ochota”, a gdy
zobaczyliśmy tłumy, jakie czekały na wejście,
naprawdę się przestraszyliśmy: ponad 200 osób, co
nas pozytywnie zaskoczyło (również z bratniego ZHP).
Przed wejściem do kina rozstawiono namiot, w którym
wywieszone zostały zdjęcia z obozów (były to głównie
zdjęcia XV, ale głowy nie dam). Po obejrzeniu zdjęć
stanęliśmy sobie z boku i czekaliśmy na coś, a
raczej cokolwiek. Nagle ktoś do nas podszedł i dał
cynk, żebyśmy weszli do środka, bo może nie starczyć
miejsc dla wszystkich. Tak więc weszliśmy do kina,
stanęliśmy sobie w hallu niedaleko drzwi do Sali
projekcyjnej. Jednak czas mijał i mijał, a drzwi się
nie otwierały. Wchodziło coraz więcej osób i
stopniowo z napływem harcerzy i harcerek oddalaliśmy
się od wejścia. Był coraz większy tłok. Próbowaliśmy
zrobić sobie trochę miejsca różnymi znanymi nam
sposobami, między innymi posługiwaliśmy się wiedzą
co do „psychologii tłumu”, symulowaliśmy
omdlenia, ktoś rozpowiadał ploty, że jest pożar itp.
Jednak nic nie działało. Nagle w naszych głowach
pojawiła się pewna myśl –
granat. Zauważyłem na twarzy Lenarta diabelski
uśmieszek. I stało się. „GRANAT!!!” (Po głowie
rozeszła się szybko myśl, że obietnica to obietnica,
w końcu „na słowie harcerza polegaj jak na
Zawiszy”). Po
chwili wszyscy byliśmy na ziemi. Leżeliśmy zasłaniając
głowy rękoma. Publiczność ze zdziwieniem i lekkim
przerażeniem odsunęła się od nas. Powoli podnieśliśmy
głowy, pozostali patrzyli trochę krzywo. Ale przecież
była to tylko zabawa. Jak się po chwili okazało
„Granat” pomógł jednak na chwilę. Stojąc
w reaktywowanym tłoku poznaliśmy dwie bardzo śmiechowe
druhny z Łodzi. Gdy udało nam się wreszcie wejść na
salę, zdaliśmy sobie sprawę, że jest ona
zdecydowanie mniejsza, niż zakładaliśmy. Ustąpiliśmy
więc nasze miejsca dziewczynom z ZHP i usiedliśmy po
drugiej stronie sali. Ktoś doniósł krzesła i w
ostateczności mieliśmy nawet na czym siedzieć. Obok
usiadły wcześniej poznane Asia i Kasia i było naprawdę
śmiesznie. Obejrzeliśmy „Czarne Stopy” -
naprawdę film na czasie.
Jak patrzyliśmy na niektórych harcerzy grających
w filmie, to tak jakbyśmy patrzyli na naszych ludzi z
Szesnastki.
Po seansie zawiązaliśmy wspólny krąg, a następnie
kolumną dwójkową pomaszerowaliśmy na obiadek do kina
„Przedwiośnie”, a zarazem na dalszą część
atrakcji dnia dzisiejszego. Do kina weszliśmy, gdy właśnie
przystosowywało się do roli stołówki dla sporej
liczby osób. Oczywiście pomogliśmy w ustawianiu stołów.
Obiadek, jak obiadek, wyśmienity: kotlet schabowy
(mniam!). A następnie pół godzinki ciszy poobiedniej.
Każde środowisko spożytkowało ją na swój sposób.
My standardowo już poszliśmy szukać sklepu, na szczęście
był blisko. Potem zaczęliśmy robić sobie zdjęcia i
kręcić różne filmiki. Poznanianki poszły na
wycieczkę do parku (nawet dostaliśmy wielkiego pięknego
żółtego liścia z ich wyprawy), Łodzianie
przygotowywali dalszą część dnia. A my po prostu chcąc
ułożyć wszystko w naszych żołądkach leżeliśmy na
kanapie.
Potem nadszedł czas na tajemniczo brzmiące „interaktywne gry dla wielu pokoleń”.
Była to typowo integracyjna zabawa, zespoły musiały
liczyć po cztery dziewczyny i czterech chłopców. Gry
były bardzo niekonwencjonalne. Jedna z nich najbardziej
utkwiła nam w pamięci, a nazwaliśmy ją „Śmierdzące
stopy”. Polegała na ułożeniu jak największej wierzy z butów osób,
które były w zespole. Po grach integracyjnych w
planach była multimedialna prezentacja drużyn, ale z
przyczyn technicznych bardzo się przeciągała.
Przygotowania trwały jakieś 1,5 godziny i tym razem każdy
wykorzystał ten czas dla siebie. Część z nas udzieliła
kilku rad jednej z nowych drużyn puszczańskich, inni
też udzieli, ale wywiadu na temat naszego 95-lecia, drużyny
itp. Jeszcze zaś inni wykorzystali ten czas na rozmowy
towarzyskie. Wreszcie organizatorzy zaprosili nas na
jubileuszowy kominek XV ŁDH. Schemat był podobny, jak
poprzedniego dnia. Każdy ze współczesnych drużynowych
opowiadał o Piętnastce jego czasów. Ich słowo
popierane były zdjęciami wyświetlanymi na kinowym
ekranie. Kominek miał naprawdę wspaniały klimat, a
jednym z najciekawszych momentów było wystąpienie
pewnego weterana Piętanstki, który przedstawił swoje
zdobywanie „Trzech piór”. Miałem wówczas
takie spostrzeżenie, że na każdej imprezie tego typu,
na jakiej byłem, właśnie ta sprawność jest najczęściej
przywoływaną.
Po kominku
mieliśmy kilkanaście minut przerwy i znów wróciliśmy
na salę, tym razem na od dawna wyczekiwany pokaz
multimedialny o drużynach z Łodzi. Na początek
zaprezentowała się Piętnastka. Pod zakończeniu
pierwszej prezentacji dotarli do nas Moryc i Daniel
(wprost ze zlotu gromad zuchowych; było nas więc już
ośmiu) i zrobiło się naprawdę śmiesznie. Na szczęście
zdążyli jeszcze na prezentację Piątki. Było się, z
czego śmiać, bo pokazy właśnie tak przedstawiały Łódź,
na śmiechowo.
Po pokazach
przyszedł czas na kolacyjkę. Wszyscy tworzyli już własne
kółka rozmów, a do nas dołączył jeszcze Kazik, który
przyjechał stopem (czyli było nas dziewięciu!). Tak
czas mijał i mijał. W planie był jeszcze pokaz filmów
autorstwa samych jubilatów. Atmosfera wspaniałej
imprezy, coś nie do opisania. Na sali filmy, w hallu
barek. Genialnie zorganizowane przyjęcie urodzinowe.
Najmłodsi harcerze i harcerki z Łodzi zaczęli
wychodzić już wcześniej, około 21:00, natomiast
godzinę później ewakuowała się część z nas - do
bazy zlotu, czyli do szkoły na Olechowie. Tutaj wielkie
podziękowanie należą się Mai Broniewskiej za
podwiezienie nas do podstawówki. Tak więc Lenart,
Marek, Czop i ja wróciliśmy wcześniej. Było już po
północy, gdy wreszcie wszyscy leżeliśmy w śpiworach.
Trochę czasu to nam zajęło, ponieważ przez około 20
minut gadaliśmy i głupio pytaliśmy się nawzajem
„Lenart, śpisz?”, on odpowiadał
„Nie, a ty?”, a któryś z nas znowu
„Też nie. Czop a ty śpisz?” itd. Dręczyło
nas jeszcze to, że kiedy dojedzie druga grupa (Moryc,
Daniel, Paweł, Dexter i Kazik) to nas obudzą. Po
jakichś 15 minutach rozległo się pukanie do drzwi i
zamiast chłopaków weszła drużynowa 18 ŁDHek.
Powiedziała, że trzeba wynieść sztalugi z żuka. zabraliśmy się do dzieła, ale chyba o czymś zapomnieliśmy
i nieco nieelegancko wykonaliśmy tę czynność w
samych „light boxach”. Po prostu nie chciało
nam się ubierać. To był harc-core bo na dworzu ziąb
nie do opisania. Po powrocie zauważyliśmy, że jeden z
nas zniknął ze śpiworka, ale zaraz na ratunek wyruszyła
grupa „pingwinów z Madagaskaru”, która
przeczesała cały teren, zbadała szkołę, zajrzała w
każdy kąt i każdą dziurę oraz przeprowadziła
rozpoznanie prawie w każdej toalecie. Na szczęście
pingwiny szybko odnalazły swojego brata, bo
„Pingwiny się nie opuszczają”. Nigdy nie zapomnę widoku Marka, Lenia i Czopka, którzy
skakali po szkole w śpiworach, otuleni po sam czubek głowy.
Tak gdzieś do
3:00 baza doczekała się wszystkich swoich lokatorów.
Pobudka nie została ustalona na konkretną godzinę.
Dlatego kiedy czuliśmy się już wyspani wstaliśmy i
zjedliśmy śniadanko. Niestety Kazik musiał się wcześniej
urwać. Krótkie przygotowanie (już bez Kazika) i
ruszyliśmy na Mszę Świętą na 10:30 doi pobliskiego
kościoła. Ustawiliśmy się w standardowy szpaler, ale
tylko on był standardowy. Reszta wyjątkowo odświętna
– jak przystało na tak zacny jubileusz. Po Mszy
odbył się apel. Był
wyjątkowy, bo właśnie na nim Łódzka Piątka dorobiła
się następnej drużynowej. Obie drużynowe otrzymały
od nas śliczne (mamy nadzieje) żółte bukiety róż.
Tak zakończyły się obchody jubileuszu.
Pomogliśmy
jeszcze dziewczynom w porządkach, sprzątnęliśmy naszą
enklawę i odstawiliśmy muły na kupę (jakkolwiek
dwuznacznie to brzmi). Pociąg mieliśmy o 14:30.
Kolejne podziękowania należą się „Grelowi”
za niezapomnianą przejażdżkę żółto-niebieskim żukiem
na dworzec Łódź-Widzew. Nie wiem jak taki pojazd
jeszcze jeździ po drogach, ale było miło. Na peronie
mieliśmy jeszcze małą przygodę z kibicami ŁKSu w
niebieskich szalikach, którzy wysypali się z jakiegoś
busika przed stacją. Po ich śpiewach zorientowanie się,
że nie lubią Warszawy i RKSu nie stanowiło problemu.
Gdy nas zauważyli od razu kilku śmielszych, w miarę
trzeźwych i bardziej napakowanych, dotoczyło się do
nas. Standardowo na początek zapytali się skąd jesteśmy.
Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że w obecnej
sytuacji wypowiedzenie nazwy stolicy naszego kraju byłoby
co najmniej samobójstwem, więc Marek odpowiedział, że
jesteśmy z Leszna (to niewinne kłamstwo, ale myć może
uratowało nam skórę). Widać było, że się męczą,
próbując sobie wyobrazić, gdzie to jest. Zniechęceni
po chwili odeszli trochę na bok. Gdy tak staliśmy i słuchaliśmy
ich „pieśni” ligowych, zauważyliśmy w
oddali światła naszego pociągu. Zdecydowanie widok
ten był dla nas niemalże wybawieniem. Nagle z głośników
na peronie wydobywał się wdzięczny, kobiecy głosik
„Pociąg z Łodzi-Fabryczna przez Skierniewice do
WARSZAWY przyjedzie na tor pierwszy.” Zamurowało
nas. „No to ładnie nas pani urządziła”
– pomyśleliśmy. Z lekką konsternacją spojrzeliśmy
po sobie. Szybko przemieściliśmy się na drugi koniec
peronu. Pociąg już podjechał i szybko wbiliśmy się
do środka. Niestety, wewnątrz było bardzo tłoczno,
więc podróż nie należała do przyjemnych. Jedyną
wolną miejscówkę znaleźliśmy przy wyjściach, obok
drzwi do toalet. Z powrotu zapamiętałem pewnego małego
dzieciaka, który co chwilę latał do kibla oraz to, że
bombonierka była bardzo smaczna.
Do Warszawy dotarliśmy około godziny 17:00.
A potem do Leszna.
Nie, to był tylko wykręt.
Konrad Winiarski
|