Michał Kalenik
Kurs Drużynowych Harcerskich "Agricola 2005"
Zaczęło się. Po obozie przyszedł czas na Agricolę.
Jechałem tam z duszą na ramieniu, znalem już legendy o nocnych
z nogami w jeziorze, żeby nie zasnąć, o sikaniu w trakcie
i inne zamordystyczne bajki służące do straszenia młodych harcerzy
Jednak nie było tak źle. Po przyjeździe czekała nas pionierka.
stawiać urządzenia namiotowe, gdy padła komenda "po jednym z zastępu
kuchni". No cóż, ktoś musiał. Poszedłem do tej kuchni i przesiedziałem tam
wieczora. Później do obiadu. Jak skończyłem służbę w kuchni pionierka
już stała, pozostała tylko pionierka obozu. Wraz z zastępem
("Orły"), w którym oprócz mnie z Szesnastki był jeszcze Paweł Huras
i Jakub Kurek, dostaliśmy za zadanie poprawić kuchnię. Postawiliśmy tam kilka
stojaków na miski, naprawiliśmy chrustownik i wykonaliśmy inne drobne
prace. Tego samego popołudnia dopieszczaliśmy obóz. Ja montowałem totem.
Zrobiłem go z Marcinem z Czwórki ze starego korzenia. Do końca obozu nasz namiot
był ozdobiony przez totem orła.
Wkrótce zaczęły się regularne zajęcia. Najpierw był zwiad w Płocku.
Standard zwiadu, a wracając złapaliśmy stopa, który dowiózł nas do samego obozu.
Tylko mieliśmy go poprowadzić. Oczywiście wszystkie skrzyżowania w lesie są takie same,
no nie trzeba nawet szczególnie podkreślać, że się zgubiliśmy (pozdrowienia dla Kafiego).
Po kilku dniach w gorące popołudnie wyszedł Psina, nasz komendant (a każdy
z trzech tygodni miał innego komendanta) na plac apelowy i zarządził
zbiórkę wszystkich za pięć minut spakowanych na chatki. Ja
się do plecaka (bo w nim nic nie miałem), ale Kurek i Marcin nie
tego komfortu. Żeby zdążyć zapakowali się do śpiworów. Zanim ruszyliśmy
z magazynu kilo mąki na zastęp i szczyptę soli. Na wychodne powiedziano nam,
możemy zdobyć więcej jedzenia podchodząc obóz nasz i dziewczyn. I tak się stało: w
zamiast spać postanowiliśmy podchodzić obozy. Niestety, nasz obóz szybko się zwinął
a dziewczyny za bardzo się przejęły swoją rolą i pilnowały tylko toreb z jedzeniem
Kuba Kurek wszedł do namiotu dziewczyn i zrobił prowokacyjny hałas, ale nikt nie przyszedł
Przed namiotem stała wartowniczka była około 1,5 metra od namiotu. Narobił jeszcze
i nic. W końcu wziął dwie menażki i walnął nimi o siebie. Ale znów nikt nie przyszedł
Wziął więc kilka części mundurowych jako trofea i wrócił.
Po nieudanych łowach wróciliśmy do chatki na kilka godzin snu.
W tym czasie nasza komenda pod wodzą Orła (jeden z trzech komendantów)
przeżywała mordęgi wynikające z naszych czynów. Jakaś grupa podharcerzyła
PHMom mechanicznego oboźnego. W odwecie wyżej wymienieni przyszli pod naszą
komendę w środku nocy i powiedzieli, że będą śpiewać dopóki nie zostanie im
zwrócony oboźny. Jak powiedzieli tak zrobili... Później przyszła komenda dziewczyn
z zażaleniem na zniknięcie części mundurów. Dziewczyny wypowiedziały nam wojnę, więc po
południu poszliśmy przeprosić je i odtąd był już miedzy nami pokój. Ale to nie koniec.
Po kilku minutach od powrotu Orzeł wyszedł na plac apelowy i odgwizdał zbiórkę w strojach
pokutnych za 5 minut. Na zbiórce stawili się wszyscy, co do nogi. Jeden zastęp w
całości miał powiązane kończyny, inny się biczował. Ale wszystkich rzucił na kolana
Kurek w worku na dychę (czyli włosiennicy wykonanej domowym sposobem z opakowania na
namiot dziesięcioosobowy).
Potem czas leciał standardowo: zajęcia, warty, służby itd. Przyjechał Szwejk,
żeby jako trzeci objąć nad nami komendę w ostatnim tygodniu. Pierwsza noc
kadencji była ciężka: bieg na wywiadowcę. Noc w lesie i cały dzień na nogach.
Wieczorem dopiero mogliśmy odpocząć. Ale było całkiem fajnie.
Jeszcze kilka dni i nastał koniec Agricoli. Miesiąc kursu mieliśmy za sobą.
Poznałem mnóstwo ludzi z Chorągwi Mazowieckiej i mam nadzieje, że niedługo wszyscy będą instruktorami.
autor: Michał Kalenik
współpraca: Jakub Kurek
|