Relacja Zbiorowa
Relacja z LIV zimowiska 16 WDH w
Wojcieszowie
13-21 stycznia 2006 r.
Dzień I i II (13-14.01)
W piątek, który
okazał się jednocześnie... 13-tym dniem stycznia,
wyruszyliśmy na kolejne zimowisko Szesnastki.
Zaczęło się od zbiórki wyjazdowej co nie byłoby
nawet takie istotne, gdyby nie fakt, że po raz pierwszy
od kilku lat (bodajże czterech) jechać mieliśmy pociągiem,
a nie autokarem. Pociąg
okazał się tańszy.
O godzinie 20:00 niemal wszyscy harcerze byli już
na hali głównej Dworca Wschodniego. Ścisk, tłok, amok – oto pierwsze wrażenia z wyjazdu.
Jak zwykle doszło to tego zdenerwowanie kilkoma
spóźnieniami. W
końcu ruszyliśmy na peron.
Pociąg planowo miał odjechać o 21:08.
Wpakowanie się do zarezerwowanych przedziałów
okazało się dość skomplikowane, ponieważ zostały
one zajęte przez dzikich pasażerów, którzy na nasze
grzeczne prośby reagowali wzruszeniem ramion.
Nie pozostawało więc nic innego, jak poprosić
o interwencję kierowniczkę pociągu i panów z SOKu.
W końcu groźba, że pociąg nie pojedzie, dopóki
harcerze nie usiądą w swoich przedziałach –
poskutkowała. Wyruszaliśmy
więc w całonocną i wyczerpującą podróż do
Jeleniej Góry. Mało
osób spało, wcale nie ze względu na mała liczbę
miejsc (których było ile trzeba), ale z powodu ogólnego
podekscytowania wyjazdem i zbliżającymi się
atrakcjami.
Nazajutrz o 7:40
dotarliśmy do Jeleniej Góry, gdzie czekał na nas
autokar. Zawiózł
nas on do samego Wojcieszowa.
Wysiedliśmy przed pensjonatem o wdzięcznej
nazwie „Albertus”.
Małymi literkami dopisane było jeszcze
„Dom pogodnej jesieni”.
Po zakwaterowaniu i
rozpakowaniu (oraz zdemolowaniu jednego łóżka –
przez przypadek, oczywiście), poszliśmy na śniadanie.
Potem oboźny (którym był Kuba Kurek) odgwizdał wyjście
na pierwszą na tym zimowisku grę.
Miała rozpocząć się za kwadrans. Przygotowaliśmy
się do zabawy i czym prędzej pognaliśmy ku dawnemu ośrodkowi
rekreacyjnemu znajdującego się nieopodal naszego
„pensjonatu”, a dokładnie –
naprzeciwko, po drugiej stronie nieuczęszczanej szosy.
Gra polegała na tym, że trzeba było złapać
jak najwięcej zastępowych z innych zastępów.
Eliminacja odbywała się za pomocą ściągnięcia
czapki. Po zaciętym i długim boju wygrał (i to po
dogrywce z „Krukami”) zastęp „Żbiki”
(oczywisty faworyt), który wyeliminował aż czterech
wodzów. Potem odbyło się jeszcze kilka gier
rozgrzewających, np. „Trzy patyki”. Podczas
zabawy zdarzył się niegroźny wypadek - Erazma
zaatakował krwotok z nosa, na szczęcie szybka reakcja
HOPR-owców uratowała sytuację.
Mokrzy i zmęczeni wróciliśmy
do ośrodka. Jeszcze przed obiadem wszyscy zebraliśmy
się w „sali serduszkowej” (pozostałości
po dawnym obiekcie, który znajdował się w tym
miejscu) ma krótkim kursie samarytanki połączonym z
biegiem po kwaterze. Potem nastał upragniony obiad.
W tym miejscu trzeba
przyznać, że kuchnia na zimowisku przerosła nasze
oczekiwania, a z pewnością odbiegała jakością od
kuchni, jakiej zaznaliśmy na obozie. Ośrodek „Adalberus” prowadzili księża –
zakonnicy, a dowodził ks. Tadeusz Kwietniewski.
Był wymagającym, ale solidnym gospodarzem, gonił
więc pracowników ośrodka do pracy, w związku z czym
posiłki były bardzo obfite i zawsze na czas.
Po obiedzie i ciszy
odbyło się uwieńczenie zajęć przedpołudniowych z
samarytanki, czyli samarytańska gra z przeszkodami.
Fabuła polegała na tym, że jakiś nieznany potwór
(pewnie ktoś z komendy hufca) atakował przypadkowych
ludzi w lesie. Trzeba było dotrzeć do nich po śladach krwi i udzielić
pomocy. Kadra starała się, by gra była jak
najbardziej realistyczna i to im się udało. Na grze były
takie niegroźne przypadki jak omdlenie, krwotok z nosa
i skaleczenie ostrym przedmiotem. Kulminacyjny moment
gry nastąpił, gdy wszyscy harcerze wdrapali się na
szczyt góry, na której odbywała się gra.
Grasowało tam owo straszne monstrum, a my mieliśmy
je złapać i położyć na łopatki, tym samym pokonując
potwora. Cała „zgraja” średniowiecznego
ludu z pochodniami w rękach zaczęła biec za stworem,
złapano go wreszcie i obezwładniono ucinając głowę.
Wracając jak najszybciej zbiegliśmy z góry, przy czym
niektórzy nabawili się niegroźnych kontuzji.
Wszyscy głodni
zasiedliśmy przy stole na kolacji. Po posiłku nastąpiła
zbiórka na kominek, który trwał bardzo krótko. O
21:00 przeszliśmy do kaplicy, gdzie odbyła się Msza
Święta niedzielna. Po zaczerpnięciu duchowej pociechy
umyliśmy się i poszliśmy spać.
Dzień III (15.01)
Dzień
kolejny (niedziela) rozpoczął się pobudką, gimnastyką,
apelem i śniadaniem.
Oczywiście wszystko po kolei i w swoim czasie. Przed południem odbyły się zwiady terenowe. Dostaliśmy
wytyczne co warto zobaczyć i zwiedzić w okolicy. I tak
oto łażąc po bezdrożach, zaśnieżonych łąkach,
zasypanych szlakach i niezbyt wysokich szczytach, a także
po chodniku w Wojcieszowie, obejrzeliśmy starą sztolnię
uranu o długości około 400 metrów, pełną
nietoperzy i innych tajemnic. Niektóre zastępy podobno po wejściu od razu uciekały.
Potem zwiedziliśmy pozostałości szubienicy w
miejscu, w którym kaci z Wojcieszowa dokonywali
egzekucji swoich ofiar.
Podobno ta szubienica była częścią szkoły
katów mieszczącej się w Wojcieszowie kilkaset lat
wcześniej.. Napatrzyliśmy
się też na wspaniałe widoki Gór Kaczawskich i wróciliśmy
na kwaterę.
Zasłużyliśmy z pewnością na pyszny obiad i taki właśnie dostaliśmy.
A potem była cisza poobiednia, pod której z
kolei odbyły się zajęcia w kwaterze ponieważ wszyscy
byli bardzo przemoczeni po porannych zwiadach. Skupiliśmy
się na majsterce, ozdobiliśmy salę kominkową,
przygotowaliśmy kartki na drzwi prezentujące zastępy,
a na tablicy ogłoszeń pojawiła się gazetka katowska,
horoskop oraz drobne ogłoszenia. Później odbyliśmy
śpiewanki, a po kolacji kominek i bardzo zmęczeni
poszliśmy spać.
Dzień IV (16.01)
W
poniedziałkowy ranek zastosowano niezmienny schemat
porannego rytuału (gimnastyka, śniadanie, apel), a później
udaliśmy się na wycieczkę pod hasłem:
„Zdobywanie okolicznych zamków”. Nasz podbój
zaczęliśmy od Bolkowa, zamku leżącego w centrum
miasteczka, kilkanaście kilometrów od Wojcieszowa. Dostaliśmy się tam autokarem, który zaparkował u
wjazdu do miasteczka.
Przeszliśmy przez rynek i stanęliśmy u podnóża
zamkowej góry. Po
krótkiej wspinaczce znaleźliśmy się na dziedzińcu
zamku. Tam
Lesław wygłosił „kilka” słów na temat
historii i zastosowania zamku. Następnie każdy zastęp
rozszedł się w szwach zwiedzając na własną rękę
ruiny. Niestety wieża widokowa ze względu na silny
wiatr została zamknięta, dlatego nie mogliśmy się
rozkoszować na pewno piękną panoramą.
Po zejściu do miasteczka spotkaliśmy dwóch
harcerzy z zastępu starszego „K-2”, którzy
dopiero dziś do nas dołączyli i zwiększoną ekipą
pomaszerowaliśmy do autokaru.
Następnym
punktem programu był przejazd do Bolczowa. Autokar
wysadził nas spory kawałek od zamku, w miejscowości
Janowice Wielkie. Musieliśmy
dojść do zamkowej góry i to w dodatku w trzaskającym
mrozie. Podzieliśmy
się na dwie ekipy, jedna miała bronić zamku, druga go
zaatakować. Szturm na zamek trwał kilkanaście minut i
zakończył się powodzeniem.
Następnie nastąpiło odwrócenie ról, lecz
sztuka zdobycia zamku drugiej ekipie nie powiodła się.
Później nastąpiła chwila na odpoczynek, zwiedzenie
ruin zamku Bolczów oraz drogę powrotna, która
obfitowała w liczne zasadzki, tarzanie się w śniegu,
zbieganie i tym podobne atrakcje miejskich dzieci
wpuszczonych zima do lasu
Po powrocie czekał na nas jak zwykle pyszny obiad. Tego dnia znowu byliśmy
strasznie przemoczeni i zmęczeni i dlatego nie odbyły
się planowe zajęcia popołudniowe. Zorganizowaliśmy
natomiast śpiewanki, naukę musztry i kominek, po którym
nastąpiła gra nocna (coś w rodzaju dwóch proporców,
ale ciemno było i nic nie pamiętam).
Dzień V (17.01)
Brutalna
pobudka wyciągnęła nas z łóżek, w których
odsypaliśmy nocną bieganinę po lesie.
Potem czekała nas jeszcze wyczerpująca
gimnastyka, a w krótką chwilę po niej staliśmy już
w mundurach na apelu.
Potem udaliśmy się śniadanie oczywiście w
towarzystwie ojca-dyrektora, który dbał o to, żeby żadnemu
z nas nie zabrakło jadła i napoju. Po śniadaniu, które
dało nam siłę na cały dzień udaliśmy się na
wycieczkę. Jej
trasa wiodła na pobliską Starą Górę.
Po
drodze kadra przygotowała przeszkody z zakresu
terenoznawstwa. Były dosyć trudne zwłaszcza dla
Kajaka, który miał jak na wywiadowcę dziwne problemy
z busolą, ale ogólnie zastępy poradziły sobie całkiem
nieźle. Na ostatnim podejściu musieliśmy się
przedzierać przez śnieg, ponieważ szlaki były
zasypane. Po
drodze minęliśmy wioskę Radzimowice, o której Lesław
opowiadał dnia poprzedniego niestworzone cuda.
Mówił, że jest wspaniała, jednak my odnieśliśmy
wrażenie jakby wioska była wymarła. Potem przez
rezerwat „Miłek” wróciliśmy niebieskim
szlakiem, lecz w pewnym momencie ucięliśmy sobie drogę
idąc bardzo wietrzną łąką. Następnie doszliśmy do
Wojcieszowa, gdzie tradycyjnie zaopatrzyliśmy się w
sklepie w najpotrzebniejsze rzeczy i wróciliśmy do ośrodka
na obiad.
Po
ciszy poobiedniej zastępy rozeszły się do wykonania
rożnych zadań. Niektórym przypadło ozdobienie sali
kominkowej. Po wykonaniu zadań zaczęliśmy się
przygotowywać do wycieczki do Pragi. Potem oboźny dał
sygnał do kolacji. Na krótkim kominku jeszcze tylko
trochę pośpiewaliśmy i poszliśmy spać.
Jutro mieliśmy wstać bardzo wcześnie i wyruszyć
do stolicy Czech.
Dzień VI (18.01)
Tym
razem pobudka wypadła bardzo wcześnie, chyba jeszcze
w nocy. No tak, okazałao się, że aby lepiej znieść
podróż do Pragi zafundowano nam jeszcze grę nocną.
Po jej zaliczeniu wróciliśmy do ośrodka,
gdzie po kilku godzinach znowu zostaliśmy brutalnie
obudzeni. Tym
razem było rano, godzina 6:00. Zjedliśmy szybko śniadanie,
w mgnieniu okaz spakowaliśmy się i wyjechaliśmy do
Pragi podstawionym pod ośrodek autokarem. Dosiadła
się do nas pani przewodniczka, która z początku próbowała
nas rozruszać cytując co śmieszniejsze czeskie
powiedzonka (np. „poruha na rypadle”
oznacza awarię koparki).
Jechaliśmy bardzo długo, ale opłacało się.
W Pradze było uroczo, choć pogoda nam nie sprzyjała.
Budowle o niesamowitych kształtach i historii
znajdowały się na każdym kroku, a pani
przewodniczka robiła wszystko, aby wbić nam do głów
jak najwięcej ważnych szczegółów. Nie pamiętam
już nazw tych wszystkich pałaców, kamienic, mostów,
kościołów i pomników, ale wiem, że było tam pięknie.
Po zwiedzaniu mieliśmy godzinę czasu dla siebie, po
czym wróciliśmy do Polski.
W naszym gościnnym ośrodku czekała na nas
przepyszna kolacja (ruskie pierogi) i wygodne, ciepłe
i suche łóżka.
Dzień VII (19.01)
Pobudka
odbyła sie o 7:00, lecz ku naszemu zaskoczeniu kadra
wyskoczyła na korytarz w dziwnych strojach sportowych,
w dodatku w krótkich spodenkach i co gorsza kazali ubrać
się nam tak samo.
Już mieliśmy przerażenie w oczach, że będziemy
musieli wyjść na dwór w ten sposób ubrani, lecz na
szczęście udaliśmy się do sali kominkowej na zajęcia
„Fitness Clubu”. Było fajnie, wszyscy się
gimnastykowali w rytm muzyki.
Po
zajęciach z fitnessu odbyła się apel i śniadanie, a
następnie zbiórka na dworze, gdzie mieliśmy szybki
kurs nadawania chorągiewkami. Potem Maurycy nadał nam
z góry Miłek, że mamy do niego podejść (to podejście,
jak określił Kajak, było istną Golgotą). Pochodziliśmy
trochę po górze, zagraliśmy kilka partyjek „Dwóch
proporców” i ruszyliśmy dalej.
Gra trwała nadal – teraz odbywało się
przewidziane przez Pawcia „zgubienie się w
lesie”, ale w końcu udało nam się wrócić do
kwatery na obiad.
Po obiedzie odbyła się tzw. „Formuła I”, czyli bieg
szkoleniowy na młodzika. Z kolei po
„formule” przyszedł czas na kolację. Zaraz
po kolacji były śpiewanki, śpiewaliśmy, śpiewaliśmy
no i śpiewaliśmy. Potem zaczęliśmy ziewać.
Zanim zasnęliśmy zwołano nas jeszcze na
tradycyjny kominek, na którym znów śpiewaliśmy.
Dzień upłynął więc śpiewająco.
Nocą zaś miała miejsca... nocna gra.
I wreszcie można było naprawdę pójść spać.
Dzień VIII (20.01)
Piątek,
20 stycznia 2006, był dniem kolejnej wyprawy
autokarowej. Ale
za nim to nastąpiło każdy zajął się układaniem
ubrań porozrzucanych po nocnej grze, zmywaniem podłóg
i myciem okien naturalnie. Punktualnie o 8:00 odbył się
apel, a tuż po nim szczegółowe sprawdzanie porządków
przez kadrę zimowiska. Kilkanaście minut potem usłyszeliśmy
donośny dźwięk kościelnego dzwonka, co oznaczało,
że śniadanie czeka już na stołach. Po posiłku mieliśmy
niecałe 20 minut na przygotowanie się do wyjazdu do słynnego
zamku w Książu. Nie spodziewaliśmy się jednak, że
po drodze odbierzemy pięciu nowych wywiadowców.
Musieliśmy do niech pojechać aż do Sokołowska,
gdzie swoje zimowisko prowadziła 22WDH.
Dzień wcześniej Krzysiek, Konrad, Marcin,
Wojtek i Michał wyruszyli w trasę zimowego biegu na
wywiadowcę, a trakcie którego mieli wykonać kilka
zadań wywiadowczych w Wałbrzychu i dostać się na
zimowisko Szczepu 22 WDH.
Kiedy odebraliśmy ich z kwatery, każdy z nich
zdawał relację ze swojej wędrówki, noclegu i
odwiedzonych miejsc.
Z
niewielką prędkością autokar jechał ku zamkowi, położonemu
w malowniczym miejscu na litej skale nieopodal Wałbrzycha.
Przed tzw. „Cieniówką” Lesław opowiedział
nam trochę o rezydencji, a po wyjściu z autokaru w
szyku dwójkowym weszliśmy do zamku. Elektroniczny
przewodnik oprowadził nas po kolejnych pomieszczeniach,
a przed najlepiej zachowaną salą zwaną „maksymiliańską”
zrobiliśmy zbiorowe zdjęcie. „Rzuciliśmy”
także okiem na najstarszą cześć zamku, którą
pokazał nam Lesław, a następnie zobaczyliśmy
przykryty śniegiem ogród. Przed wyruszeniem w dalszą
drogę do ośrodka w Wojcieszowie wybuchła bitwa na śnieżki,
a Erazm, pomimo ciągłych uników, dostał jedną
prosto w nos i po raz kolejny mogliśmy sprawdzić
wyszkolenie chłopaków z HOPR.
W
domu pogodnej jesieni czekał na nas ksiądz z ciepłym
obiadem. Po posiłku był czas na przygotowanie się do
Kinderballu - aż do samego wieczoru. Niektórzy naprawdę
ciężko pracowali zamykając się w swych pokojach, a
niektórzy biegali po korytarzach przeszkadzając i świetnie
się przy tym bawiąc. Po kolacji zostało już tylko pół
godziny. Próby generalne, przygotowanie kostiumów i
„gadżetów” i ruszamy! Wszelkie zapowiedzi
i zabawy powadzili Michał Lenart i Marcin Kajak. Jury
składało się z obu Gutków i dużego Kajaka. Przybył
także Burak, nasz drużynowy.
Kolejno wystąpił każdy zastęp, pokazująxc
scenki, skecze i prezentując piosenki.
Ważne były także stroje. Nie zabrakło masy
nagród i poczęstunku od Artusia.
Można było także zakręcić kołem tortury.
Pierwsze miejsce zajął zastęp „Jastrzębie”
ze swoją scenką o zdecydowanych katach i piosenką
„Ballada o kacie”.
Podczas
sprzątania sali kominkowej można było się dołączyć
do wspólnego śpiewania ze „stara gwardią”,
bo ona jest najlepsza. Około godziny 23:00 Kuba Kurek
zagwizdał bezwzględną ciszę nocną. Jeszcze tej nocy
odbyło się krótka gra nocna oraz przyjęcie do ZZ-tu
nowych członków tego elitarnego grona.
Dzień IX (21.01)
Ostatni
dzień zimowiska rozpoczął się piosenką „Lewe
Lewe Loff” oraz „Pójdę do nieba piechotą”
zagraną przez Pawcia, a nie jak zwykle wkurzającym
gwizdkiem Kuby Kurka. Trzeba także przyznać komendzie
duży punkt za zrobienie pobudki godzinę później i
niezorganizowanie porannej rozgrzewki.
Śniadanie
tak jak zawsze odbyło się o 8:30, a zaraz po nim mieliśmy
czas do 10:00 na spakowanie się. Potem zostaliśmy
„wyrzuceni” z ośrodka na tak zwane pożegnanie
z terenem, z którego mieliśmy wrócić po trzech
godzinach. Zastępy poszły w różne kierunki, jedni
ostatni raz do Wojcieszowa, inni porzucać się śnieżkami,
jeszcze inni pobudować figury ze śniegu, a niektórzy
pomaszerowali po raz ostatni po okolicznych górach. O
godzinie 14:00 odbyła się pożegnalna Msza Św. z dość
nietypową oprawą muzyczną, puszczaną z magnetofonu,
po której udaliśmy się na ostatni obiad.
Potem odbył się apel, końcowe sprzątanie i wreszcie wsiedliśmy do
autokaru, którym pojechaliśmy do Jeleniej Góry. Tam mieliśmy kilka godzin czasu wolnego, ale miasto nie
podobało się większości z nas.
Zaczynała się odwilż, a my odczuwaliśmy już
trudy zimowiska. Wreszcie
wsiedliśmy do pociągu (po drodze w Janowcach Wielkich
rodzice odebrali jednego z harcerzy) i pojechaliśmy do
Warszawy. Gdy
dotarliśmy na miejsce okazało się, że mamy ponad
godzinę opóźnienia, a pociąg wyglądał, jakby został
ulepiony ze śniegu – to ponad dwudziestostopniowy
mróz ściął wilgoć, jaka zabraliśmy z Gór
Kaczawskich na pamiątkę tego udanego zimowiska.
relacja zbiorowa
|