Relacje

tekst: Michał Strzelecki, zdjęcia: Karol Kaszyński, Michał Strzelecki, reszta K2

Letnia wyprawa K2: Gorgany (i kawałeczek Czarnohory)
30 czerwca - 12 lipca 2007 r.



Poniższy tekst to notatki z naszej podróży, w większości pisane na bieżąco, potem tylko lekko przeredagowane.
Niemal wszystko, co przeczytacie, wydarzyło się naprawdę.



Sobota, 30 czerwca


Zbiórka na dworcu W-wa Zach. PKP, pociąg do Przemyśla o 21:15 (oczywiście zatrzymał się tak, że wagony z przedziałami drugiej klasy (na którą mieliśmy bilety) stały daleko poza peronem).
W pociągu: lekkie fazy, dowcipy o słonecznikach etc., spanie.


Niedziela, 1 lipca


4:26 - wysiadamy na stacji Łańcut, godzina czekania na pośpiech do Przemyśla wypełniona jedzeniem, przepakowywaniem się (Karol stwierdza, że może jednak schowa wszystkie prochy z apteczki głębiej do plecaka) i snuciem planów/ wyjść awaryjnych na dalszą podróż.
ca. 7:00 - jesteśmy w Przemyślu, wsiadamy do busa do granicy (oczywiście razem z jakąś wycieczką, której rowery zajmują jeszcze więcej miejsca i są jeszcze bardziej nieporęczne niż nasze wielkie plecaki).
Medyka - tu da się zrozumieć na czym polega praca "mrówek"; przejście przez granicę poszło nawet sprawnie (tylko Kurek nie dostał "imigracyjnej kartki" do wypełnienia i jakaś celniczka się go później czepiała, ale towarzyszący jej żołnierz machnął ręką, kazał nam wziąć nasze plecaki i spadać).
Po drugiej stronie szok: 1) bo tak szybko poszło i nie sprawdziły się straszne opowieści o staniu 5h na granicy
2) bo wszystko jest napisane zupełnie innym alfabetem i ma się wrażenie jakby się było na innej planecie
3) bo ludzie (chociażby pani w kantorze-informacji) są przemili i bardzo pomocni.

Podróż do Lwowa, już po tamtej stronie granicy.

 

 


Wsiadamy w busa do Lwowa. Oprócz jednej pani, której coś nie pasuje w naszych plecakach i zajmowanym przez nie miejscy (zatarasowały całe przejście) wszyscy są bardzo mili - kierowca inkasuje od nas mniej kasy niż zapowiedział, pani obok mnie długo ze mną rozmawia, a potem prosi o przeczytanie jej co jest (po polsku) napisane na komplecie garnków, który kupiła (potem pomaga nam się zorientować, gdzie wysiąść, a my pomagamy wyładować jej manatki). Ogólnie podróż mija w atmosferze radosnego podniecenia i oczekiwania na wielką przygodę.
Kupujemy bilety na bus do Kałusza (bo z tego co się zorientowaliśmy pierwszy pociąg w tamtym kierunku jest o 21:14, a poza tym pani z informacji kolejowej była niemiła).


Spacer po Lwowie.

 

Niestety nie było czasu, żeby odwiedzić Mickiewicza, więc stwierdziliśmy, że lepiej sobie siądziemy pod sklepem. Ostatnie zakupy.


Lwów (w którym już niektórzy z nas byli i to nie raz) w sumie nas przygnębia - sprawia na nas wrażenie biednego i zapuszczonego miasta; może dlatego, że tym razem jesteśmy w jego mniej turystycznych rejonach.
Lekko spóźnieni idziemy na mszą (prawosławną). Ludzie co chwila wchodzą (żegnając się), a inni wychodzą (również żegnając się). Sprawia to przedziwne wrażenie, ale równowaga dynamiczna jest jest zachowana - ludzi w kościele jest ciągle tyle samo. W końcu i my decydujemy się wyjść (chociaż Karol stwierdził, że rozumie kazanie (jakby ktoś był ciekawy: było o wszystkim i o niczym), bo czas nas goni. W międzyczasie Winiar wywiesza na plecaku polską chorągiewkę. Idziemy do sklepu kupić wodę; na wycieczkę pod pomnik Adasia mamy już za mało czasu. Wracamy na dworzec (po drodze wykupujemy jeszcze zapas pocztówek z jednego sklepu i kiosku na dworcu). Wreszcie wbijamy się do busa, ludzie są bardzo mili i pomagają nam ułożyć plecaki, które tarasują cały tył busa. Kierowca coś do nas mówi, ale nic nie rozumiemy, więc mówimy tylko, że "musimy jechać do Kałusza" no i wreszcie ruszamy.
Busa na trasie Lwów - Kałusz: 3 godziny jazdy, trzęsie niemiłosiernie, plecaki na kolanach, gorąco, boli mnie brzuch.


Lwów - Kałusz [3h]. No comment.

 

 


W Kałuszu okazuje się, że ostatni bus do Osmołody odjechał pół godziny temu, więc bierzemy taksówkę. Podróż (ca. 1,5 godziny) mija w sumie przyjemnie, kierowca tylko raz pyta się miejscowych "którędy do Osmołody". Z pewnością jest dużo lepiej niż w busie do Kałusza, mimo że droga jest bardzo wyboista, wąska i zapewne mało kto pamięta czasy, kiedy asfalt nie był tu dziurawy (bardzo!, a może raczej - kiedy jeszcze był tu asfalt). W mijanych wioskach ludzie siedzą w małych grupkach i rozmawiają, znaczna część żeńskiej populacji w mini.
Spostrzeżenie Winiara: rzeczywiście ładne dziewczyny.
Klimaty trochę jak z filmu "Czarny kot, biały kot". Gdy wysiadamy w Osmołodzie czujemy się jak na końcu świata. Żegnamy się z taksówkarzem i po dłuższym namyśle, rozmowie z miejscowymi, kilkukrotnej zmianie planów decydujemy się (za niewielką opłatą) na nocleg w namiocie rozbitym na przydomowym polu/ ogródku.


A tu już w Osmołodzie, jak na razie jeszcze się nie zgubiliśmy.

 

 


Kolacja: kanapki z drogi i kotlety (pozdrowienia dla siostry Karola) z ogniska.
Po kolacji rozdzielamy jeszcze raz żarcie i wspólny sprzęt (kociołek, namiot, apteczka, etc.). Wychodzi 9 kg na głowę + 3 l wody + rzeczy osobiste (ubrania, śpiwór, etc.). Trochę dużo.


Osmołoda, już w górach. Te szare plamy przy szczycie to rumowiska sklane.

 

Kociołek, jeszcze widać resztki jego nowości.


Wieczorem przychodzi do nas synek gospodarzy, Saszka. Trochę z nami rozmawia - mówi, że "mam oczy jak Wołodia". Niestety zaraz potem przychodzi po niego tata i zabiera go już do domu.


Poniedziałek, 3 lipca


Poranne zbieranie się.

 

Kaszka Bobovita zrobiona na mleku w proszku - odziedziczylismy je po synku chrzestnego Karola, który stanowczo odmówił dalszego jedzenia kaszek. Nie dziwimy mu się - jedliśmy je z rodzynkami, jabłkami suszonymi, sucharami, cukrem, ale i tak były raczej straszne.


Spostrzeżenie: w winiarowym namiocie bardzo ciepło i nawet sporo miejsca.
Pogoda ładna, wręcz za ciepło.
Śniadanie: kaszka bananowa (zrobiona na mleku w proszku) z rodzynkami, pieczywo graham Wasy, herbata.
Spostrzeżenie: od połowy porcji kaszka dużo trudniej wchodzi.


Myjemy się i zmywamy - żeby nie było, że jesteśmy brudasy.

 

A to chyba jedyne wspólne zdjęcie z całego wyjazdu (zrobione samowyzwalaczem).


Pakowanie, mycie; przychodzi gospodarz (Viktor; okazuje się, że jest z tutejszej awaryjno-riatuwalnej słuzby słyżby) i chwilę z nami rozmawia o naszych planach. Zapisuje nasze dane, prosi o wysłanie smsa z Jasinji, jak tam dojdziemy, wskazuje nam drogę i mówi żeby iść "czerwonym markowaniem". I to jest dla nas spore zaskoczenie - w niektórych miejscach są znakowane szlaki (w polski sposób), których się zupełnie nie spodziewaliśmy.


Na prawo most, ...

 

... na lewo most...


Ukraiński kowboj.

 

Mały postój podczas podejścia.


Trasa: Osmołoda - Sofora (1239) - przez Mutachów na Wysoką (1805) - Ihrowiec (1807) - przeł. Borewka.
Śliczne widoki - góry niesamowite, bardzo rozległe, kosówka, rumowiska skalne pod szczytami. Stosunkowo dziko, zwalone drzewa, jakoś inaczej niż w polskich górach. Chociaż - niestety - są też śmieci (pewnie drwale).
Bardzo gorąco, rzeczywiście duże przewyższenia - w sumie wspięliśmy się w pionie jakieś 1200 metrów.


Szałasik (zamknięty na 4 spusty).

 

A tu jakaś górka - zielone to kosodrzewina, szare rumowiska.


I kolejny widoczek.

 

Kolejno: Wysoka (1805), Ihrowiec (1807), Sywula (1836), czyli nasza trasa.


Kurek na podszczytowym rumowisku.

 

 


Za Wysoką zaskoczenie - w oddali widzimy 3 ludzi. Jesteśmy trochei zaskoczenie, trochę zmartwieni, myśleliśmy, ze raczej nie będziemy mieć towarzystwa. A gdy dochodzimy do miejsca, które jest zaznaczone na mapie jako pole biwakowe - źródełko w pobliżu i miejsce na ognisko, przecieramy oczy ze zdumienia. Wkoło rozbite jest pełno namiotów. Jak się później okazało trafiliśmy na jakąś ekspedycję przyrodników i geologów z Czech.
Obiad: mokra kasza gryczana z sosem pomidorowym i krakowską, do tego herbata.
Wieczór - w normie.


Postój.

 

Postój 2.


I z powrotem w drodze (podejście na Ihrowiec).

 

 


Okopy z I wojny światowej, w tle Sywula.

 

I Sywula w sosie własnym, najwyższy szczyt Gorganów.


Wtorek, 3 lipca


Motylek! xD

 

Zapewne Łopuszna, daleko w tle wystaje czubek Sywuli. I nawet widać ścieżkę, którą szliśmy.


Śniadanie: kaszka bananowa, herbata. Zwijanie namiotu i tym podobne czynności zajmują nam zdecydowanie za dużo czasu - musimy się szybciej zbierać. Ponadto potem jeszcze długo zastanawiamy się, czy nie pójść na początku sprytnym skrótem, ale decydujemy się tego nie robić, bo nie widać ścieżki, która jakoby miałaby prowadzić szybciej do góry. Ruszamy i wkrótce stajemy się częścią kawalkady Czechów i nie tylko - wszyscy podążają w stronę Sywuli (najwyższego szczytu Gorganów). Zaczyna kropić.


Postój z lotu ptaka (Karol prawie skręcił karka wdrapując sie na gigantyczny okaz kosówki).

 

A tu widoczek do tyłu (za tymi dwoma garbami spaliśmy).


Druty kolczaste z I WŚ.

 

Oraz jakies okopy (razem z Czechem, który akurat wlazł w zdjęcie).


Sywula (coraz bliżej).

 

I podejście pod nią (stromo czy nie?).


Trasa: Borewka - Łopuszna - Sywula (1836) - Mała Sywula - ruiny schroniska.
Pod Sywulą resztki okopów z I WŚ, kawałki zardzewiałych drutów kolczastych.


Kurek na jakimś szczycie.

 

A tu wszyscy już na Małej Sywuli, właściwy wierzchołek juz za nami (widoczny w tyle). A ten słup to nie mamy pojęcia dlaczego tam stał.


Jak cykaliśmy to doliczyliśmy się ponad 11 planów, na zdjeciu chyba nie wszystkie widać.

 

 


Karol i...

 

... Konrad: "Po moim zaroście będziemy mogli poznawać, który to dzień naszej wyprawy..."


Biwak decydujemy się założyć nieco poniżej Małej Sywuli, tuż obok ruin starego schroniska. Czesi i reszta dochodzą tuż po nas i rozbijają się trochę niżej. Przelotny deszczy trochę nas straszy, namiot przedziera się troszkę w miejscy mocowania masztów do tropiku, ale jest to zupełnie nieszkodliwe i nie umniejsza jego funkcjonalności.
Obiad: kasza z sosem myśliwskim i krakowską; Kurek dosypuje sporo pieprzu cayenne i całość jest piekielnie ostra, ale dobra.


Ciężarna jaszczurkla w ruinach schroniska.

 

Wesołe chmurki.


Konrad z naszym wspaniałym namiotem.

 

Kurek gotuje chili con carne (krakowska) i con kasza.


Późnym popołudniem odwiedza nas stadko półdzikich koni, które nie czują się zupełnie skrępowane nasza obecnością.


Konie: jedzą trawę, ...

 

... obwąchują się, ...


... nie przujmują się Karolem, ...

 

... ani Konradem, ...


... ani namiotem, ...

 

... ani nawet Konradem z Czechami (ale źrebak się zaciekawił Czechami - pewnie nigdy takich nie widział), ...


... ogniskiem już w zupełności (ten ogier, co go nie widać, bo stoi w dymie, chyba nawet chciał się blizej z nim zaprzyjaźnić).

 

A mówiłem już, że się nie przejmują namiotem (z którego nota bene wszyscy zwiali)?


Środa, 4 lipca, The Independence Day (USA)


Ponieważ od rana pada deszcze decydujemy się przeznaczyć ten dzień na odpoczynek i nie ruszamy się z miejsca. W tzw. międzyczasie Czesi zwijają się i zostajemy sami.


1. Wsypujemy makaron do wrzącej wody.

 

2. Krzątamy się wokół kociołka.


Winiar uczy się cyrylicy, piszemy kartki. W porze obiadu lekko się przejaśnia i na trochę przestaje padać.
Obiad: makaron z sosem pomidorowym i salami.
Pod wieczór odwiedzają nas znowu konie. Przy kolacji lekkie spięcie, bo Winar z Kurkiem zjedli kabanosy, które miały być przeznaczone na coś innego. Rezygnujemy z ciepłej kolacji (dzięki której pozbylibyśmy się paru dodatkowych kilo z naszych plecaków) i jemy suchary z pozostałymi kabanosami.
Błąd strategiczny: podczas nie najgorszej pogody nie odnaleźliśmy linii starej granicy i miejsca rozejścia się dróg.


3. Próbujemy czy makaron jets już al dente (albo: podżeramy sobie trochę).

 

3. Kroimy salami na mniejsze kawałki, podsmażamy. 4. Rozrabiamy sos wg instrukcji na opakowaniu i podgrzewamy z salami; dodajemy do makaronu. Voila!


W nocy straszliwa burza, leje jak z cebra, walą pioruny. Mówiąc bardzo oględnie jest nam raczej mniej niż bardziej raźno i wesoło; na szczęście namiot wszystko świetnie znosi. Winiar (klasa mat-geo) opowiada nam o piorunach i chmurach burzowych, Karol o swojej mamie, która przeżyła burze na Granatach - mamy nadzieję, ze odziedziczył po niej właściwe geny. Potem ja z Kurkiem i Konradem wspominamy sztorm na plaży w Łebie, gadamy też wszyscy o eksperymencie Franklina i innych sprawach. Mamy wrażenie, że coś albo ktoś łazi wokół namiotu, ale to pewnie wiatr, a poza tym nikt nie kwapi się, żeby to sprawdzić. Grzmoty słychać często, co chwila gdzieś obok błyska, ale wreszcie udaje nam się zasnąć.


Czwartek, 5 lipca


Burza minęła, jednak dalej brzydka pogoda i pada; rozleniwieni postanawiamy nadal pozostać w tym samym miejscu. Na śniadanie kaszka zrobiona na palniku. Byczymy się, gramy w makao.


Nagle zauważamy obok namiotu dużego psa pasterskiego, jednak wkrótce słyszymy też głosy, więc się uspokajamy. To jacyś Ukraińcy i chyba czegoś od nas chcą. Karol wychodzi i okazuje się, że chcieliby nam sprzedać mleko i ser. Koniec końców jednak grzecznie za nie dziękujemy (błąd!) - mamy sporo własnego żarcia, Karol wraca do namiotu. Pasterze (4 + 2 psy) są zdaje się trochę wkurzeni, jeden krzyczy "spasiba Poliaki!", krążą wokół namiotu. Do przedsionka wsuwa się ręka(najpierw zdawało nam się, ze to pies) i wyciąga z niego puste opakowanie po daktylach. Później Kurek mówi, że początkowo wydawało mu się, że chcą wejść do środka, ale nie wiedzą jak. Trochę podświadomie wyciągamy na wierzch noże i zakładamy buty, jednak sytuacja jest raczej beznadziejna - Winiar rzuca, że "Polacy zawsze walczą już tylko o honor". Jakiś ruchy wokół namiotu, coś szeleści w przedsionku, słychać oddalające się kroki. Wychodzimy, okazuje się że gwizdnęli nam palnik i prawie puste (zostały w nim 3 kawałki) opakowanie po kandyzowanych papajach, poza tym wyciągnęli dwa śledzie.


Na razie spokój, ale humory mamy nie najlepsze, stwierdzamy, że mamy już dość i w deszczu zwijamy obozowisko. Po dłuższym błądzeniu po podmokłej łące i lesie oraz zastanawianiu się decydujemy się - mimo deszczu - iść po dawnej granicy polsko - czechosłowackiej ku Przełęcz Legionów (i mimo braku palnika, który akurat teraz bardzo by się przydał). Wreszcie (po jakiejś godzinie) odnajdujemy stare słupki graniczne, wzdłuż których wiedzie ścieżka. Przedzieramy się przez mokre zarośla kosówki, grzęźniemy w błocie po kolana, deszcz nadal pada. W pewnym momencie orientujemy się, że urwisko Piekło mijamy ze złej strony i musieliśmy zboczyć za bardzo na lewo. Stoimy przez chwilą na hali, zastanawiając się co dalej i wtedy zaważamy ludzi, idących ku nam. Okazuje się, że to 3 z naszych "znajomych" pasterzy (z dwoma psami). Ale "poker face" (zarówno my, jak i oni), pytamy się o drogę do Rafajłowej. Trochę napięta rozmowa, pies warczy, jeden młody patrzy na nas bykiem, Konrad trzyma rękę na kieszeni z finką. Ale obywa się bez żadnych incydentów. Jednak decydujemy się schodzić do Rafajłowej - trochę na czuja, trochę wg ich wskazówek.


Konrad rozwiesza naszą "palatkę", żeby trochę przeschła.

 

 


Bojaryn mijamy z prawej przyjemnym trawersem, humory lepsze, nawet padać przestało, myśl o normalnym noclegu podnosi morale. Dochodzimy do polanki - zapewne tej przed Gaworem, ale nie jesteśmy pewni. Do Rafajłowej raczej w prawo, ale wybieramy ścieżkę w lewo, bo jest wyraźniejsza. A poza tym też schodzi w dół, najwyżej wylądujemy w Maksimcu.
Sporo niżej spotykamy dwie miejscowe (poszły na grzyby: jedna w klapkach, druga w gumofilcach - rispekt, my na wibramie ledwo dawaliśmy radę), które potwierdzają, że idziemy w kierunku Maksimca, a nie Rafajłowej. Bardzo miłe dziewczyny, ale mamy trochę kłopotów z dogadaniem się. Nie przeszkadza nam to jednak w dłuższej, radosnej konwersacji. Z rozmowy wynika, że o nocleg ("spaty") będziemy się musieli po prostu zapytać w jakiejś chałupie, żadnego schroniska etc. nie ma.
Jeszcze kawałek zejścia, pokonujemy w bród (i tak mamy całkiem przemoczone buty) spory potok (miejscowy w kaloszach przeszedł po mokrym i obślizgłym balu, ale my wolimy nie ryzykować) i jesteśmy przy pierwszych zabudowaniach.


Na ganku.

 

A tam pada. :)


Suszące sie buty i mapy.

 

Jedna ze ścian kuchnio-przedpokóju.


Nie bardzo długa rozmowa z napotkanymi ludźmi i lądujemy we wspaniałym drewnianym domku. Rzeczy rozwieszamy na garnku do suszenia. Reszta wieczoru upływa nam głównie na przemiłych rozmowach we wspaniałej atmosferze. Gadamy głównie z Olą, dwudziestodwuletnią córką gospodarzy (młodsza Aleksandra zaprowadziła nas na prośbę matki do domu, a potem poszła jeszcze jej w jakichś sprawach pomóc; starsza Maria wyszła już za mąż i wyjechała) - opowiada nam, ze latem wchodzi pod Sywulę, zbiera 20 kg jagód (grabkami) i wraca tego samego dnia. A potem wyciąga piłę łańcuchową Stihla (lekka konsterna) i mówi, że ścina także drewno. Cóż - zuch dziewczyna. Poza tym rozmawiamy o wielu innych sprawach, ale nie sposób tego wszystkiego przytoczyć, tak jak nie sposób oddać atmosferę i klimat tego wieczoru.
Kolacja: świeży chleb z prawdziwym masłem, ryż ze skwarkami i sosem, domowe kluseczki, mizeria (prawdziwa śmietana), pomidory, mleko (słodkie i tłuste), herbata (zaparzona z naszych torebek, bo akurat sie skończyła).
Noc spędzamy w normalnych łóżkach.


Pokój w którym spaliśmy.

 

I tu też, tyle że inna ściana.


Piątek, 6 lipca


Śniadanie: chleb z masłem, herbata.
Jeszcze trochę rozmów, bierzemy adres, żeby wysłać pocztówkę z Polski, dostajemy świeżego mleka do butelek; podziękowania, drobna zapłata i ruszamy w drogę.


Domek (w oknie widać nawet jakiegoś tubylca).

 

Dwa domki i płotek.


Domek i daszki na siano.

 

 


W centrum Maksimca spotykamy dwóch drwali, którzy trochę z nami gadają (m.in. o tarczy antyrakietowej i pogodzie (jutro ma być jeszcze troszkę przelotnego deszczu, potem juz normalnie)). Chcą nawet od nas odkupić naszą laminowaną mapę, ale mówimy im, że mamy tylko jedną i ewentualnie moglibyśmy im nawet przesłać z Polski, ale jest ona niedokładna.


Pomnik w Rafajłowej: "Pamięci 40 poległych legjonistów, 1914-1915. Cześć bohaterom!"

 

Kapliczka.


Ukraiński wóz terenowy (służa do zwózki siana i drewna, a także jako buso-taksówki (patrz niżej, 9 VII)).

 

 


Bus do Rafajłowej, kupujemy ciastka (taki kaprys) i ruszamy w górę Drogą Legionów - dł. 7 km, łączyła dolinę Płajską z doliną Rafajłowca. W październiku 1914 roku saperzy II Brygady Legionów pod kier. ppor. Słuszkiewicza i inż. Wimmera przebudowali niewyraźny płaj na drogę jezdną. Oprócz "pionierów" z 2 pułku piechoty pomagało ok. 1000 robotników. Zbudowano ok. 14 mostów o łącznej długości 227 m, a na całą drogę (wykładaną dylami) zużyto ok. 3600 metrów sześciennych.
Główne siły Legionów przemaszerowały tędy 22 u 23 X 1914 r. Droga umożliwiła stałe zaopatrywanie frontu pod Rafajłową z odległej ok. 70 km stacji kolejowej Taraczkoez (Tereszewa).

Przelotne deszcze, parno i duszno. Droga strasznie rozjeżdżona przez drwali, mnóstwo pościnanych drzew.


Krowy (ale nie te z przełęczy).

 

Przeprawa przez potok.


Na przełęczy stado krów, rozbijamy się jak najdalej od nich. Konrad narzeka na ból w nodze w okolicach więzadła krzyżowego - smarujemy go Altacetem i Traumelem. Robię z Karolem obiad - kasza gryczana z sosem grzybowym i kabanosami.
Przychodzi do nas pasterz z przełęczy - starszy, podobny do Rumcajsa, w takim śmiesznym kapelutku i pyta się, czy nie chcielibyśmy trochę mleka i sera. Poniekąd nauczeni doświadczeniem, poniekąd z chęci na wyroby mleczne nie odmawiamy. Starownika od papy Rumcajsa na naszych oczach doi krowy, młody chłopak skacze do szałasu po ser, a papa Rumcajs odgania byczki, opowiada nam o Polakach, którym się popsuł namiot jak tu spali, o tym jak w zeszłym roku na bodajże świętego Iwana spadło tu 30 centymetrów śniegu, pyta się, czy jesteśmy braćmi i mówi, że w radio zapowiadali dobrą pogodę. Wieczorkiem kakao - mleko co prawda przegotowaliśmy, ale i tak żołądek Karol nie wytrzymał (a może to przez sos grzybowy) i natychmiast zwraca on pół litra tego płynu.


Sobota, 07.07.07
Ciekawostka (dane z "Faktów" przekazane przez Winiara): w świętej Annie śluby co pół godziny od 6:00 do 24:00.


W nocy Karol ca. 4 razy wychodził z namiotu i czterokrotnie mył potem zęby. Rano także Konrad narzeka na ból brzucha. Zostają więc we dwójkę w namiocie-lazarecie, ja z Kurkiem robię herbatę i dla nas dwóch owsiankę, poza tym sucharki dla wszystkich. Z przymusu dzień techniczny - krzątamy się przy ognisku, suszymy i wietrzymy rzeczy, piszemy kartki. Karol z Konradem leżą w namiocie i zdychają. Winiar prosi mnie, żebym mu przeczytał z odwrotu WIGówki o Legionach - już nie wiem czy majaczy czy nie, ale spełniam prośbę.


"Czterowiersz ten wypisał bagnetem na drewnianym krzyży uczestnik boju leg. szereg. Adam Szania. [...]"

 

Młodzieży Polska! Patrz na ten krzyż!
Legjony Polskie dźwignęły go wzwyż!
Przechodząc góry, lasy i wały,
Dla Ciebie Polsko. I dla Twej chwały.


Krzyż w całej swojej okazałości.

 

 


Na szczęście popołudniu chłopaki czują się już lepiej, wybieramy się na spacerek pod krzyż - postawiony przez legionistów, na którym wyryty jest czterowiersz (patrz podpis pod zdjęciem), ułożony przez legionistę Adama Szanię, rzeźnika z zawodu. Pogoda całkiem OK, dużo chmur i tylko bardzo małe przelotne opady.
Spostrzeżenie (kulinarne): ser od papy Rumcajsa po podgrzaniu staje się twardy jak podeszwa trampka, a po dodaniu cynamonu, cukru i rodzynek piekielnie słodki i zupełnie niezjadliwy.


Niedziela, 8 lipca


Pogoda bardzo ładna, na śniadanie kaszka malinowa (za rzadka). Chłopaki czują się już dobrze, ruszamy w stronę Jasinji po dawnej granicy. Z odwiedzin cmentarza legionów, bo kilka dni już straciliśmy (pogoda, zabawa w szpital), a chcielibyśmy jeszcze odwiedzić Czarnohorę.
Plan minimum na dziś: dojść za Durnię, jak się da to dalej, chociaż Karol i Konrad mogą być trochę osłabieni.?
Trasa: Przełęcz Legionów - spotykamy jeszcze chłopca od papy Rumcajsa, który odgania psy pasterskie i wskazuje nam, że na Pantyr to "wsiadu!".


Żmija we własnej osobie.

 

 


Konrad wdzięczy się do słupka granicznego.

 

Łał, jest zasięg!


Pantyr - 1225 m n.p.m. - na podejściu gubimy granicę i jakiś czas drapiemy się na czuja byle wyżej


Wędrujemy przez las.

 

I tu też wędrujemy (jak prawdziwi wędrownicy).


Podejście pod Durnię - 1492 m n.p.m. (odkrycie Ameryki przez Kolumba) - powtarzamy z Winiarem stopnie wojskowe


Bardzo artystyczne zdjęci pt.: "Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu..."

 

Jedno z niewielu zdjęć zrobionych w marszu, na którym nie widać nikogo pleców.


Durnię (1709 m n.p.m.) mijamy troszkę bokiem, niżej pasą się konie, wkoło zielono, góry, ogólnie klimaty trochę jak na tej kowbojskiej reklamie Marlboro; jak dotąd czas niezły, idziemy dalej.


Wszyscy mają mapę, mam i ja.

 

No, prawie wszyscy, bo Kurek poszedł w kimę.


Gropa - 1763 m n.p.m. (I rozbiór Polski) - Winiar dostaje od Karola Glucardiamid (działa pobudzająco na ośrodkowy układ nerwowy. Powoduje zwiększenie wrażliwości ośrodka oddechowego na dwutlenek węgla, podwyższa objętość oddechową i nasila częstość oddechów. Zwiększając częstość uderzeń serca, rzut minutowy serca i ciśnienie w tętnicach płucnych, podwyższa ciśnienie krwi zwłaszcza u osób z hipotensją. Glukoza zawarta w preparacie Glucardiamid służy jako źródło energii dla organizmu).


To chyba szczyt Gropy, ...

 

..., a to już chyba Bratkowska, ale głowy sobie nie dam uciąć.


Bratkowska - 1792 m n.p.m. (ustanowienie orderu Virtuti Militari, bitwa pod Zieleńcami)


A tu widoczek (na Sywulę).

 

I od razu obok drugi (na północny wschód zdaje się).


Karol, słupek, a w tle jakaś góra (Płoska?).

 

 


Wieje jak cholera, znajdujemy nieco niżej nie najgorsze miejsce na biwak - przynajmniej osłonięte przez kosodrzewinę od wiatru. W razie burzy średnio bezpiecznie - będziemy się musieli ewakuować, ale nawet w razie zwykłego deszcze torfopodobne podłoże strasznie namoknie. Ale pogoda raczej się utrzyma do rana. A poza tym to będzie zimno, bo jesteśmy powyżej 1750 m.


Samotny biwak na ok. 1750 m n.p.m., w tle widać Świdowiec.

 

Odradzamy wszystkim palenie kosówką, do czego jak czego, ale do palenia to się ona zupełnie nie nadaje.


Na obiad podwójna porcja kaszy z kabanosami i sosem ciemnym do pieczeni, sporo zostaje. Jedna paczka kabanosów z plecaka Kurka pokryła się dziwnym nalotem, na razie jej nie jemy.
Spostrzeżenie: kosówka bardzo źle się pali (w Polsce jest chyba pod ochroną).
Spostrzeżenie 2: Rozrobiony sos ciemny do pieczeni wylany na ubranie wygląda jak wymiociny i zostawia plamy.


Zachód słońca. Och, jak romantycznie.

 

 


W namiocie chłodno, piszemy kartki, śpiewamy żołnierskie piosenki (może to wysokogórski obrzęk mózgu). Karol na chwilę wychodzi i spotyka jelenie (a wcześniej spłoszył kuropatwę).
Dzisiaj bardzo dużo przeszliśmy, mało wody (rano było 12 litrów, zostało mniej niż połowa, dziś nie znaleźliśmy żadnego źródła). Jutro chyba śniadanie na sucho (WASA, kabanosy, daktyle, etc.), fajnie byłoby dojść do Jasinji, trzeba wcześnie wstać.
PS: fajnie widać Świdowiec i Czarnohorę.
PSPS: fajnie byłoby się umyć.


Poniedziałek, 9 lipca


Budzik na 6:00, wstajemy 20 minut później. Płukanie naczyń, robimy litr herbaty i bardzo gęstą kaszkę bananową. W drogę wyruszamy mając 2,5 litra wody - przydałoby się znaleźć źródełko.


Znaleźliśmy strumyczek, nie musimy się już bawić w pustynię! xD

 

Brr, jakie to mokre!


Trasa: Mała Bratkowska - Ruska (zaczyna się kosówka, gubimy się w niej z Karolem na chwilę, nie jest miło)


Chwila przerwy w kosodrzewinie i kawałek otwartego terenu.

 

A tu udręki ciąg dalszy.


Podejście pod Czarną Klewę (Steryszorę) całe w kosówce, idzie się strasznie; ręce i nogi podrapane do krwi, igły w oczach, karimaty podarte. Trochę to przypomina pływanie - ale w czymś strasznym, jakiejś zawiesinie z gwoździ albo czymś.


Na Czarnej Klewie słońce piecze niemiłosiernie, Karol i Winiar biorą "cukierki" na literę "g". Na szczęście chyba skończyła się kosówka, nie będzie jej w zejściu. Zgodnie ze zmienionym planem schodzimy już prosto do Jasinji ścinając kawałek drogi po granicy. Odbijamy więc od linii utworzonej ze słupków granicznych (bardzo ułatwiają orientację). Dalej kierujemy się na oko w dół, przebierając wśród wydeptanych przez pasterzy ścieżek.


W stronę Czarnohory.

 

Szałasy pod Czarną Klewą.


W końcu dochodzimy do Czarnej Cisy. Dobrze byłoby spędzić dziś już noc gdzieś na podejściu pod Howerlę w Czarnohorze, za Jasinją. Mamy więc jeszcze sporo do przejścia.


Domek w Czarnej Tisie.

 

Domek i charakterystyczne "trzepaki" do suszenia siana.


Domek i kwiatki, jak ślicznie.

 

 


Sklep 1: kupujemy arbuza (całego) i sok winogronowy, bo w "barze" są tylko papierosy i wódka. Idziemy dalej, próbując łapać stopy.
Sklep 2: kupujemy dwa chleby (potem jeszcze dokupujemy trzeci, bo są pyszne), sardynki i dwa pasztety. W sklepie pani liczy na liczydle (mimo że obok niej stoi kalkulator i kasa fiskalna) i zagaduje nas, czy u nas jeszcze takich używają. Jak się potem okazuje pasztet jest pasztetem, ale rybnym. Jemy łapiąc stopy - i wreszcie się udaje: wsiadamy na pakę do Ukraińców jadących w stronę Jasinji. Jest wesoło, rozmawiamy o smacznym chlebie.


 



 

 

 


 

 

 


 

 

 


Miło było, ale się skończyło. Znowu na piechotę, morale spadają.

 

 


Dobrze, że orientujemy się, że czas wysiąść, bo dowieźliby nas aż do Rachowa.
Sklep 3: woda, pepsi, cukier, czekolada.
Winiar idzie się zatalkować (i nie tylko) w jakąś wąską ścieżkę między sklepem, a murem. Chowa się przy krzaku, ale i tak spotyka najpierw matkę z wózkiem, a potem chłopca z piłką.
Ruszamy w stronę pola biwakowego pod Howerlą - niestety to nadal strasznie daleko; najpierw trzeba w ogóle wyjść ze wsi. Wrzucamy kartki do skrzynki pocztowej, idziemy dalej (jest coraz ciężej - Winiar idzie już kompletnie na kowboja), nikt się nie zatrzymuje. I wreszcie sukces - zatrzymuje się szkolny bus. Kierowca mówi, że za 20 rubli dowiezie nas do turbazy pod Howerlą, my mówimy, że damy 20 hrywien i wsiadamy. Bus trochę przypomina jakiś indyjski czy pakistański czy też inny również egzotyczny środek lokomocji. Trzęsie niemiłosiernie. Obliczamy, że 20 rubli, to 60 hrywien - trochę drogo, ale mamy dolary, a poza tym zamierzamy się potargować. Dojeżdżamy do granicy (chyba) jakiegoś Parku Narodowego. Strażnik coś zagaduje do kierowcy, który się nas pyta "czy mamy jakieś papiry?". Kręcimy głowami, obok znak zakazu wjazdu. Strażnik znudzony macha ręką i wraca do budki (pewnie mu się wódka grzeje albo zupa stygnie), a my jedziemy dalej. Trzęsie coraz bardziej, droga bardzo wysoko, w dole potok - jak w Andach albo gdzieś. Pod drodze mijamy się z kilkoma ciężarówkami i widzimy jakieś dzikie wysypisko śmieci - fajny park narodowy. W końcu dojeżdżamy na pole biwakowe, gdzie się rozbijamy, dajemy 20 hrywien, kierowca jest zadowolony (chyba i tak po kogoś jechał, żeby go zwieźć, więc sobie jeszcze troszkę dorobił). Jeszcze tylko szybkie mycie (ja i Karol) i idziemy spać.


Trzęsie czy nie, bo ja już nie wiem.

 

W sumie po co by miało?


Mijanka z jakimiś tirami, Pakistan, daję słowo.

 

 


Wtorek/ środa/ czwartek, 10/11/12 lipca


Pobudka późna, bo dopiero o 8:00 - błąd pierwszy. Winiar i Kurek idą się umyć w rzeczce. Na śniadanie kaszka gruszkowa z płatkami owsianymi, z herbaty rezygnujemy, bo jest późno.
Ruszamy; po konsultacji z tubylcami, porównaniu plastika z mapą ukraińską i WIGówką oraz po kawałku podejścia znajdujemy niewyraźny szlak zielony, który wiedzie nas na szczyt. Po drodze Konrad uczy nas stopni wojskowych, policyjnych, straży miejskiej, itp., itd. wraz z oznaczeniami. Ludzi trochę więcej niż w Gorganach, ale jak na razie bez przesady.


Długa droga, daleka, przed nami...

 

 


Postój jak postój.

 

Poszczytowe rejony Howerli - ta jaśniejsza, pionowa linia to ścieżka.


Lesławowe 10 oddechów przed ostatnim podejściem.

 

A to już drogowskaz na Howerli. Na Popa Iwana 19 kilosów - tam mieliśmy być jutro.


Za to na szczycie Howerli (2058 - lub jeśli liczyć z krzyżem 2061 - m n.p.m.) kompletne zaskoczenie: nie wiadomo skąd tłumy w trampkach, sandałach i klapkach. Ponadto krzyż, obelisk, ze 2 tablice pamiątkowe, jakiś klocek i coś tam jeszcze. A najbardziej egzotyczne: coś na wzór tybetańskich flag modlitewnych zrobionych z kolorowych foliówek i porozwieszanych gdzie się da. Całość sprawia przedziwne wrażenie. W dali widać nadciągający front burzowy, nie siedzimy więc długo i szybko schodzimy na przełączkę przed Breskułem. I tu w sumie błąd numero 2: decydujemy się iść dalej w kierunku Popa Iwana, zamiast zejść w dół.


Howerla, trochę jak gdzieś w Tybecie.

 

Szukanie zasięgu na najwyższym szczycie Ukrainy.


Obelisk na Howerli.

 

Tablica "Isus Hospod na Ukrainoju".


W okolicach Breskuła spotykamy dwie grupki Polaków (jedna idzie w tym samym kierunku co my), z którymi trochę rozmawiamy. Pożyżewską mijamy bokiem, bo sytuacja robi się coraz bardziej kiepska - już z 3 stron nadciągają ciemne chmury, zaczyna błyskać i grzmieć w oddali. Na następnej przełączce jedyna słuszna decyzja - schodzimy z głównej grani, bo zaraz zacznie się nawałnica. Powinna być ścieżka na dół, ale nie możemy jej znaleźć, więc do widocznej w dole drogi do hotelu "Zaroślak" zwalamy się na pałę. Przez chwilę zastanawiamy się czy nie zrzucić plecaków "na Buraka", ale rezygnujemy z tego. Stok jest bardzo stromy, sporo kawałki pokonujemy za pomocą niekontrolowanych dupozjazdów i ślizgając się na trawie. Dobrze, że ścieżka jest tylko jakieś 100-150 metrów niżej. Zaczyna kropić. Po naradzie i wymianie okrzyków z grupą Polaków, która podążyła za nami decydujemy się rozbić namiot i przeczekać burzę (oni robią to samo). Jest ok. 17:00, siedzimy w namiocie we wszystkich ubraniach jakie mamy, wkoło walą już pioruny. Trochę otuchy dodaje fakt, ze 100 metrów od nas rozbity jest drugi namiot. Jednak wesoło nie jest, tym bardziej że tropik spruł się na skutek wiatru tak, że dotyka trochę jednej ze ścian. Burza mija, ale nadchodzi mgła, pada i mocno wieje, ogólnie nieciekawie. Trochę gadamy, na kolację dwie czekolady i orzechy laskowe. Kładziemy sie na karimatach tuż obok siebie, jak najdalej od przeciekającej ściany. Dwa plecaki pod głowami, dwa na nas, oprócz tego przykryci śpiworami i ręcznikiem. Namiot chwilami zupełnie się kładzie, przedsionek jakoś dziwnie powiewa, dziwię się, że maszty to jeszcze wytrzymują.


Jeszcze nie pada (chwilę potem niebo całe zasnuło się ciemnymi chmurami i zaczęło grzmieć).

 

 


Róża alpejska, cyknięte podczas zwalania się ze stoku.

 

Burza w namiocie.


Koło północy czuję pod tyłkiem kałużę, jak dotąd prawie że nie zmrużyłem oka. Zmieniam pozycję na skulono-siedzącą, opierając się na plecakach i częściowo leżąc na Karolu. Wkrótce wszyscy stwierdzamy, że nie damy rady tak dalej spać i mniej lub bardziej siadamy. Dalej rozmowy o polityce, historii, orderach i nie tylko. Na chwilę włączamy czołówkę, ale widząc od środka jak namiot się wygina i tańcuje, postanawiamy ją zgasić, bo wolimy tego nie oglądać. Decydujemy się, że koło 4:00 wstaniemy i jak się da zejdziemy na dół. Pogoda trochę się uspokaja.


Mgły i chmury nad ranem.

 

 


Około 4:00-5:00 straszna mgła, nie widać nawet drugiego namiotu, kiblujemy dalej. Nasz tropik spruł się dalej - szkoda, dotąd namiot bardzo dobrze nam służył. Wychodzimy dopiero koło 9:00, na śniadanie czekolada i pestki dyni, brakuje nam ciepłego posiłku. Ruszamy w drogę i stosunkowo szybko docieramy do stacji botanicznej, a potem hotelu "Zaroślak". Jesteśmy przemoczeni, niewyspani i bardzo zmęczeni, do przodu pcha nas chyba tylko myśl o domu.


Hotel Zaroślak >>> Lwów - 3 różne busy, można trochę poodsypiać zarwaną noc.

 

 


Dalej bus do Worochty, potem bus do Iwano-Frankowska, potem bus do Lwowa. Wysiadamy na nieznanym nam dworcu autobusowym. Kupujemy coś do żarcia, po zwiadzie, rozmowach, pytania się pani w informacji i pewnej ilości nerwów kupujemy wreszcie bilet na autobus do Przemyśla o 18:25 czasu ukraińskiego.


Dworzec autobusowy we Lwowie, byle do Polski.

 

 


Na granicy stoimy dość długo, różne kontrole - razem z nami w autobusie mnóstwo mrówek, normalnych podróżnych-turystów jest chyba tylko 6-7 (z nami), reszta przewozi wódkę i papierosy. W Przemyślu jesteśmy wpół do 12 w nocy, następny pociąg gdziekolwiek w Polskę o 4:29. Poczekalnia PKP zamknięta do 3:30 z powodu przerwy technicznej, idziemy koczować do baru.


Właściciel baru wyraźnie prosił, żeby nie spać (po tym jak jedna studentka ułożyła się wygodnie na krześle), bo to bar, a nie poczekalnia.

 

 


Więc dokończyliśmy jakieś notatki, ...

 

... czytaliśmy sobie (mhm), ...


...wypiliśmy Kubusia i trochę poziewaliśmy, ...

 

... zjedliśmy co nieco jak widać po pustej tacy (ale spać nie spaliśmy, broń Boże).


3:15 - zamykają bar, przenosimy się do poczekalni.


4:30 - budzi nas hałas otwieranych drzwi i głos: "Straż Graniczna Rzeczypospolitej Polskiej, proszę przygotować dokumenty do kontroli". Prawdziwy nalot - 2 SOKistów, dwóch tajniaków ze straży granicznej ubranych po cywilnemu, widać, ze pod kurtkami mają broń. Spisują wszystkich Ukraińców, ale są bardzo uprzejmi. Z nami zamieniają dwa słowa, my coś średnio przytomnie (w końcu to właściwie druga zarwana noc z rzędu). Idziemy dalej w kimę.


A tu śliczna poczekalnia PKP w Przemyślu.

 

 


Nad ranem jeszcze tylko małe zakupy i wsiadamy w pośpiech do Warszawy o 7:48 (był jeszcze wcześniej ekspres, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy się tak burżuić). W pociągu śniadanie, mycie w toalecie i przebieranie się w miarę czyste ciuchy, a potem kilka godzin błogosławionego snu (przerwanego jedynie przez konduktora i pewna panią, która otworzyła drzwi przedziału, ale na widok czterech zwłok, wietrzących sie butów, resztek śniadania i suszącego się śpiwora (potem go zresztą schowaliśmy, bo jakoś dziwnie pachniał) jęknęła tylko: "Jezus, Maria, przepraszam!" i czym prędzej odeszła). I na tym kończy się ta historia.


wyw. Michał Strzelecki