W styczniu ruszyła od dawna spodziewana, wielka ofensywa Amii Czerwonej. 17 stycznia 1945 roku armia sowiecka i ludowe wojsko polskie zajęły Warszawę i front przetoczył się dalej na zachód. Miasto było zrujnowane. Trzeba wiedzieć, że ogromne zniszczenia, nie były tylko efektem walk w czasie Powstania Warszawskiego. Po jego upadku, na rozkaz Hitlera, Niemcy systematycznie palili i burzyli dom po domu, ulicę po ulicy. Centrum Warszawy było morzem ruin i wielkim cmentarzyskiem, kryjącym szczątki ponad dwustu tysięcy jej mieszkańców. Nie było w nim również, poza nielicznymi wyjątkami, żywych ludzi. Hitlerowcy bowiem, po upadku Powstania, wysiedlili z centralnych dzielnic miasta wszystkich jego mieszkańców, a potem nie pozwalali wracać. Zresztą olbrzymia większość Warszawiaków nie miała już do czego wracać, zwłaszcza, że trzeba byłoby się ukrywać, zdobywać pożywienie (na pustyni) i marznąć, bo dym z ognisk sprowadziłby na głowy nieszczęście. Gdy jednak Niemcy zostali wyparci, Warszawiacy zaczęli wracać na ruiny swoich domów.
Między innymi, razem ze swoją mamą wrócił też Placek, który jesienią, w Krakowie prowadził zastęp Szesnastki złożony z takich jak on wygnańców. Od razu też, podjął próbę wznowienia działania Drużyny. Łatwo sobie wyobrazić, w jak trudnych warunkach to się odbywało. Trudnych nie tylko z powodów materialnych, ale też ze względu na stan ducha harcerzy jaki temu towarzyszył. Była nadzieja, ale była też ogromna niepewność i niepokój.
Żeby zrozumieć ów niepokój trzeba wyjaśnić, w jak trudnej sytuacji znalazła się wtedy Polska, Dążeniem Stalina było podporządkować sobie po wojnie całą wschodnią Europę wraz z Polską. Na skutek umów z aliantami, czyli ze Stanami Zjednoczonymi i z Wielką Brytanią, miał na to od nich zgodę, ale nie całkiem wolną rękę. Alianci uznali, że zaanektowane przez ZSRR w 1939 roku kresy wschodnie Rzeczpospolitej, są już integralną częścią sowieckiej Białorusi i Ukrainy. W ten sposób kosztem Polski zapłacili Stalinowi za sojusz w walce z Niemcami. Ale nie dotyczyło to Polski centralnej, do której w ramach rekompensaty za utracone na wschodzie terytorium, miały zostać włączone tzw. ziemie północne i zachodnie, czyli Pomorze oraz Górny i Dolny Śląsk. Tu, zgodnie z umową jałtańską, miało powstać niepodległe państwo polskie, a Polacy w drodze demokratycznych wyborów, mieli wybrać swój rząd oraz kierunek dalszej polityki. Nie ulegało wątpliwości, że wybór ten nie mógł być w pełni swobodny. Granicą swobody było pozostanie tego nowego państwa polskiego w sowieckiej sferze wpływów i w mniejszej lub większej zależności od ZSRR. O stopniu tej zależności mieli zdecydować Polacy w ramach mechanizmów demokracji. Stalin na wschód od Bugu musiał więc zachowywać pozory. Przynajmniej tak długo jak długo trwała wojna i alianci byli mu potrzebni do pobicia Niemców. Skoro nie mógł włączyć Polski do ZSRR jako kolejnej republiki, zdecydował się na utworzenie pozornie tylko suwerennego państwa polskiego, administrowanego przez całkowicie mu podległy, komunistyczny rząd. Jednym z głównych zadań tego tymczasowego rządu było, przy pomocy terroru, złamać polski opór i skłonić Polaków do uległości w mających odbyć się wyborach. Na terenach zajętych przez Armię Czerwoną z miejsca do pracy przystępowało NKWD wspomagane przez polskich renegatów. Ujawniających się żołnierzy AK oraz polityków i lokalnych działaczy Polskiego Państwa Podziemnego potajemnie mordowano lub uprowadzano na Sybierię, a w najlepszym razie aresztowano pod zarzutem zdrady i kolaboracji z Niemcami. Jednak, w przeciwieństwie do hitlerowców, komuniści stosowali swój terror w sposób skryty, przedstawiając się szerokim masom w roli wyzwolicieli i dobroczyńcy ludzkości. Świadomość faktycznego stanu rzeczy nie była więc powszechna w całym polskim społeczeństwie. Dlatego w dużej części dawało się nabierać na propagandowe sztuczki komunistów. Jednak w tej części społeczeństwa, które było związane z antyniemiecką i antysowiecką konspiracją zdawano sobie doskonale sprawę z tego, jakimi metodami posługuje się Stalin i do czego zmierza. Świadomość tę mieli również instruktorzy i młodzież harcerska związana z Szarymi Szeregami.
W lipcu 1944 roku w zajętym przez sowietów Lublinie, czyli w pierwszym większym mieście na terenie przyszłej Polski, Stalin zainstalował swój, utworzony jeszcze w Moskwie, rząd mający administrować oczyszczanymi z Niemców terenami i zwalczać wszelkie patriotyczne siły społeczne, które mogłyby sprzeciwiać się sowietyzacji Polski. Rząd ten nazywał się Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego „PKWN”. Już w nazwie tego tworu krył się podstęp. Polski? Wyzwolenia Narodowego? Przecież komuniści zwalczali wszystko co narodowe, mordowali patriotów, a za cel mieli wyzwolenie klasowe mas chłopskich i robotniczych, czyli kryjącą się za tym pustym frazesem, rewolucję komunistyczną i wyzysk całego społeczeństwa. Nazwa PKWN była tylko jednym z wielu elementów podstępnej polityki udawania, że polskim komunistom zależy na narodzie, na Polsce, na tradycjach narodowych i na tym wszystkim, za co w latach obu okupacji, Polacy oddawali życie i za czym tęsknili. Jedną z tych cennych dla Polaków spraw było harcerstwo. W ramach tej samej polityki tworzenia pozorów, komuniści zamiast, na siłę tworzyć nową, własną organizację dla młodzieży szkolnej, działającą w oparciu o wzorce sowieckich pionierów, postanowili odtworzyć bliski Polakom ruch harcerski, ale robiąc to w taki sposób, by zachować nad nim pełną kontrolę i przejąć go do realizacji własnych politycznych celów, czyli do indoktrynacji politycznej młodzieży.
30 grudnia 1944 resort oświaty PKWN wydał rozporządzenie w sprawie wznowienia działalności ZHP. Na tej podstawie powołano Tymczasową Naczelną Radę Harcerską, do której weszli komunistyczni działacze młodzieżowi oraz, dla ozdoby, kilku instruktorów harcerskich, znanych wcześniej z lewicowych poglądów i zdecydowanych na współpracę z sowietami. Liczono na to, że na zajmowanych przez armię sowiecką terenach, ruch harcerski odtworzy się spontanicznie i powstające drużyny, zameldują się po instrukcje do jawnych i całkowicie oficjalnych terenowych komend harcerskich, nie interesując się zbytnio tym, przez kogo będą one utworzone. Skoro ogłoszono w naszej miejscowości reaktywowanie się hufca ZHP, to meldujemy się w tym hufcu i zaczynamy harcerską robotę. To, że owe hufce były tworzone przez lokalnych komunistów i w pełni przez nich kontrolowane było skrzętnie ukrywane. Na potrzeby nowego rewolucyjnego modelu wychowania komuniści stworzyli, a właściwie podrobili tradycyjny tekst Prawa I Przyrzeczenia Harcerskiego, tak aby przy zachowaniu zewnętrznych pozorów harcerstwa wypełnić je marksistowsko-leninowską treścią wychowawczą.
Placek, który po powstaniu, znalazł się wraz z mamą w Krakowie, doskonale wiedział, w co grają komuniści, gdyż nawiązał tam kontakt z kilkoma instruktorami Szarych Szeregów, w tym Zawiszakami, którzy się tam ukrywali i byli w sprawie zorientowani. Kraków po upadku Powstania Warszawskiego stał się na kilka miesięcy centralą konspiracji harcerskiej. Tam przeniosła się część „Pasieki” czyli Głównej Kwatera Szarych Szeregów: Leon Marszałek (naczelnik), Aleksander Kamiński i Zawiszak - Kazimierz Koźniewski. Tam też, w lutym 1945 roku, po ucieczce z niewoli, dotarł także Stanisław Broniewski Orsza (były naczelnik). Byli oni zdania, że na terenach zajmowanych przez sowietów, nie należy kontynuować konspiracji skierowanej przeciwko komunistom, ale podejmować próby jawnej i legalnej działalności harcerskiej, z tym, że bez wchodzenia w struktury organizacji tworzonej przez narzucone Polsce władze. Aby to ułatwić i nie dawać komunistom pretekstu do ewentualnych represji, ostatni Naczelnik Szarych Szeregów hm. Leon Marszałek, w dniu zajęcia przez Sowietów Warszawy i w przeddzień wejścia ich wojsk do Krakowa, czyli 17 stycznia, wydał rozkaz nakazujący rozwiązanie się struktur Szarych Szeregów na terenach uwalnianych od Niemców. Wyjaśnijmy, że Szare Szeregi, będąc częścią Armii Krajowej, były przez komunistów traktowane wrogo. Zaledwie kilka dni później komuniści zaczęli rozlepiać w całej Polsce słynny plakat z hasłem „AK – zapluty karzeł reakcji”, dając dobitny wyraz temu, jak zamierzają traktować żołnierzy, którzy walczyli o Polskę.
Oto przed jakim dylematem stanął, niespełna 17-to letni wtedy Placek, gdy w marcu, po powrocie do Warszawy spotkał Kacpra - Jurka Kacprzyńskiego, który przyłączył się do Szesnastki w Powstaniu. Co w tej sytuacji mieli robić? Działać? Czy może czekać, jak rozwinie się sytuacja?
Postanowili działać. Jeszcze w marcu Placek powiesił na zriunowanym gmachu szkoły Staszica, odręcznie napisane ogłoszenie informujące, że 16 Warszawska Drużyna Harcerzy wznawia swoją działalności i zbiórka chętnych chłopców odbędzie się w sobotę, w tym właśnie miejscu. Dręczony ciekawością przez cały tydzień oscylował wokół Placu Politechniki obserwując, czy ktoś czyta ogłoszenie. Wtedy ludzie czytali wszelkie ogłoszenia, a były ich tysiące. Szukali się nawzajem, więc wieszali je we wszystkich miejscach, gdzie była szansa, że członkowie ich rodzin i przyjaciele mogą się pojawić. Innego sposobu nie było. Więc i na ruinach szkoły było tych ogłoszeń sporo, a przy nich zawsze jakaś grupa ludzi. Nikogo jednak znajomego nie spotkał.
Gdy nadszedł wyznaczony termin zbiórki, Placek z bijącym sercem pojawił się przed szkołą. Ku ogromnej radości, już z daleka dostrzegł kilkudziesięciu osobową gromadę chłopaków siedzących na zwałach gruzu i czekających na autora ogłoszenia. Wszyscy nowi. Oprócz Kacpra, ani jednego harcerza z Szesnastki. Chłopaki byli w różnym wieku. Kilku najmłodszych z mamami dyskretnie stojącymi w pewnej odległości. Byli też starsi od Placka - część z przeszłością konspiracyjną, ale i tacy, co do konspiracji nie trafili, a przed wojną byli jeszcze za młodzi by zaznać harcerstwa. Tych zwabił znany jedynie z opowieści starszych kolegów urok zakazanego przez lata owocu i wojenna legenda Szarych Szeregów. Placek zarządził zbiórkę i tak to się zaczęło.
Na początku praca się rwała. Rotacja harcerzy była ogromna. Jedni odchodzili, drudzy przychodzili. Nic dziwnego. Ich rodzice szukali lepszego lokum w innych częściach miasta lub opuszczali Warszawę i wyjeżdżali na ziemie odzyskane. Wszyscy byli w ciągłym ruchu. Placek wybrał więc tych, którzy mieli w miarę stabilną sytuację i zaczął ich intensywnie przygotowywać do roli zastępowych. Zgodnie z zaleceniem kierownictwa Szarych Szeregów, Drużyna choć działała jawnie, nie zameldowała się pod rozkazy oficjalnego ZHP.
8 maja padły ostatecznie hitlerowskie Niemcy. Radość w Warszawie była przeogromna.
Do maja udało się Plackowi sformować dwa stabilnie działające zastępy. Wtedy Józek postanowił, mimo wszelkich oporów, zgłosić drużynę do działającego już hufca Śródmieście. Został powitany z otwartymi ramionami. Okazało się, że działali tam już dawni instruktorzy harcerscy i mimo komunistycznej "czapki", hufiec funkcjonuje na całkiem normalnych zasadach.
W maju Szesnastka, skromnie reprezentowana przed jeden, za to dobrze umundurowany, zastęp wzięła udział w zlocie chorągwi w podwarszawskich Ząbkach. Według relacji Placka, były tam gry, ćwiczenia, gawędy – słowem harcerskie zajęcia, a Szesnastka „wzięła pierwsze miejsce”. Było to pierwsze oficjalne wystąpienie Szesnastki po zakończeniu wojny.
Na zlocie doszło do niespodziewanego spotkania ze Zbyszkiem Stokiem, Tadkiem Sułowskim i Jankiem Stokowcem z szesnastkowego patrolu BS, który pierwszego dnia Postania, w składzie batalionu „Garłuch”, bez powodzenia atakował Okęcie. Okazało się, że trzej Zawiszacy, którzy po powstaniu jeszcze przez całą jesień walczyli w partyzantce, zostali zwolnieni do cywila dopiero 17 stycznia. Tego dnia rozwiązano Powstańcze Oddziały Specjalne „Jerzyki” gdzie mieli swoje przydziały. Już dwa dni później dotarli do Warszawy. Znaleźli sobie bardzo wygodne lokum na niezniszczonym Żoliborzu i tam od razu zaczęli organizować harcerstwo. Stok był komendantem hufca Żoliborz, który wspólnie założyli, a Suła odtwarzał działająca dawniej na tym terenie 14 WDH. Podczas zlotu, wspólnie z Plackiem ustalili, że nie ma co porzucać dobrze rozwijającej się pracy na Żoliborzu i wracać do Szesnastki. Przynajmniej tak, to zakomunikowano w drużynie, harcerzom Szesnastki, którzy bardzo się cieszyli z tego spotkania.
Było jednak drugie dno tej decyzji. Placek wyjawił je dopiero po latach. Suła ze Stokiem bardzo szczerze poinformowali Placka, co oni tam robią na Żoliborzu, że mają kontakt z „lasem”, a konkretnie z dowódcą Jerzyków - Jerzym Strzałkowskim i wykonują zlecane przez niego zadania. „Jerzy”, który był psychologiem, rozpuszczając swoje oddziały, prosił tych, o których wiedział, że mają przeszłość harcerską, by starali się chronić młodzież przed wpływem komunistów, zalegalizowali się i czekali na kontakt. Cała nasza trójka była na lewych papierach. Cieszyła się zaufaniem władzy, między innymi przez dobre układy w Związku Walki Młodych (ZWM), czyli pośrednio z bezpieką. Wyrazem tego zaufania było choćby to, że Stok dostał od oficera stojącego na czele ZWM, pistolet do obrony przed bandytami, czytaj - partyzantami. To sprawia, że mogą teraz działać na Żoliborzu z wielkim rozmachem w harcerstwie i jednocześnie pomagać dowódcy Jerzyków w legalizacji i przerzucie na Zachód swoich kolegów z lasu, którzy są ścigani przez UB i NKWD. Placek uznał, że dwuznaczna sytuacja w jakiej się znajdują jest zbyt ryzykowna dla jego drużyny. Z jednej strony jawne kontakty z bezpieką, które w Szesnastce uważano by za zdradę, zwłaszcza przy braku możliwości odkrycia drugiego dna, a z drugiej ryzykowna współpraca z podziemiem niepodległościowym. Suła z dwoma Stokowcami został więc na Żoliborzu.
Jak się niebawem okazało, Placek miał doskonałą intuicję. W pod koniec lipca nastąpiła wpadka w środowisku Jerzyków i bezpieka wykryła mistyfikację wokół hufca Żoliborz. Zbigniew Stok został aresztowany, a Sule i Jankowi udało się uciec. Gdyby Szesnastka, w tym momencie miała z nimi jakieś ścisłe związki, represje dotknęłyby także Drużynę.
W czerwcu na skutek ustaleń zawartych między aliantami doszło do utworzenia w Polsce Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Na mocy tego porozumienie 25% tek ministerialnych w tym tymczasowym gabinecie miało przypaść stronnictwom reprezentowanym w rządzie londyńskim, a w zamian za to, mocarstwa zachodnie miały uznać taki rząd za legalny. Zadaniem TRJN było przygotować i przeprowadzić wolne, demokratyczne wybory. Mimo, że dysproporcja na rzecz komunistów była przytłaczająca, Polacy dostrzegli w tym rządzie nikłe światełko w tunelu. 27 czerwca do Warszawy przybył były premier rządu polskiego na uchodźctwie, przywódca PSL - Stanisław Mikołajczyk, który jako jedyny z polityków londyńskich, mimo osobistego ryzyka, zdecydował się wrócić do Polski i wejść w skład tego tymczasowego rządu. W Warszawie witany był entuzjastycznie. Gdziekolwiek się pojawił, tam towarzyszyły mu tłumy ludzi. Wznoszono antykomunistyczne okrzyki. Powrót Mikołajczyka oznaczał w praktyce, że w niewolonej przez Armię Czerwoną i rodzimych zdrajców Polsce, będzie mogła zacząć działać legalna opozycja i to pod alianckim parasolem ochronnym. Była nadzieja, że wybory się odbędą i Polacy będą mogli wyrazić w nich swoją wolę. W tym fetowaniu Mikołajczyka uczestniczyła również Szesnastka. Placek wspomina, że Drużyna „defilowała przed Mikołajczykiem”.
W drugiej połowie sierpnia, a dokładnie w dniach od 21 sierpnia do 2 września, chłopcy zorganizowali sobie obóz w Dąbrowie koło Radomia. Był to XXIII obóz letni Szesnastki. Z powodu braku namiotów obóz był zlokalizowany w leśniczówce. Komendantem był HR Józek Przewłocki, oboźnym – HO Adam Bromke, sekretarzem – Sylwan Ganeczko. W obozie uczestniczyło 21 harcerzy w 2 zastępach: Wigry – zast. Stanisław Kubera i Orłów – zast. Zygmunt Hübner (później znany aktor, reżyser i dyrektor wielu renomowanych teatrów, w tym Teatru Powszechnego w Warszawie). Na tym, dość krótkim obozie, a właściwie kolonii, przeprowadzono szereg gier i ćwiczeń harcerskich zakończonych próbami na stopień młodzika.
W kronice obozu znajdujemy zdanie, które można uznać za misję odradzającej się Drużyny, odzwierciedlające stan ducha harcerzy. Chcieli odbudowywać swój kraj.
(…) Rozpoczynamy pracę w Wolnej Polsce. To nic, że ciężkie mamy warunki, że Polska jest umęczona, zbolała, zniszczona przez pięć lat okupacji niemieckiej „Kulturträgerów”. Otóż otwiera się przed Polakami szerokie pole do pracy przy odbudowie Ojczyzny. W pracy tej nie może zabraknąć żadnego z nas – harcerzy, a tym bardziej Zawiszaków (…) .
Leśniczówka, w której stacjonowała Szesnastka była do niedawna punktem kontaktowym oddziałów partyzanckich operujących w Puszczy Kozienickiej i w Górach Świętokrzyskich. Między innymi tam właśnie, Tadek Sułowski po upadku powstaniu, czekał na oddział „Doliny”, do którego miał dołączyć. Nadal pełniła podobną rolę. To czytelny znak, że Placek miał jakiś kontakt z antysowiecką konspiracją. Zaraz dowiemy się, czy miało to ciąg dalszy.
Kilka dni po powrocie z obozu doszło do kolejnego spotkania Placka z Sułą. Rozmowa trwała kilka godzin. Suła liczył, że wobec utraty możliwości działania na Żoliborzu, Placek zaprosi go do Szesnastki. Tak się jednak nie stało, o co Suła miał później, przez wiele lat, żal do Placka. Jednak można to zrozumieć. Suła mógł ściągnąć niebezpieczeństwo na harcerzy Szesnastki. Był przecież ścigany. Wprawdzie na Żoliborzu miał lewe papiery, ale konfidentów wtedy w Polsce nie brakowało i ktoś z ZHP, podczas jakiegoś zlotu czy wizytacji mógłby go rozpoznać.
21 września, przyjechał do Warszawy generał Dwight David Eisenhower, zwycięski dowódca alianckich sił ekspedycyjnych w Europie Zachodniej i przyszły prezydent USA. Nasi harcerze, podobnie jak większość Warszawiaków, chcieli swoją obecnością złożyć hołd zwycięskiemu generałowi. Przed Belwederem, gdzie odbywało się spotkanie Eisenhowera z polskimi władzami, zebrały się nieprzebrane tłumy mieszkańców Warszawy. Wśród nich ośmiu czy dziewięciu harcerzy Szesnastki w nowych mundurach. Prezentowali się wspaniale. Dlatego zostali wyznaczeni jako reprezentacja harcerstwa. Stali naprzeciwko reprezentacyjnego oddziału wojska. Czekali w podniosłym nastroju na generała, nie przypuszczając, że za chwilę staną się przyczyną śmiesznego incydentu, który jednak mógł skończyć się wcale niewesoło. Eisenhower był kiedyś skautem, więc kiedy w otoczeniu oficjeli wyszedł z Belwederu i zobaczył harcerzy, od razu skierował się w ich stronę. Podszedł i zaczął ściskać im ręce. Chłopcy wiedząc, o jego skautowej przeszłości postanowili przywitać się z nim skautowym pozdrowieniem – odpowiednikiem naszego polskiego Czuwaj! Z całych sił trzykrotnie zakrzyknęli „Be prepared”, co znaczy "Bądź gotów". Generał uśmiechnął się, podziękował i poszedł dalej. Tymczasem stojący za harcerzami tłum podchwycił ów okrzyk. Zgromadzeni tam ludzie, w ogromnej większości nie zrozumieli angielskich słów i wydało im się, że padło hasło „Bij Pepeer!” Rozradowany tłum, tak waśnie skandując, powtarzał wzniesiony przez harcerzy okrzyk. I niosło się to falą w coraz dalsze rejony zgromadzenia. Aż dziw, że nikogo później za to nie ścigano.
Zresztą do końca nie wiadomo czy były z tego powodu jakieś represje. Grunt, że chłopakom Placka nie spadł włos z głowy. Może dlatego, że zaraz po spotkaniu z generałem zniknęli. Wsiedli do pociągu i wraz z dużą reprezentacją harcerstwa warszawskiego udali się do Katowic na wielki zlot harcerski z okazji 25-lecia istnienia Harcerstwa Górnośląskiego. Zlot ten odbywał się dniach od 21 do 27 września 1945 r. i zgromadził ponad 40 tysięcy harcerzy ze Śląska i z całej Polski.
W tym właśnie czasie Placek oznajmił swoim harcerzom, że dłużej nie może być ich drużynowym, gdyż musi wyjechać z mamą z Warszawy. Tylko najbardziej zaufani znali prawdę i wiedzieli dokąd wyjeżdża ich drużynowy i dlaczego. Ojciec Placka po klęsce wrześniowej przedostał się do Francji i całą wojnę służył w Polskich Siłach Zbrojnych na zachodzie. Obecnie był oficerem w Brygadzie Maczka stacjonującej na terenie okupowanych Niemiec. Po wojnie mama Placka, dowiedziawszy się co się dzieje z mężem, postanowiła do niego dołączyć. Jeszcze we wrześniu oboje z Plackiem wydostali się w z Polski przez zieloną granicę W tamtym czasie nie było zbyt trudne jako, że nikt jeszcze nie zaprzątał sobie głowy pilnowanie granic. Ludzie przechodzili przez nie w obie strony. Cała rodzina pozostała w Anglii na stałe.
W tym miejscu musimy znów spojrzeć szerzej na Polskę i na harcerstwo, aby zrozumieć co się dalej działo z Szesnastką.
Harcerstwo odtwarzało się w sposób żywiołowy. Starsza młodzież tęskniła za harcerskim życiem jakiego zaznała jeszcze przed wojną, a młodsi marzyli o przygodach, o jakich opowiadali im starsi. Jeszcze silniej działała legenda AK i Szarych Szeregów. Był jeszcze jeden magnes. Bardzo szeroko garneli się do harcerstwa, zwłaszcza młodzi ludzie wrogo nastawieni do władzy ludowej. Harcerstwo stwarzało im dość komfortową możliwość pielęgnowania i uzewnętrzniania swojej patriotycznej postawy, a jednocześnie uczestniczenia w całkowicie legalnej działalności. Wtedy jeszcze, jedyną alternatywą było tylko podziemie. Odtwarzały się więc stare drużyny i tworzono nowe. Ruch rozszerzał się błyskawicznie. W tym czasie liczył już sobie ok. 200 tysięcy harcerek i harcerzy. Jego nieformalnym przywódcą stał się hm. Aleksander Kamiński - legenda przedwojennego i szaroszeregowego harcerstwa, który obecnie otwarcie już namawiał dawnych instruktorów do włączenia się w nurt obecnego ZHP, nawet pomimo wszelkich ryzyk z tym związanych. Argumentował, że nie wolno opuścić młodzieży i oddać jej na żer sowieckiej indoktrynacji. Masowy powrót do służby dawnych instruktorów stworzył sytuację, której komuniści do końca chyba nie przewidzieli. Okazało się, że tracą kontrolę nad powołaną przez siebie organizacją, która w, tak zwanym terenie, ani myślała stosować się do wytycznych płynących z PPR. Widząc co się dzieje i że za chwilę stracą tę kontrolę całkowicie, zdecydowali się pójść na kompromis. W październiku 1945 r. Aleksander Kamiński i Kazimierz Koźniewski (który przedstawiał się jako ostatni Naczelnik Szarych Szeregów, powołany na te funkcję przez Leona Marszałka w dniu 17 stycznia), wynegocjowali z komunistycznymi władzami ZHP, że instruktorzy Szarych Szeregów, którzy się ujawnili, będą mogli oficjalnie wejść do związku i pracować z młodzieżą bez obawy aresztowania i wywiezienia na Syberię, co się niestety wcześniej zdarzało. Jesienią uzgodnienia te zostały ogłoszone i do ZHP zameldowali się nawet ci instruktorzy, którzy wcześniej, zgodnie z konspiracyjnymi zaleceniami, z rezerwą zajmowali pozycję wyczekującą.
W przypadku Szesnastki zbiegło się to z wyjazdem Placka. W październiku drużynę objął, nie kto inny, jak właśnie, hm. Kazimierz Koźniewski, Zawiszak – dawny redaktor naczelny Sulimczyka, publicysta, kurier rządu londyńskiego, instruktor Głównej Kwatery Szarych Szeregów i wtedy bliski współpracownik Aleksandra Kamińskiego. Wydawało się, że Szesnastka po wyjeździe Placka nie mogła trafić lepiej. Na jej czele stanął związany od lat z Drużyną, doświadczony harcmistrz z niebyle jaką przeszłością, w dodatku odgrywający obecnie bardzo ważną rolę w negocjacjach z komunistycznymi władzami ZHP.
Jednak harcerze, z dumą witający swojego nowego drużynowego, nie mogli wiedzieć, że Koza tych negocjacjach pełnił dwuznaczną, zaskakująco uległą wobec komunistów rolę. Już przed wojną, będąc redaktorem naczelnym Sulimczyka, nie krył się ze swoimi lewicowymi poglądami. Teraz w Polsce Ludowej czuł się jak ryba w wodzie i być może mając jakieś zastrzeżenia, generalnie popierał dokonującą się „dziejową, rewolucyjną zmianę”. Już przed wojną publikując w prasie harcerskiej, walczył piórem o to, co teraz komuniści zamierzali zrobić z harcerstwem. Między innymi o wychowanie laickie i kształtowanie rewolucyjnej wrażliwości na, tak zwaną sprawiedliwość społeczną. Jednocześnie, był przy tym, zwolennikiem zachowania wielu elementów tradycji i metody harcerskiej. Szesnastka pod jego kierownictwem musiała więc zmienić kurs, na jaki wcześniej próbował wprowadzić ją Placek. Koza zdecydowanie uciął podjęte przez chłopców próby nawiązywania kontaktów z powojenną konspiracją. Szesnastka nie angażowała się też, jak inne, powstające w tym czasie drużyny, w jawną działalność opozycyjną. Choć nie prowadzono w niej komunistycznej indoktrynacji, to jednocześnie brakowało wyraźnego sprzeciwu wobec coraz bardziej rozzuchwalonej władzy komunistycznej. Była to sytuacja mocno nietypowa w ówczesnym harcerstwie. Podczas gdy większość drużyn prowadzonych przez dawnych i szaro-szeregowych instruktorów, ustawiała się pod wiatr, Szesnastka stopniowo odwracała się do wiatru.
W tym czasie drużyna powróciła do Gimnazjum i Liceum im. St. Staszica jako swego tradycyjnego terenu działania. Z tym, że wobec tego, że budynek szkoły był zrujnowany, Staszic mieścił się teraz w gmachu Gimnazjum i Liceum im. S. Słowackiego i swoje zajęcia szkolne prowadził po południu, na drugiej zmianie. Drużyna została bardzo przychylnie przyjęta przez Dyrekcję Szkoły, a jej opiekunem, jak wcześniej, został prof. Witold Berezecki.
Koza okazał się dobrym organizatorem. Wkrótce przeprowadzono nabór w szkole i Drużyna rozrosła się do czterech zastępów: Żbików, Rysiów, Sokołów i Jeleni. Podzielono je na 2 plutony. Drużynę zasilili też Zawiszacy z konspiracyjnej Szesnastki. Zastępy prowadzili: Romek Iżyłowski, Stefek Brzeski, Janusz Ratajczak, Marek Jaczewski. Ten ostatni był równocześnie drugim, obok drużynowego plutonowym i jego zastępcą. Członkostwo starano się ograniczyć do uczniów Szkoły im. Staszica.
Kazimierz Koźniewski w swojej „Gawędzie o Szesnastce Zawiszy Czarnego” wspomina: „Nosiliśmy biało-granatowe chusty do zielonego munduru, jako że znikąd jeszcze nie można było kupić ani sprawić sobie tradycyjnych krajek Szesnastki. Zbiórki w szkole mogły się odbywać tylko w niedzielę lub święta. Budynek przy ulicy Wawelskiej zajęty był niemal 24 godziny na dobę przez dwa gimnazja – Staszica i Słowackiego. Zastępy spotykały się więc rozmaicie – a to w mieszkaniach, jeżeli jakieś było ocalone, a to w niedalekim ogródku jordanowskim na Wawelskiej, a to w klasach gmachu gimnazjum im. Słowackiego. Pamiętam, że przez jakiś czas pojawiałem się niemal na każdej zbiórce każdego zastępu i po prostu powtarzałem, odtwarzałem zbiórki znane mi sprzed lat. Tak uczyłem zastępowych i chłopców harcerstwa. Kronikarz drużyny zanotował, iż byłem bardzo srogi i szalenie surowo weryfikowałem wszelkie posiadane przez chłopców stopnie i sprawności. Nie przypominam sobie tej srogości. Pamiętam natomiast, jak coraz więcej było w drużynie chłopców – trzydziestu, może nawet czterdziestu – i jak wyglądał nasz dwuszereg stojących przede mną, z każdym miesiącem coraz staranniej i bardziej po harcersku ubranych (…)".
Koza tak charakteryzuje ten okres odradzania się Szesnastki: „Drużyna, jako gromadka chłopców chcących nosić cyfry 16 i nazywać się Zawiszakami, odrodziła się więc szybko – ale proces przekształcania się w prawdziwą drużynę harcerską trwał dłużej i przebiegał zupełnie inaczej niż po pierwszej wojnie światowej, choć również zmieniali się drużynowi i drużyna cierpiała na brak instruktorów. Miała jednak Szesnastka paru starszych przyjaciół koło siebie. Przedwojenni Zawiszacy, którzy wracali do Warszawy, chcieli jej pomagać. (…) Pomagały matki z już zorganizowanego KPH (…) I szkole również na drużynie zależało. Drużyna nie była więc zapomniana. Procentowały te kapitały przyjaźni i koleżeństwa, które wokół siebie i u siebie zgromadziła Szesnastka międzywojenna.”
Szesnastka mimo ciężkich wojennych strat, odrodziła się zatem bardzo szybko. Choć brakło krajek i kostek, brakło zakopanego w Powstaniu sztandaru, duch zawiszacki przetrwał. W ciągu roku Drużyna osiągnęła stan 30-40 chłopców w kilku zastępach, nie brakło też wsparcia rodziców, szkoły, ani starszych instruktorów.
KPH
Równocześnie z Drużyną odrodziło się Koło Przyjaciół Harcerzy. Przewodniczyła nadal p. Walentyna Zielińska, a wieloletnią skarbniczką była p. Jadwiga Dusiewiczowa. Do najbardziej aktywnych działaczy należeli: pp. Julia Pułaczewska, Stefania Szeliska, Jadwiga Tereszczenko, Stanisława Pawłowska, Tomasz Cholewa i szereg innych. Naczelnym zadaniem Koła stało się zdobycie, w trudnych powojennych warunkach, środków umożliwiających wyekwipowanie Drużyny i urządzenie obozu letniego. Zaczynano znowu od zera.
Odnotujmy, że w wydanych w czerwcu 1945 roku Wiadomościach Urzędowych ukazał się m.in. komunikat Naczelnictwa ZHP L.1 z dnia 17 kwietnia 1945 roku, w sprawie przejęcia dawnego majątku harcerskiego oraz w sprawach gospodarczych. Zgodnie z treścią komunikatu, Związek Harcerstwa Polskiego objął w posiadanie cały przedwojenny majątek ZHP. Ukazał się również wykaz nieruchomości ZHP aktualny na dzień 31 grudnia 1938 roku, mający ułatwić wykonanie inwentarzy majątku. Wśród spisanych nieruchomości znalazła się również pozycja opisana jako: "Zalesie-Wrzosy - działka pod zarządem K.P.H. 16 W.D.H.". Chodzi o teren zakupiony przez Drużynę przed wojną. Wyjaśnijmy, że nigdy nie udało się Szesnastce tej nieruchomości odzyskać.

Czerwiec 1945 r. Wiadomości Urzędowe - pozycja druga od dołu, po prawej stronie dokumentu wskazuje na nieruchomość należącą do 16 WDH w Zalesiu.
Zawiszacy
Działanie odrodzonej Szesnastki wsparli harcerze konspiracyjnej i powstańczej Drużyny, wstępując do niej. Byli to m.in.: Wiesiek Szeliski, Andrzej Połoński, Rysiek Cholewa, Andrzej Pawłowski, Jurek Kacprzyński. Wspomagali pracę Drużyny również Zawiszacy przedwojenni, m.in. hm Kazik Koźniewski, jako drużynowy, phm Jędrek Zieliński, h.o. Andrzej Pfeffer, Zygmunt Tyszka i inni, przekazując nowym harcerzom tradycje, zwyczaje i ducha Szesnastki.
Zbyszek Stok Stokowiec zorganizował hufiec na Żoliborzu i był jego pierwszym hufcowym. Pomagali mu Janek Stokowiec i ćw. Tadek Sułowski, który odtwarzał 14 WDH.
Wspominając pierwszy rok powojennej działalności drużyny warto dodać, że na terenie okupowanych przez zachodnich aliantów Niemiec, znajdowała się liczna grupa Zawiszaków. Próbował ich zebrać hm. Gustaw Radwański – pilot RAF stacjonujący tam ze swoim 308 dywizjonem myśliwskim „Kraków”. Radwański był wtedy dowódcą eskadry w stopniu kapitana. Docierali do niego weterani Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a także Zawiszacy uwolnieni z obozów jenieckich. Gucio planował stworzyć tam drużynę o specjalności lotniczej. Gdyby historia Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie potoczyła się inaczej, być może mielibyśmy dziś lotniczą filię Szesnastki działającą w ZHP poza granicami kraju. Niestety, impreza musiała się zakończyć, ponieważ straciła swoje oparcie z chwilą rozformowania polskich dywizjonów lotniczych. Ci którzy zostali na zachodzie, głownie w Anglii, długo trzymali się razem, wspierając się w trudnościach, ale wspólnej działalności harcerskiej już nie podjęli. Tylko Gucio, będąc już w Anglii, przez kilka lat prowadził drużynę złożoną z synów zdemobilizowanych żołnierzy, a nawet jeździł z nimi na obozy. Oczywiście, wzorował się w tym na Szesnastce.

Lipiec 1945 r. Zawiszacy i harcerze 16-tki przy samolocie Gucia Radwańskiego na terenie okupowanych Niemiec.

1945 r. Zawiszacy przebywający na okupowanych Niemiec skupieni wokół Gustawa Radwańskiego.
Kazimierz Koźniewski odgrywał bardzo ważną rolę w negocjacjach pomiędzy środowiskiem Szarych Szeregów, a komunistycznymi władzami ZHP. Podawał się przy tym za ostatniego Naczelnika Szarych Szeregów. Twierdził, że objął tę funkcję na mocy tajnego uzgodnienia „Pasieki”, tuż przed ogłoszeniem rozkazu nakazującego rozwiązywanie się konspiracyjnych struktur organizacji na terenach zajmowanych przez Armię Czerwoną. Koźniewski miał ujawnić ten fakt dopiero po przejściu frontu i ustabilizowaniu się sytuacji. Rzekomo, powierzono mu tę funkcję dlatego, że uznano, iż umocowany w ten sposób do reprezentowania w przyszłości szaroszeregowego nurtu tradycyjnego harcerstwa, jako instruktor o, od dawna, jawnie lewicowych poglądach, będzie miał największe możliwości skutecznego negocjowania z komunistami jakiegoś kompromisu w sprawie przyszłości i charakteru ZHP. Historycy spierają się do dziś oto czy mianowanie to faktycznie miało miejsce. Tu znajduje się artykuł będący próbą wyjaśnienia tej sytuacji.
Marek Gajdziński, Dyzma Zawadzki
Stan Drużyny na koniec 1945 r.
- Stan liczebny: 30-40 harcerzy.
- Drużynowy: hm. Kazimierz Koźniewski
- Przyboczny: h.o. Jerzy Kacprzyński
- Zastępy:
- "Żbiki" - zastępowy Roman Iżyłowski
- "Rysie" - zastępowy Stefan Brzeski
- "Sokoły" - zastępowy Janusz Ratajczak
- "Jelenie" - zastępowy Marek Jaczewski
- W hufcu Żoliborz 14 WDH: Zbigniew Stok-Stokowiec, Jan Stokowiec, Tadeusz Sułowski
- Na zachodzie: hm. Gustaw Radwański
Źródła:
- Wojciech Bogusławski, „Kronika 16 WDH im. Zawiszy Czarnego 1911-1986"
- Kazimierz Koźniewski "Gawęda o Szesnastce Zawiszy Czarnego"
- Muzeum Powstania Warszawskiego. Archiwum Historii Mówionej. Józef Przewłocki „Placek”.
- Muzeum Powstania Warszawskiego. Archiwum Historii Mówionej. Tadeusz Sułowski „Tadek”
- Rocznik Historii Harcerstwa tom V Kraków 2009, s. 35. Wojciech Frazik – Harcmiestrz „Jerzy”– Kazimierz Koźniewski jako ostatni naczelnik Szarych Szeregów.
- Wiadomości Urzędowe ZHP 1945-1947
Więcej...
- Relacje - Poza Szesnastką
- Relacje - Lata 1945-1948 we wspomnieniach Janka Tereszczenki
- Panteon - Zygmunt Tyszka
- Panteon - Zbigniew Stok Stokowiec
- Historia - Lata 1945-1949 W Drodze Donikąd
- Polska Kronika Filmowa - Generał General Dwight D. Eisenhower w Warszawie
- Polska Kronika Filmowa - Zlot ZHP w Katowicach