W styczniu wśród szaro-szeregowych instruktorów harcerskich rozeszła się hiobowa wieść o odwołaniu z funkcji Vice Przewodniczącego ZHP hm. Aleksandra Kamińskiego. Fakt ten stał się pewnego rodzaju cezurą oddzielającą okres w miarę swobodnego rozwoju harcerstwa od okresu, w którym komuniści przystąpili do zupełnie już jawnych działań zmierzających do oczyszczenia ruchu z „elementów reakcyjnych”. Jeśli do tej pory, tu i ówdzie, odwoływano tradycyjnie pojmujących harcerstwo instruktorów z funkcji komendantów chorągwi i hufcowych, to czyniono to bez rozgłosu. Często zmuszano ich do samo rezygnacji przy pomocy osobistego szantażu. Teraz zaczęto to robić jawnie, a nawet demonstracyjnie. ZHP liczył sobie już wtedy ok. 300 tysięcy członków. Komuniści uznali, że jest to odpowiedni moment na przejęcie pełnej kontroli nad dobrze już zorganizowanym i okrzepłym ruchem, zwłaszcza, że nie musieli już troszczyć się o zachowywanie pozorów.
W Szesnastce nadal panował marazm. Na początku roku, wobec narastającego kryzysu, dokonano reorganizacji Drużyny i mianowano nowych zastępowych. Nowym przybocznym został ćw. Stefek Brzeski, a sekretarzem Drużyny ćw. Rafał Łaszkiewicz.
Okres zimowo wiosenny charakteryzował się intensywnym szkoleniem w technice harcerskiej. Współpracowano z 80 WDH i drużynami prowadzonymi przez Zawiszaków -146 WDH i 63 WDH, a także z zaprzyjaźnioną 3 WŻDH. Nadal pracował zastęp Bobrów w szkole nr 97.
Wydano kolejny 200 numer Sulimczyka. Z treści artykułów przebija tęsknota za przedwojenną drużyną i chęć nawiązania do dawnych tradycji. Numer otworzył artykuł prof. Witolda Berezeckiego, przedwojennego jeszcze opiekuna drużyny z ramienia szkoły im. Staszica.
Jedno z tych pragnień o powrocie do pełni tradycji wkrótce się ziściło. Staraniem KPH dostarczono Drużynie nowiutkie krajki łowickie. Harcerze otrzymali je przed obozem.
XXVI obóz letni odbył się znów w ramach zgrupowania hufca zlokalizowanego w Wierzycy w pobliżu Kartuz. Komendant obozu Szesnastki był Janek Karczewski, oboźnym Tadek Kalinowski, a gospodarzami: Wojtek Pułaczewski i mł. Janek Pawlikowski.
Obóz w Wierzycy był trzecim i ostatnim obozem, 15-letniego wtedy, znakomitego gawędziarza, Janka Tereszczenko. Po raz trzeci i ostatni możemy się więc cieszyć relacją z obozu jego pióra.
Trzeci obóz "Szesnastki", w Wierzycy nad jeziorem Wierzyckiem, odbywał się już w znacznie zmienionym nastroju. Może dlatego, że zaczynaliśmy już wyrastać z naszych harcerskich mundurków, a może dlatego, że harcerstwo nie miało nam już za wiele do zaproponowania; ale może też i dlatego, że funkcja harcerstwa zaczynała się zmieniać.
Jeszcze przed rozpoczęciem obozu zostałem z kilkoma druhami wydelegowany na "kwatermistrzostwo", w celu zaopatrzenia obozu w słomę do sienników, mąkę, kartofle itd. Zamieszkaliśmy wtedy w małym opuszczonym domku, zaraz koło stacji Wierzyca, nad jeziorem, i stamtąd robiliśmy wyprawy do okolicznych wiosek po prowiant. Nasza kwatera została z zupełnie niewiadomych przyczyn nazwana przez nas: "Kałamarzem", a ponieważ dyscypliny obozowe nie obowiązywały kwatermistrzostwa, było cudownie. Pływaliśmy krypą rybacką po jeziorze, wsłuchiwaliśmy się w charakterystyczną gwarę kaszubską i walczyliśmy z komarami.
Sam obóz, prowadzony przez Janka Karczewskiego ("Karczusia") nie był jednak udany. Atmosfera była napięta, dominowały częste spory, i w ogóle nasze harcerskie obyczaje zaczynały stawać się coraz bardziej anachroniczne. Ponieważ właśnie włączano harcerstwo do "budownictwa socjalistycznego", na obozie w Wierzycy i my włączaliśmy się do harcerskiej Służby Polsce, co manifestowało się głównie zbieraniem stonki ziemniaczanej, którą jakoby amerykańscy imperialiści zrzucali z samolotów na kraje socjalistyczne, by w ten sposób sabotować marsz do socjalizmu, czy coś takiego. Na polach przyległego PGRu było gorąco, nudno i nawet stonki jakoś brakowało, stąd też cały projekt wydawał się dość idiotyczny. Mój przyjaciel Kroszczyński przypomniał mi, że byłem wtedy na obozie dowódcą pontonu (znanego jeszcze z Łańska) i że kiedyś, po wypłynięciu na środek jeziora, okazało się, że a) jesteśmy wszyscy krótkowzroczni, i b) że nasz ponton traci powietrze. „Ledwo zdążyliśmy do brzegu...” -- zakonkludował Kroszczyński.
Ze wspomnień z tego obozu kołacze się w pamięci jakiś zlot w Kostrzewinie, z mszą polową w prażącym słońcu przed kościołem, ale mnie interesowały głównie harcerki z okolicznego obozu żeńskiego. Pamiętam, że zwekslowaliśmy wkrótce w tamtym kierunku, Janek Pawlikowski i JA, i straciwszy wskutek tego poczucie czasu, powrót drużyny do obozu umknął naszej uwagi.
Zbliżała się noc. Transportu już nie było, droga była daleka a najbliższy pociąg dopiero o świcie. Poszliśmy na komisariat Milicji.
„Czy możecie nas panowie przenocować..?”
„No, my tu nie mamy pomieszczeń do spania...” – próbowali wymigać się milicjanci.
„To może w celi...?”
„Zaprowadź ich, Wacek, do świetlicy...”
Aż do odjazdu pociągu spaliśmy na stole pingpongowym. Do obozu dotarliśmy już za dnia i trudno się dziwić, że w obliczu takiego braku dyscypliny napięcia w obozie zaczęły stawać się nie do zniesienia. W konsekwencji, nie czekając na zakończenie obozu, dwaj buntownicy, Pawlikowski i JA, zapakowawszy nasze manatki ruszaliśmy w drogę do stacji, a następnie przez Trójmiasto do Warszawy.
Spacer od obozu do stacji kolejowej trwał około godziny. Niby nic, ot, droga, przez las... Ale ten spacer zapisał się specjalnie w mojej pamięci interesującym dość szczegółem. Idąc bowiem, naburmuszony, perorowałem Pawlikowskiemu a on słuchał. Było to bodaj moje pierwsze w życiu perorowanie o prawdach o "życiu", moja bodaj pierwsza deklaracja ideologiczna.
A więc, dowodziłem-ci JA Pawlikowskiemu, że promulgacja idei przez promulgatora może dawać rezultaty tylko wtedy, jeśli wynika ona z pełnego przekonania owegoż promulgatora o wartości jego idei, i że nie umiera przy pierwszej porażce…! że odnosi się to zarówno do spraw wielkiej polityki, jak i do podbojów erotycznych; że stojąc wobec przeważającej siły (np. komendy obozu), nie należy w żaden sposób deklarować swojej pozycji, dając drugiej stronie całkowitą szansę na zadeklarowanie swojej, a wtedy tylko, poznawszy słabe strony przeciwnika, ustawić swoją politykę na SWOJĄ KORZYŚĆ; że siła osobowości jednostki - wydaje się - zniewala "maluczkich", ale że dając "maluczkim" szansę włażenia sobie na łeb, silna osobowość może być łatwo pokonana; że nikt, w przeświadczeniu wielkości SWOJEJ osobowości, nie powinien nigdy, nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach, zrezygnować ze swojej wielkości itp.
Skąd w środku lasu, takie filozofie u smarkaterii, sam nawet nie mogłem dociec...? Może, w goryczy wywołanej finałem MOJEGO harcerstwa płynęło mi to, po prostu z ust całkiem spontanicznie, żywiołowo...? Czy, stosowałem się później sam do swoich przykazań...? Oczywiście, że nie... Życie - jak się później okaże - będzie znacznie bardziej skomplikowane, i znacznie pełniejsze zasadzek, niż się śródleśnemu filozofowi mogło wydawać. Ale początek został zrobiony.".
Może te filozoficzne wynurzenia najlepiej świadczą o istocie napięcia jakie starsi chłopcy odczuwali w Drużynie?
W lipcu 1948 roku komuniści powołali do życia Związek Młodzieży Polskiej – organizację wzorowaną na sowieckim komsomole, która miała się stać ich podstawowym narzędziem w walce o dusze i umysły młodego pokolenia. Organizacja powstała w wyniku przymusowego połącznia prawie wszystkich kontrolowanych przez komunistów organizacji grupujących młodzież starszą; ZWM, OMTUR, ZMD, ZMW i innych. W tej komunistycznej układance, ZHP miało być, i w dużej części było, organizacją przeznaczoną dla młodzieży szkolnej, a tak naprawdę dziecięcą, gdzie starsza młodzież miała pełnić wyłącznie rolę kadry. Na polecenie partii aktywiści ZMP zaczęli masowo wstępować do ZHP, gdzie od razu, bez jakiegokolwiek przeszkolenia harcerskiego i przy lekceważeniu istniejących wymagań uzyskiwali od razu stopnie podharmistrza i harcmistrza. Ich zadaniem było tępić wszelkie przejawy życia tradycyjnego, badebn-powellowskiego harcerstwa i przez naciski oraz demokratyczne głosowania odsuwać od sprawowania funkcji reakcyjnych instruktorów. Proces ten był kierowany z centralnego szczebla partyjnego i dynamicznie postępował w całej Polsce, także w Warszawie.
Tymczasem po powrocie z obozu Szesnastkę czekały radosne chwile. Szkoła Staszica wróciła z powrotem do swojej starej siedziby na ulicy Noakowskiego 6 przy placu Politechniki. Razem ze szkołą przeniosła się i Drużyna, odzyskując swoją izbę harcerską. Chłopcy mogli zacząć szykować się do pierwszej Choinki „na starych śmieciach". Tyle tylko, że radość z własnego kąta nie była w stanie zagłuszyć napięć i niepokojów.
W Drużynie nadal tkwił jakiś cierń. Odchodzili z niej nie tylko 15-latkowie ale także kolejni drużynowi. Na jesieni odszedł z funkcji Janek Karczewski i zaangażował się w pracę w hufcu. Może ów cierń ranił, a może został do tego zmuszony?
Nie wiedzieć czemu p.o. drużynowym został wtedy wywiadowca Jacek Dąbrowski, który przeprowadził się do Warszawy ze Śląska i dopiero od kilku miesięcy był w Drużynie. Czy nie było wtedy w Szesnastce bardziej „swojskich” kandydatów? Czyżby już wtedy, zaczynały się w hufcu działania zmierzające do rozbicia od środka tradycyjnych środowisk harcerskich, złożonych z „elementów reakcyjnych”, do których nowa władza nie mogła mieć zaufania? Sytuacja ta nie trwała jednak dłużej niż miesiąc. Ów p.o. drużynowy nie zaaklimatyzował się w tej roli w Drużynie i również odszedł do pracy w hufcu.
Niemal jednocześnie, w dniu 2 listopada w związku ze zmianą swojego miejsca działania, Szesnastka przeszła z powrotem do hufca Śródmieście.
I wtedy do czynnej pracy w Drużynie wrócili starsi chłopcy, którzy odeszli w atmosferze "swarów i sporów" jesienią 1947 roku. Drużynowym został HO Wiesiek Szeliski z przybocznymi Stefkiem Brzeskim i Edkiem Salwerowiczem.
Rok 1948 skończył się dla Szesnastki dosyć dobrze, mogłoby się zdawać, że idą dla Drużyny lepsze czasy. Napięta atmosfera mogła się wreszcie oczyścić. Można było odetchnąć pełną piersią i przynajmniej we własnym gronie wzajemnie się pocieszać i rozmawiać o czym się chce. A było o czym rozmawiać i czym się przejmować. Terror stalinowski ciągle się nasilał. W 1948 roku odbyła się cała fala pokazowych procesów licznych żołnierzy podziemia, między innymi Stanisława Kasznicy i Witolda Pileckiego. W grudniu z połączenia PPR i PPS powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Komuniści czuli się w Polsce władcami i coraz wyraźniej widać było, że zmierzają do upodobnienia jej do modelu republiki sowieckiej.
KPH
Zarząd i działalność bez zmian. Udało się wykonać tradycyjne krajki dla Drużyny.
ZAWISZACY
1 października – phm. Marek Jaczewski został instruktorem komendy chorągwi i członkiem komisji prób na stopień Harcerza Rzeczypospolitej, a hufcowym Hufca Ochota mianowano phm. Tadeusza Lubańskiego. W hufcu pracował również Jan Karczewski.
6 grudnia - kierownikiem ref. zuchów w hufcu mianowano wyw. Jacka Dąbrowskiego.
Marek Gajdziński, Dyzma Zawadzki
Stan Drużyny na 31.12.1948
- drużynowy: h.o. Wiesław Szeliski,
- przyboczni: Stefan Brzeski i Edward Salwerowicz,
- 3 lub 4 zastępy.
Źródła
- Wojciech Bogusławski, „Kronika 16 WDH im. Zawiszy Czarnego 1911-1986”.
- Kazimierz Koźniewski "Gawęda o Szesnastce Zawiszy Czarnego"
Więcej...