Przypomnijmy po krótce najważniejsze fakty. W marcu 1953 roku zmarł Stalin. Śmierć okrutnego tyrana zaowocowała zelżeniem stalinowskiego terroru, nie tylko w samym ZSRR, ale także w skolonizowanych przez sowietów krajach wschodniej Europy. Zaczęto stopniowo zwalniać więźniów z sowieckich łagrów. W lutym 1956 roku, kolejny władca Kremla - Chruszczow wygłosił na zjeździe sowieckiej partii komunistycznej referat traktujący o zbrodniach i wypaczeniach socjalizmu dokonywanych o okresie rządów Stalina. W marcu 1956 roku, podczas wizyty w Moskwie, zmarł prezydent PRL Bolesław Bierut. Większość Polaków była przekonana, że został tam zamordowany jako jeden z najbardziej lojalnych popleczników stalinizmu. Już samo to, ożywiło społeczne nadzieje na zmianę sytuacji w Polsce. W czerwcu 1956 roku w Poznaniu doszło do strajku generalnego i poważnych zamieszek, które zostały jednak krwawo stłumione przez wprowadzane na ulice miasta wojsko i czołgi (blisko 10 tysięcy uzbrojonych po zęby żołnierzy i 400 czołgów). W starciach ulicznych zginęło 57-miu Polaków, a ponad 600 zostało rannych. W bazach sowieckich ogłoszono najwyższy poziom gotowości bojowej. Miały z nich wyjść dywizje pancerne w celu pacyfikacji reszty kraju, jeśliby rodzimi komuniści nie poradzili sobie ze stłumieniem rebelii. Jednocześnie w najwyższych kręgach kierownictwa PZPR doszło do rozłamu na tle walki o władzę w partii komunistycznej, a tym samym i w Polsce. W jej wyniku do władzy doszedł Władysław Gomułka, który wcześniej został przez Bieruta wyrzucony z partii i kilka lat spędził w więzieniu. 21 października został on I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR, uzyskując w ten sposób najwyższą władzę w ówczesnej Polsce Ludowej. Tego samego dnia wygłosił on na Placu Defilad w Warszawie słynne przemówienie, którym zaskarbił sobie ciepłe uczucia milionów rodaków oczekujących realnej zmiany sytuacji politycznej w kraju. Równocześnie z baz sowieckich wyszły dywizje pancerne i skierowały się w stronę Warszawy z zamiarem krwawego stłumienia buntu. Do pacyfikacji jednak nie doszło, bowiem Gomółka zdołał jakimś cudem przekonać Chruszczowa do siebie. Po latach okazało się, że obiecał samemu spacyfikować bunt, na którego czele stał, tyle, że innymi metodami i uzyskał na to więcej czasu. Wydarzenia te określa się dziś mianem „październikowej odwilży”, która rozbudziła w społeczeństwie polskim ogromne nadzieje i tłumione do tej pory pokłady aktywności.
Dodajmy, że coś podobnego miało miejsce na Węgrzech, gdzie zaczęło się od masowej manifestacji solidarności z polskim październikiem. Doszło do niej 23 października w Budapeszcie. Węgierski bunt miał jednak okrutny koniec. Tamtejsi komuniści wezwali na pomoc Armię Czerwoną, która dokonała na Węgrzech zbrojnej interwencji. Regularna wojna trwało od 3 do 12 listopada. Powstańcy zdobyli dużą ilość broni od zdezorientowanej lub skrycie sprzyjającej im armii węgierskiej. Mogli więc się bronić. Nie długo jednak, bo dysproporcja sił była ogromna. W wyniku walk zginęło blisko 2500 powstańców, 20 tysięcy zostało aresztowanych, a ponad 200 tysięcy Węgrów uciekło z kraju na Zachód. Dzięki zachodnim rozgłośniom radiowym, wydarzenia węgierskie były pilnie śledzone przez polskie społeczeństwo i przyniosły zaskakujący skutek. Polacy nabrali dodatkowego zaufania do Gomółki, widząc w nim polityka zdolnego postawić się Rosjanom i jednocześnie nie dopuścić do krwawej masakry. To pozwala zrozumieć entuzjazm z jakim Polacy przystąpili do obudowy swojego państwa i struktur społecznych jesienią 1956 roku. Nie wiedzieli oczywiście jaką cenę będą musieli zapłacić za powrót sowieckich dywizji do swoich baz i co obiecali polscy komuniści władcom Kremla.
Jesienią 1956 roku w warszawskim Domu Architekta przy ul. Senatorskiej odbyło się spotkanie harcerzy i instruktorów dawnej Szesnastki. Według Kazimierza Koźniewskiego stawiło się na nim ponad 120 Zawiszaków, pod honorowym przewodnictwem Zygmunta Wierzbowskiego. Byli tam również Zbigniew Klarner, Zygmunt Łada, Stefan Jedliński, Andrzej Pfeffer, Andrzej Zieliński, słowem kwiat przedwojennych harcerzy Szesnastki. Spotkanie zakończyło się jednomyślnie. Koza, w swojej Gawędzie o Szesnastce Zawiszy Czarnego przytacza lakoniczne podsumowanie Zyga: "w istniejącej sytuacji odradzania się Związku Harcerstwa Polskiego należy dążyć wszystkimi siłami do restytuowania Szesnastki, jeżeli można przy szkole działającej w gmachu dawnego gimnazjum im. Staszica przy Polnej, jeżeli nie - w jakiejś innej".
Niemal jednocześnie, w kawiarni "Bombonierka" przy Rynku Nowego Miasta spotkała się inna grupa harcerzy Szesnastki - głównie z okresu wojennego i powojennego. Koza przytacza wśród nich takie nazwiska: Włodzimierz Dusiewicz, Jan Karczewski, Andrzej Pawłowski, Edward Salwerowicz, Tadeusz Sułowski, Wiesław Szeliski i inni. Oni również zdecydowali się podjąć dzieło reaktywacji Drużyny. Pięknie pisze o tym Kazimierz Koźniewski we wspomnianej już Gawędzie: "Tak się realizowała ciągłość naszych zawiszackich pokoleń - autentyczna ciągłość Szesnastki, która sprawia, że dzisiaj możemy mówić o siedemdziesięcioleciu, a za pięć lat zapewne o siedemdziesięciopięcioleciu drużyny". Dodajmy, że między innymi, dzięki wspomnianym tu ludziom, możemy dziś mówić o pełnej kadrowej i organizacyjnej ciągłości Szesnastki.
Tymczasem przyszedł grudzień. W Łodzi rozpoczął obrady Krajowy Zjazd Działaczy Organizacji Harcerskiej Polski Ludowej (OHPL). Była to kontynuatorka Organizacji Harcerskiej Związku Młodzieży Polskiej (OH ZMP), czyli tej pionierskiej organizacji, do której po 1949 roku, po zakazaniu działalności ZHP, siłą wcielano młodzież szkół podstawowych próbując ją indoktrynować politycznie. "Działacze harcerscy" OHPL zebrani w Łodzi czuli już na plecach wiatr zmian i próbowali się jakoś ustawić w nowej sytuacji politycznej, jaka wytworzyła się po październiku 1956 roku. Dla większości z nich była to sprawa życiowa - utrzymania swoich etatów. Słowa "działacze harcerscy" nie bez powodu zostały tu ujęte w cudzysłów. Nie byli, ani działaczami, ani tym bardziej, harcerskimi - za swoje "działaczenie" pobierali wynagrodzenie, a OHPL, podobnie jak jej poprzedniczka OH ZMP, była organizacją pionierską zbudowaną wprost na wzorcach sowieckich, działającą w myśl pedagogiki Makarenki. Bojąc się skutków październikowej odwilży, chcieli przemodelować swoją organizację tak aby, choćby tylko pozornie, wpisać się w kierunek zachodzących zmian politycznych, a jednocześnie nie stracić posad i nie zdradzić swoich partyjnych mocodawców. Jednym z postulatów, z jakim część z nich przybyła na zjazd, był powrót do tradycyjnych mundurów harcerskich i do tradycyjnej odznaki - Krzyża Harcerskiego. W gruncie rzeczy chodziło o to, żeby po raz kolejny zamydlić społeczeństwu oczy pozorami. W rzeczywistości OHPL miała nadal pozostać organizacją polityczną wychowującą przyszłych funkcjonariuszy reżimu komunistycznego, tyle że w innych kostiumach, bo pionierska tradycja białych koszul z czerwonymi chustami za bardzo przypominała zbrodnie z minionego okresu "błędów i wypaczeń".
Jednak sprawy potoczyły się nieco inaczej. W pewnej chwili, w trakcie ich zjazdu na salę obrad weszła kilkudziesięcioosobowa grupa, przybyłych z Warszawy, byłych instruktorów Szarych Szeregów i zdelegalizowanego w 1949 roku ZHP. Dołączyli oni do innej grupy, która już wcześniej została zaproszona na zjazd i której przewodził hm. Aleksander Kamiński - legendarny instruktor harcerski, twórca metody zuchowej, autor licznych podręczników metodycznych i równie legendarny instruktor Szarych Szeregów oraz ideowy wódz poprzedniej próby odzyskania ZHP. Od kilku miesięcy prowadził on dyskretne negocjacje z partyjnymi władzami OHPL. Instruktorzy harcerscy zaproponowali komunistycznym działaczom młodzieżowym reaktywowanie ZHP i włączenie się we wspólną pracę harcerską na zasadach sprzed 1949 roku. Okazało się jednak, że był to postulat zbyt radykalny, jak na mentalność partyjnych oportunistów i ich odgórne, partyjne wytyczne. Uchwalono jednak rozwiązanie kompromisowe. Zgodzono się na przywrócenie Krzyża Harcerskiego i lilijki, jako odznak organizacyjnych oraz zielonych i szarych mundurów harcerskich, co i tak było częścią ich planowanej wcześniej "maskirowki". OHPL oficjalnie zmieniło nazwę na Związek Harcerstwa Polskiego i przekształciło swoje pionierskie struktury na obraz i podobieństwo struktury ZHP z końca lat czterdziestych. Tak powstały hufce i chorągwie, Główna Kwatera i Naczelna Rada Harcerska. Komuniści zgodzili się też na włączenie się dawnych instruktorów harcerskich w pracę tej "przefarbowanej na zielono i szaro" organizacji. Aby uwiarygodnić to zaproszenie do wspólnej pracy, powierzono funkcję Przewodniczącego utworzonej na zjeździe Naczelnej Rady Harcerskiej (NRH) hm. Aleksandrowi Kamińskiemu.
Dlaczego komuniści nie godzili się na reaktywowanie dawnego ZHP, a zgodzili się zmienić nazwę swojej własnej organizacji? Na czym polega różnica? Odpowiedź jest prosta. Pozostawienie przy życiu swojej własnej organizacji, nawet ze zmienioną nazwą, pozwalało im zachować pełną nad nią kontrolę, jeśli nawet nie na mocy politycznych decyzji partii i rządu, to na pewno, mocą dziesiątków tysięcy jej obecnych funkcjonariuszy, którzy z dnia na dzień stali się „instruktorami harcerskimi”. Przyjęta przez ów Zjazd deklaracja ideowa Neo ZHP nie pozostawiała żadnych złudzeń. Wystarczy przeczytać ten fragment owej deklaracji.
„ZHP pracuje pod ideowym przewodnictwem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, to znaczy wychowuje człowieka w duchu idei socjalizmu".
Pomimo jednoznacznej wymowy dokumentów ideowych nowego ZHP, w całej harcerskiej Polsce powiało optymizmem. Kto by tam czytał, a tym bardziej przejmował się jakimiś tam komunistycznymi deklaracjami ideowymi. Po dziesięciu latach obcowania z reżimowymi kłamstwami, Polacy mieli słuszne przeświadczenie, że nie należy przejmować się tworzonymi przez komunistów ideologicznymi deklaracjami. Zawsze służyły one tylko uprawianiu prymitywnej propagandy. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać w całej Polsce oddolne inicjatywy mające na celu odtworzenie zlikwidowanych w 1949 roku drużyn harcerskich. Tam gdzie nie było to już możliwe, dawni instruktorzy rozpoczynali tworzenie nowych, działających na nowych - starych zasadach. W taki sposób, najczęściej w większych miastach, oddolnie powstawały liczne drużyny, a nawet nowe hufce. Powszechnie liczono na to, że podobnie jak w połowie lat czterdziestych, tradycyjny ruch harcerski odrodzi się na tyle żywiołowo, że uda się szybko przejąć kontrolę nad całym OHPL-ZHP i w pełni odtworzyć tradycyjne harcerstwo. Na kolejnych kartach tej kroniki przekonamy się, na ile to się udało.
W przypadku Szesnastki sprawy potoczyły w następujący sposób. Delegacje obu grup zawiszackich udały się do hufcowego Stefana Sosnowskiego, by zadeklarować chęć pracy nad odbudowaniem 16 Warszawskiej Drużyny Harcerzy im. Zawiszy Czarnego. Możemy sobie wyobrazić przygnębienie grupy młodych Zawiszaków z "Bombonierki", gdy hufcowy na prośbę o "zaklepanie" numeru 16-tego, odparł, że niestety został on już zajęty. I zaraz potem ogromną radość, gdy odnalazł w notatkach nazwisko Zygmunta Wierzbowskiego, jako tego "starszego pana", który już nazwę Szesnastki zarezerwował. I tak, po przeszło 7-letniej przerwie, z początkiem 1957 roku, Szesnastka wznowiła swoją działalność.
Dyzma Zawadzki i Marek Gajdziński (2026 r.)
Źródła
- Wojciech Bogusławski, „Kronika 16 WDH im. Zawiszy Czarnego 1911-1986"
- Kazimierz Koźniewski "Gawęda o Szesnastce Zawiszy Czarnego"
Więcej...