Rok rozpoczął się znamiennym wydarzeniem. Wznowiono wydawanie Sulimczyka. W skład redakcji weszli: Mirek Łukaszewski - naczelny, Jaremi Gajewski - techniczny oraz Tadek Woźniak, Adam Krynicki i Rysiek Ogonowski jako administrator. W całym roku osiągnięto niemal przedwojenną regularność, wydając do stycznia 1960 roku dwanaście numerów pisma, w tym jeden podwójny (wrześniowy). W pierwszym numerze Tadeusz Sułowski złożył życzenia owocnej pracy, dziękując jednocześnie Kazimierzowi Koźniewskiem i Andrzejowi Pfefferowi, a także redakcji, za wysiłek włożony w odrodzenie pisma.

Podczas dorocznej Choinki, która odbyła się 18 stycznia godność "Honorowego Zawiszaka" otrzymała pani Sabina Szeflerowa.

W lutym w ramach cyklicznej akcji prezentacji drużyn, w Hufcu Ochota zorganizowano "Dwa tygodnie Szesnastki", gdzie Drużyna zaprezentowała wystawę zdjęć z obozów w Karwieńskich Błotach i w Sukowie.

Drużynę prowadzili na przemian Tadek Sułowski z Włodkiem Dusiewiczem, który był już podharcmistrzem. Przybocznym został Jacek Klep, a nieco później Adam Krynicki.

Przypomnijmy, że zarówno Suła jak i Dusza byli już ludźmi dorosłymi z licznymi obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi. To nie jest normalna sytuacja w ruchu harcerskim. Drużynowym powinien być ktoś znacznie młodszy - najlepiej student. Ktoś taki może zwykle wygospodarować sporo czasu na służbę instruktorską. Jednak, minęły zaledwie dwa lata od odtworzenia drużyny po siedmioletniej przerwie. Skąd niby mieliby się wziąć młodsi instruktorzy? Widać jednak, że nie zasypiano gruszek w popiele. W drużynie było już czterech młodych przybocznych Tadek Woźniak "Słoń", Zygmunt Naszydłowski, Jacek Klep i Adam Krynicki.  Naturalni kandydaci na instruktorów i drużynowych. Wkrótce okaże się, że na ich barki spadną obowiązki większe niż te, które zwykle należą do przybocznych.

W programie drużyny położono nacisk na wycieczkowanie w zastępach. W trzecim numerze Sulimczyka Tadek Sułowski w płomiennym artykule namawiał harcerzy do ruszenia się z chlebakami za rogatki Warszawy. Wskazywał jak ćwiczyć na tych wycieczkach techniki harcerskie i żeby zawsze zrobić coś dla innych, coś co by miało walor działania społecznego. Redakcja natomiast ogłosiła konkurs z nagrodami "Kierunek wiosna " na najlepszą wiosenną wycieczkę zastępu.  Plany wycieczek zastępowi mieli dostarczyć redakcji na tydzień przed wyruszeniem i dopuścić do udziału obserwatora w osobie jednego z redaktorów lub przybocznych. Niestety wyniki konkursu ogłoszone w czerwcu nie świadczyły dobrze albo o poziomie działania zastępów albo o poziomie wymagań konkursowych. Nie przyznano żadnej nagrody. Redakcja Sulimczyka jako powód tej decyzji podała - "zbyt niski poziom wszystkich zgłoszonych wycieczek".

19 kwietnia, przy fatalnej pogodzie, Drużyna wzięła udział w koncentracji Hufca Ochota w Raszynie, w miejscu gdzie przed 150 laty rozegrała się pamiętna bitwa. Z powodu ulewnego deszczu zbiorka hufca została rozwiązana.

Również w kwietniu zorganizowana została akcja zarobkowa polegająca na sprzedaży biletów na "Kabaret z zielonym balonikiem" Boy'a. Drużyna osiągnęła w niej kilkutysięczny dochód. Szczególnie wyróżnił się w niej dh. Andrzej Doliński.

W dniach 18-21 kwietnia odbył się II Zjazd ZHP. Już sama numeracja świadczy o tym, że ówczesne władze tego związku widziały korzenie swojej organizacji w 1956 roku i w łódzkim zjeździe aktywu OHPL, tym samym odcinając się kategorycznie od spuścizny przedwojennego harcerstwa. Zjazd miał się odbyć znacznie wcześniej - takie ustalenia podjęto w Łodzi, jednak komuniści zwlekali z jego zwołaniem do momentu zakończenia się czystek instruktorskich w większości hufców i chorągwi. Chcieli mieć całkowitą pewność, że obrady potoczą się w takim kierunku, jaki został wytyczony w komitecie centralnym PZPR. Jeśliby nawet, jakimś cudem na sali obrad znalazła się grupa rewizjonistów i wichrzycieli, czyli zwolenników imperialistycznego skautingu i klerykalnego, przedwojennego harcerstwa, to ich głosy miały utonąć w masie ideowych komunistów i zwykłych oportunistów.  I tak się stało. Partia komunistyczna odzyskała pełną kontrolę nad ponad pół milionową organizacją, a podjęte uchwały otworzyły drogę do odrzucenia tradycyjnej idei i metody harcerskiej oraz upolitycznienia programu działania drużyn. Wszystko to nastąpiło w Neo ZHP w kolejnych latach. Jednak, jak już wspomniano, Szesnastki na razie to nie dotyczyło. Drużyna żyła pod parasolem ochronnym roztaczanym nad hufcem Ochota przez Stanisława Korwin Szymanowskiego i mogła działać zgodnie ze swojej własnym modelem pracy i tradycjami. Mogła też sama decydować o tym, kto będzie stał na jej czele. Przez kilka najbliższych lat, ton Szesnastce będą nadawali Zawiszacy i to oni będą nią kierowali.  To oni będą też wychowywać młodszą kadrę, a nie komisarze partyjni.

W drugiej połowie kwietnia (rozkaz nr. 5/59 z 23.04) kierownictwo Drużyny do wakacji przejął ponownie Andrzej Pawłowski. Włodek Dusiewicz pracował już od ośmiu lat w słynnym teatrze lalek "Baj" i kształcił cię na reżysera filmowego, którym miał wkrótce zostać.  Tadek Sułowski o dwa lata starszy od Włodka musiał zdawać egzaminy i nie mógł tego zaprzepaścić. Po wojnie, aż do 1954 roku siedział w stalinowskim więzieniu za to, że był, jak, to dziś mówimy - żołnierzem wyklętym. Musiał przecież w końcu zdobyć wykształcenie i unormować jakoś swoje życie. Sytuacja trudna bo i Andrzej Pawłowski miał swoje liczne obowiązki rodzinne i zawodowe. Zrozumiałe, że żaden z nich nie był w stanie poświęcić drużynie tyle czasu ile by chciał, a przecież ktoś musiał być drużynowym. Stąd ta dziwna układanka. Wszystkich nurtowało pytanie. Kto w tej sytuacji zorganizuje i poprowadzi obóz? I czy w ogóle się on odbędzie. Na szczęście byli już młodzi przyboczni i to na ich barki spadły związane z tym zadania.

1 maja Drużyna znów musiała wziąć udział w obowiązkowym pochodzie pierwszomajowym.

23 maja odbyła się druga już tego roku koncentracja Hufca w Raszynie. Tym razem pogoda dopisała. Podczas uroczystego apelu hufiec otrzymał sztandar. 

24 maja delegacja Drużyny wraz ze swoim sztandarem uczestniczyła w uroczystościach Zjazdu Wychowanków Szkół im. Staszica. W  gmachu szkoły, który przez prawie wszystkie przedwojenne lata był również siedzibą Szesnastki, odsłonięta została tablica upamiętniająca poległych i pomordowanych w latach 1939-1945 nauczycieli i uczniów tej szkoły. Wśród nich wielu harcerzy Szesnastki. Wzięto również udział w apelu poległych i w nadaniu Szkole Podstawowej nr 45 patrona: Stanisława Staszica.

Odsłonięta tablica pamiątkowa

1959 r. Tablica pamiątkowa poległych i pomordowanych w latach 1939-1945 w gmachu szkoły.

Sztandar Szesnastki podczas odsłonięcia tablicy

1959 r. Sztandar 16WDH przy odsłonięciu tablicy.

W dniach 30 - 31 maja cała drużyna wybrała się na biwak w Nowinkach.

6 czerwca urządzono zabawę taneczną (z bufetem) pomyślaną jako impreza dochodowa. Zaproszenia na nią rozesłano do ośmiu szkół.  Niestety sukcesu finansowego nie odnotowano, przeciwnie "niewielki deficyt".

Przed obozem nareszcie odebrano z zakładu tkackiego w Łowiczu tradycyjne krajki. Teraz wszyscy harcerze Szesnastki mogli już je dumnie nosić. W drużynie działało pięć zastępów: Bobrów (artystyczny), Żurawi, Wilków, Jeleni i Orłów.

Przez cztery kolejno po sobie następujące, wiosenne numery Sulimczyka przetoczyła się dyskusja pt. "Czy jutro będzie lepiej?" sprowokowana listem do redakcji jaki napisał jeden z chłopców, który został wydalony karnie z drużyny. Opublikowane teksty były wyrazem dość powszechnego przekonania, że w Drużynie nie dzieje się najlepiej. Jednocześnie z tekstów tych przebija gotowość harcerzy by w większym niż dotąd stopniu brać odpowiedzialność za swoją harcerską wspólnotę - Szesnastkę. Dobry prognostyk na przyszłość. 

Mimo opisanych wyżej trudności z obsadą obozu udało się go jednak zorganizować. Głównie dzięki hufcowi, rodzicom z KPH i Zawiszakom. XXX obóz letni zlokalizowany był w Przerośli na Mazurach w ramach zgrupowania obozów hufca.  Najważniejsza pomoc przyszła znowu z tej strony, z której można się było jej spodziewać. Do akcji jak zwykle wkroczyli niezawodni Zawiszacy. Trudno dziś określić, kto realnie był komendantem obozu, bowiem zmiany na tej funkcji następowały co kilka dni.  Przez pierwsze dwa tygodnie funkcję tę pełnili kolejno: Edek Salwerowicz, Zbyszek Stok-Stokowiec, Wiesiek Szeliski, Janek Stokowiec, a drugie dwa tygodnie - Tadek Sułowski.

Przypomnijmy. Edek Salwerowicz, rówieśnik Duszy, wstąpił do Drużyny w 1946 roku, w wieku 15 lat i jeszcze przed likwidacją harcerstwa ukończył kurs drużynowych. Zbyszek Stok znalazł się w Szesnastce jeszcze przed wojną i złożył przyrzeczenie w 1938 roku. W konspiracji był zastępowym "Komarów", a więc między innymi Tadka Sułowskiego i Wieśka Szeliskiego. Janek Stokowiec, stryjeczny brat Zbyszka również złożył Przyrzeczenie przed 1939 rokiem. W konspiracyjnej Szesnastce był zastępowym. W Postaniu walczył razem ze Zbyszkiem i Tadkiem na Okęciu i w Puszczy Kampinoskiej w oddziale Jerzyków. Byli to więc w większości stateczni panowie, dobrze po trzydziestce, jeden tylko Edek tuż przed. Wszyscy musieli stanąć na głowie by znaleźć czas, na wsparcie dla Drużyny. Funkcjonowanie obozu opierało się więc faktycznie na bardzo młodej kadrze, która cały czas była na miejscu. Zastępcą komendanta był Adam Krynicki, oboźnym - Tadek Woźniak "Słoń", kwatermistrzem - Bohdan Wichiciel. Wszyscy ukończyli dopiero X klasę liceum.

Pięciou mężczyzn na leśnej drodze

1959 r. Obóz w Przerośli. Młoda kadra Szesnastki podczas czasu wolnego.
Od lewej: Adam Krynicki, nn, Rysiek Ogonowski "Ogon", nn, Tadeusz Woźniak "Słoń".

Harcerzy na tym obozie było 26-ciu w trzech zastępach: Bobrów (zast. Mirek Łukaszewski), Żurawi (zast. Andrzej Kossowski), Wilków (zast. Janek Jedliński - syn Stefana Jedlińskiego).

grupa harcerzy stara sie postawić maszt flagowy

1959 r. Obóz w Przerośli. Stawianie masztu flagowego.

Widok placu apelowego

1959 r. Obóz w Przerośli. Fragment placu apelowego.

dwaj harcerzeniosą znaleziona w lesie czaszkę jakiegoś dużego zwierzecia.

1959 r. Obóz w Przerośli. Znalezisko to posłuży do wykonania totemu. Pierwszy z lewej: Andrzej Lubbe.

Harcerze w strojach cywilnych zbierają w lesie jagody

1959 r. Obóz w Przerośli. Zastęp Żurawi w czasie wolnym na jagodach.

Uczestnicy wspominają bardzo wymagające biegi na stopnie. Kazik Koźniewski w swojej Gawędzie pisze, że biegu na młodzika nie zaliczył nikt. Trzeba było uruchomić dodatkowe szkolenia z technik harcerskich i bieg powtórzyć. Za drugim razem chłopcom poszło znacznie lepiej.

Scena podczas alarmu ćwiczebnego na obozie.

1959 r. Obóz w Przerośli. Paweł Mydlarz ćwiczy przyszłych młodzików w prawidłowym pakowaniu plecaka. 

Harcerz z mapą i busolą w lesie

1959 r. Obóz w Przerośli. Janusz Strużyna podczas biegu harcerskiego.

Harcerz szuka właściwej drogi podczas biegu harcerskiego

1959 r. Obóz w Przerośli. Bieg na młodzika. 

Harcerz melduje sie na przeszkodzie biegu harcerskiego.

1959 r. Obóz w Przerośli. Mirek Łukaszewski, będący przeszkodowym na biegu przyjmuje raport od biegnącego harcerza. 

Znamy wyniki biegu na wywiadowcę: I miejsce - Tomek Błeszyński, II - Rysiek Ogonowski, III - Tomek Biernawski i Andrzej Lubbe.

Harcerz nadaje depeszę przy pomocy chorągiewek sygnalizacyjnych

1959 r. Obóz w Przerośli. Tomek Bleszyński na przeszkodzie z sygnalizacji w biegu na wywiadowcę.

Sprawność "Trzy pióra" zdobyli: Andrzej Kossowski i Tadek Woźniak. 

Poza intensywnymi ćwiczeniami z technik harcerskich wykonano w zastępach wywiady etnograficzne, Drużyna pomogła leśnikom w sadzeniu lasu oraz doskonaląc swoje umiejętności, pomagała w rozbijaniu i zwijaniu obozów innym drużynom.

Po raz pierwszy zorganizowano puszczański obrzęd Przyrzeczenia Harcerskiego w nocy, w lesie, przy ognisku. Tak narodziła się w Szesnastce nowa tradycja. W wielu innych drużynach obrzęd taki stosowano od lat. W Szesnastce przyrzeczenia składało się dotąd na apelu, przed frontem Drużyny, na jej sztandar oraz w obecności gości, w tym rodziców i Zawiszaków. Najczęstszymi okazjami do tego były: Święto Obozu i Choinka. Była to tradycja oparta o wzorce wojskowe, które idealnie współgrały z ogólnym stylem Szesnastki opartym na żelaznej dyscyplinie, dbałości o porządek, o nienaganne umundurowanie i o wzorową musztrę oraz na akcentowaniu osobistej odpowiedzialności za przyjęte zobowiązania. Wprowadzenie nowego zwyczaju, nie było przypadkowe. Szesnastka od jakiegoś już czasu stopniowo łagodziła wojskowe pierwiastki w swoim stylu działania na rzecz podejścia bardziej puszczańskiego opartego na wzorcach propagowanych na przedwojennych kursach wigierskich. Mowa tu o słynnych kursach Chorągwi Warszawskiej organizowanych w formie puszczańskiego obozu na jeziorem Wigry, gdzie ambicją Szesnastki było wystawić swój własny zastęp kandydatów na instruktorów. Zawsze nosił on miano Orłów. Tuż przed wojną część młodej, wychowanej na wzorcach wigierskich  kadry Szesnastki postulowała konieczne w ich mniemaniu zmiany w stylu działania Drużyny. Ale oczywiście wybuch wojny wszystko to przekreślił. W czasie okupacji, dotychczasowy styl doskonale współgrał tym, czym Szesnastka się wtedy zajmowała, czyli z konspiracją, ze szkoleniem wojskowym i z walką.  Po wojnie proces zmagania się tych dwóch tradycji - wojskowej i puszczańskiej - przebiegał krętymi ścieżkami. Raz górę brała ta pierwsza, a po jakimś czasie znów druga. Po odrodzeniu się drużyny styl pracy nadali jej szaroszeregowi instruktorzy, a jednocześnie zaczęły do niej przenikać puszczańskie wzorce płynące z zewnętrznego harcerskiego otoczenia. Między innym, chłopcy którzy byli pół roku wcześniej na zimowisku hufca, wrócili stamtąd zafascynowani puszczaństwem. W pierwszym tegorocznym numerze Sulimczyka ukazał się nawet artykuł pt. "Szesnastka a puszczaństwo" gdzie autor daje wyraz pozytywnym emocjom jakie wywołało w nim uczestniczeniu w przyrzeczeniu harcerskim zorganizowanym przez jedną z obecnych tam drużyn, właśnie w formie puszczańskiego obrzędu. Tak zapewne powstał pomysł obrzędu jaki miał miejsce na obozie. Wybiegając w przyszłość.  W końcu po wielu, wielu latach Szesnastka wypracowała swój własny styl działania, który umiejętnie łączy obie te tradycje. Będzie jeszcze o tym mowa w tej kronice. Wracając do zwyczajów związanych z Przyrzeczeniem Harcerskim. Odtąd przyjmowano je w dwóch formach - na obozie, zwykle przy ognisku w jakieś tajemniczej i romantycznej oprawie, oraz podczas Choinek - na sztandar, przed frontem Drużyny.      

W sierpniu trzech członków redakcji Sulimczyka; Mirek Łukaszewski, Adam Krynicki i Tomek Biernawski, wybrało się na trzytygodniową wędrówkę w Beskidy i Pieniny "przecierając szlak" nowej formie działania - górskim obozom wędrownym, których w kolejnych latach nie zabraknie. Można powiedzieć, że ta prekursorska wyprawa dała początek wieloletniej turystycznej "szajbie" jaka wkrótce miała owładnąć Szesnastkę. 

Po obozie, niejako z marszu, Szesnastkę znów prowadził Tadek Sułowski. Ale nie długo. Jesienią powołano go do wojska. Drużyna po raz kolejny znalazła się w bardzo trudnej sytuacji.  I wtedy objął ją Zbyszek Stok. Oddajmy głos Kozie, który patrząc na to z dystansu, tak po latach pisał w swojej Gawędzie o Szesnastce.

(...) Być może to poważne zagrożenie Drużyny ostatecznie sprawiło, iż w październiku 1959 roku Zbigniew Stok-Stokowiec zdecydował się ją objąć. I prowadził najpierw Drużynę a potem Szczep Zawiszy Czarnego przez kolejnych pięć lat - okres bardzo długi. Wystarczający aby Drużynie nadać pewne indywidualne piętno. By wykształcić całą generację młodych instruktorów. Poza niezwykłymi warunkami konspiracyjnymi, wojennymi - w dziejach Szesnastki nie było (dotąd - przyp. red) drugiego takiego instruktora, który by tyle czasu jako drużynowy i szczepowy kierował Zawiszakami. Tego rodzaju długie komenderowanie ma swoje dodatnie strony, ale ma i również swoje niebezpieczeństwa. 

Stok-Stokowiec był organizatorem energicznym. Instruktorem mającym wiele interesujących pomysłów. Miał ambicję stworzenia z Szesnastki zespołu karnego, wyszkolonego w technice harcerskiej, a przy tym zanurzonego w tradycję - przede wszystkim tradycję niedawnych lat.

Jeżeli nowoczesne harcerstwo może nazbyt obniżało kryteria dyscypliny i wyszkolenia czysto harcerskiego - w Szesnastce, w czasie kadencji Stoka, wskazówka przesunęła się w drugą stronę. Musztra stawała się baletem, a egzaminy na stopnie i sprawności stały się niezmiernie trudne. Jednak naturalny i pedagogicznie szczęśliwy cykl  - co rok roku nowy stopień harcerski - został tak wydłużony, iż zbyt wielu chłopców zbyt długo czekało na następny, kolejny stopień swojego harcerzowania. (Notka od redakcji. To oczywiście negatywny skutek nazbyt wyśrubowanych wymagań, ale przecież można go łatwo uniknąć przykładając odpowiednią wagę do szkolenia harcerzy, na przykład na cotygodniowych zbiórkach zastępów. Pierwszym zwiastunem tego podejścia były trudne biegi harcerskie na niedawnym obozie, kiedy kierował nim właśnie Stok).

Równocześnie w drużynie dobrze funkcjonował system zastępowy - zastępowi zawsze starannie przygotowani na kursach, sprawnie kierowali swoimi gromadkami. Inaczej niż działo to podówczas w wielu innych drużynach, w których na skutek braku wyszkolonych zastępowych życie harcerskie toczyło się właściwie dopiero na zbiórkach drużyny - w Szesnastce koncentrowało się ono i realizowało w zastępach. Zastępy zbierały się regularnie, co tydzień na zbiórki, zastępy grały, zastępy wycieczkowały. Zastępy miały swoje autentyczne i i dość intensywne życie. Drużyna okazała się w zasadzie organizmem sprawnym i pod dowództwem uwielbianego przez chłopców Stoka (nazywali go Generałem) stosunkowo szybko przezwyciężała swe trudności, a nawet weszła w fazę ekspansji rozprzestrzeniając swą działalność na dwie kolejne szkoły. (..) Gawęda o Szesnastce, 1981 rok.

Przypomnijmy, że Zbyszek Stok był już wtedy kimś o kim można by było nakręcić trzymający w napięciu thriller. W konspiracji oprócz prowadzenia zastępu w Szesnastce, miał też drugie życie. Walczył z bronią w ręku wykonując wyroki śmierci wydane przez sąd polskiego państwa podziemnego na zdrajcach. Siedział na Majdanku skąd jego dowództwo go wykupiło za duże pieniądze. Był znacznie cenniejszy niż dolary i złoto, jakie na to przeznaczono. W Powstaniu walczył na Okęciu w pułku Garłuch, a po załamaniu się natarcia na lotnisko, dostał się do niemieckiej niewoli. Tu dając słowo harcerza niemieckiemu oficerowi, że wróci, został zwolniony, by dać znać bliskim co się z nim i z kolegami z zastępu dzieje. Dobrze! Przekonajmy się co waży słowo polskiego skauta - tak miał powiedzieć ów oficer Wehrmachtu, który jak się później okazało był w latach dwudziestych niemieckim skautem. Zbyszek słowa dotrzymał i przed upływem 24 godzin dobrowolnie wrócił do tymczasowego obozu jenieckiego. Parę dni później jednak, wraz kolegami uciekł z niewoli - jak najbardziej honorowo. Walczył dalej na Żoliborzu i w Kampinosie w oddziale Jerzyków, a po upadku Powstania w Górach Świętokrzyskich u "Szarego". Miał Krzyż Virtuti Militari i dwa Krzyże Walecznych. Zakładał harcerstwo po wojnie. Brał udział w konspiracji antysowieckiej. Był aresztowany przez UB, ale został wykupiony przez matkę z obozu w Rembertowie za łapówkę na jaką przeznaczono wszystko, co zostało z rodzinnego majątku. Uciekł z żoną przez zieloną granicę na zachód. Tam wstąpił do Armii Andersa. Po tzw. amnestii wrócił do Polski gdzie został zdegradowany ze stopnia oficerskiego do szeregowego.  W 1948 roku zaczął studia na na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego skąd dwa lata później, w ramach stalinowskich czystek, został wyrzucony jako element politycznie niepewny.  Ale nie poddał się. Dzięki niezwykłemu talentowi aktorskiemu został zaangażowany jako aktor w Teatrze Polskim. Tą drogą potoczyła się dalej jego kariera zawodowa. Grał na deskach tego teatru kolejne lata, zdał egzamin aktorski przed komisją Związku Artystów Scen Polskich, a w 1957 roku ukończył Wydział Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. W chwili obejmowania drużyny był już dyrektorem niezwykle popularnego warszawskiego Teatru Sensacji. Był kimś, kogo dziś nazwalibyśmy celebrytą - tylko, że w tym najlepszym tego słowa znaczeniu. Czy można się dziwić, że harcerze podziwiali i kochali swojego drużynowego? Mówiło się, że pójdą za nim w ogień. Tym bardziej, że przy swoich wysokich wymaganiach jakie stawiał Drużynie miał niezwykle łagodny i pogodny charakter.            

Przybocznymi Zbyszka byli Tadeusz Woźniak i Adam Krynicki. W Drużynie działało 5 zastępów: kurs zastępowych (zast. Tadeusz Woźniak), Żurawi - kurs żeglarski (zast. Andrzej Kossowski), Wilków (zast. Bohdan Wichiciel), Jeleni (zast. Andrzej Doliński) i Redakcja Sulimczyka (red. nacz. - zast. Mirek Łukaszewski). Najstarszy zastęp Bobrów został rozwiązany. Jak pamiętamy powołano go na samym początku 1957 roku jako kurs zastępowych i wkrótce stał się trzonem kadrowym drużyny.  Teraz wszyscy jego dawni członkowie mieli już swoje znaczące funkcje w Szesnastce. 

Pod koniec października zastępy uporządkowały groby poległych Zawiszaków na Wojskowych Powązkach, a 1 listopada wystawiono przy nich warty honorowe.

W grudniu Drużyna objęła swoją działalnością Szkołę Podstawową nr 39, gdzie przeprowadzono nowy nabór.

Zimą Szesnastka wróciła w Tatry. XIV obóz zimowy był już w pełni samodzielny. Został urządzony w schronisku Murowaniec na Hali Gąsienicowej w terminie 26 grudzień - 5 styczeń. Komendant - Zbyszek Stok, oboźny - Adam Krynicki, kwatermistrz - Bohdan Wichiciel, zastępowi: Andrzej Kossowski i Marek Wronkowski. Opiekunka z ramienia K.P.H. p. Barbara Suraga. W programie, jak za dawnych dobrych lat, oczywiście białe szaleństwo. Trudno sobie zresztą wyobrazić lepsze miejsce do uprawiania narciarstwa górskiego. Nic dziwnego, że wszyscy uczestnicy zimowiska zdobyli sprawność narciarza.

KPH

Jak zwykle Koło zdobywało fundusze na obóz, poza sprzedażą pocztówek, sprzedawano bilety na "Zielony Balonik" - Boya oraz zorganizowano udaną zabawę (ale bez dochodu). Wobec trudności kadrowych dzięki pracy KPH odbył się obóz letni.

ZAWISZACY

Okładka Słonecznej PolanyW wydawnictwie Sport i Turystyka ukazała się książka autorstwa Tadeusza "Lulu" Lubańskiego  pod tytułem "Słoneczna Polana".  "Lulu" opisuje w niej prowadzony przez siebie w 1939 roku obóz 80 WDH.  Obóz zlokalizowany był obok miejscowości Jeziory koło Grodna. W tej samej okolicy, dosłownie oddalony o 1-2 km stał obóz 16 WDH. Obie zaprzyjaźnione drużyny od kilku lat jeździły na obozy w te same okolice i ściśle ze sobą współpracowały. W książce opisane są między innymi: podchody i dwa święta obozów, gdzie obie drużyny wzajemnie się gościły i rozgrywały zawody sportowe. Czuć w niej ducha jakim przepojone były obie bratnie, a jednocześnie ostro ze sobą konkurujące drużyny. Książka ma formę beletrystyczną, przeznaczoną dla harcerzy, ale jest jednocześnie źródłem doskonałej wiedzy metodycznej dla instruktorów. W 1959 r. kiedy ZHP odchodził już od przedwojennych wzorców, ukazanie się tej książki, miało wielkie znaczenie dla podtrzymania przy życiu idei prawdziwych obozów i tradycyjnego harcerstwa. W książce widać wiele ingerencji cenzorskich, dotyczących głównie organizacji praktyk religijnych, a mimo to jest to doskonały podręcznik obozownictwa dla instruktorów, a zarazem świetna powieść przygodowa dla młodzieży.     

Marek Gajdziński i Dyzma Zawadzki (2026 r.)

Stan Drużyny na 31.12.1959

  •  Drużynowy: Zbigniew Stok
  • przyboczni: Tadeusz Woźniak, Adam Krynicki
  • Zastępy:
    • kurs zastępowych (zast. Tadeusz Woźniak),
    • Żurawi - kurs żeglarski (zast. Andrzej Kossowski),
    • Wilków (zast. Bohdan Wichiciel),
    • Jeleni (zast. Andrzej Doliński),
    • Redakcja Sulimczyka (red. nacz. - zast. Mirek Łukaszewski),
    • 2 zastępy poborowe.

Źródła:

Więcej...