Nigdy nie wiesz, kogo na Twej drodze postawi los i jaki ten człowiek będzie miał wpływ na twoje otoczenie.
***
Wczesna wiosna 1986. Dzwoni Lipa.
– Idę na Stare Miasto.
- Po co ?
- A tak, połazić. Weź aparat, zrobimy jakieś fotki.
- No dobraaa, idę.
Lipa przychodzi wystrojony w trochę za dużą skórzaną kurtkę, która sterczy na boki, ale nic nie mówię. Po drodze, w tramwaju, mówi
– Wiesz, w Świdrze, gdzie mam działkę, jest taki chłopak, fajny, może by się przydał u nas … Umówiliśmy się , że dziś przyjedzie i obgadamy , jak przyjąć go do Drużyny.
Łazimy po pl. Zamkowym. Nudno. O umówionej godzinie z wyjścia ruchomych schodów wychodzi ten „nowy”. Przybijają z Lipą „piątkę” a ja w tym momencie cykam fotkę.

Kwiecień 1986 r. Takiego zdjęcia nie ma w Szesnastce nikt. Lech Najbauer jeszcze jako cywil. Za tydzień jego pierwsza zbiórka.
Potem się przedstawia
– Lech Najbauer.
Przedstawiam się i ja. Jest w naszym wieku, miły, lekko speszony, jak to pierwszy raz. Kręcimy się chwilę po okolicy, Lech ustala z Lipą, że przyjdzie na najbliższą zbiórkę i żegna się. Ot całe spotkanie.
Nie za późno? – myślę - Pojawi się na paru zbiórkach, pojedzie na obóz i zniknie. Jak inni.
Idziemy w głąb Starego Miasta, robimy kilka zdjęć przy pomniku „czołgu pułapki”, przy barbakanie i wracamy do domu.

Kwiecień 1986 r. Lipa na barbakanie.
„Nowy” przechodzi zbiórkową inicjację i za jakiś miesiąc spotykamy się na dworcu wschodnim jadąc na zlot UNDHR pod Krakowem. Mam nowy plecak – ze stelażem, podarunek od chrzestnego. Stoję dumny, zachwalając jego zalety.
- Wszystko się zmieściło, poza gitarą – mówię, oczekując jakiejś aprobaty także i od innych.
- Eee, bo trzeba było spuścić powietrze - rzuca niedbale Lechu.
I tu okazało się że „nowy” oprócz innych, niebywałych cech charakteru, o których za chwilę, posiada super abstrakcyjne poczucie humoru. Ten trzydniowy wyjazd pokazał dobitnie, że będzie odtąd wyśmienitym narybkiem i kompanem takich szesnastkowych eskapad.

24 maja 1986 r. V zlot UNDHR. Od lewej: NN z 5 KDH, Leszek Sawicki "Napo", Maciek Piątkowski "Maciora", Lech Najbauer - jeszcze bez krajki i kostek, z lekkim kucharzem - jak to żółtodziób.
W lipcu pojechaliśmy na kwaterkę nad jezioro Charzykowskie. Pracowaliśmy tam kilka dni nad przygotowaniem obozu, na którym Lech miał objąć opiekę nad zastępem Kormoranów. Kłopot w tym, że nosił jeszcze niebieską chustę. Dzień przed przyjazdem wszystkich zorganizowane więc zostało krótkie i skromne ognisko, na którym odbyło się wręczenie Lechowi kostek i krajki czyli pasowanie na Zawiszaka pełną gębą . Wzięli w nim udział „Gonia” ( Małgorzata Hennig - 5 KDH ) „Kaczor” ( Andrzej Karwan ), „Marucha”( Paweł Marecki ) i ja. Paręnaście minut, kilka obrzędowych piosenek, zawiązanie krajki, jakieś standardowe życzenia sukcesów, ot i tyle. Nie było czasu a i chęci na coś więcej. Następnego dnia trzeba było wstać rano, przygotować się na przybycie Drużyny i zacząć mozolne urządzanie się na miejscu. Mnie jako nowego zastępowego „Rysiów” czekały nowe przygody i wyzwania. Lech zaczął z jeszcze grubszej rury. Jako kompletny obozowy nowicjusz miał „pod sobą” wspomniane już rozbrykane „Kormorany”.
Imponowało mi trochę, że możemy uczyć żółtodzioba tego, co sami już umiemy. Tymczasem żółtodziób , dzięki wrodzonej niebywałej ambicji i obowiązkowości wywiązywał się wyśmienicie i bez jakichkolwiek wpadek ze wszystkich powierzonych mu zadań. Szybko zrównał się z nami swoimi umiejętnościami, a mając olbrzymie możliwości przyswajania każdej wiedzy szybko przegonił o kilka długości i zdeklasował takich „weteranów” jak ja.
Tu też jest miejsce na wspomnienie ogromu jego wiedzy ogólnej i historycznej – będąc gościem Hufca „Warmia” w czasie jego wizyty u zaprzyjaźnionych harcerzy z USA wziął udział w quizie dotyczącym historii Ameryki i tamtejszych prezydentów, kładąc na łopatki lokalnych uczestników, którzy przecież powinni wynieść tą wiedzę z tamtejszej szkoły.
Wracając do poczucia humoru - Lech sypał jak z rękawa przeróżnymi śmiesznymi powiedzonkami i cytatami z filmów zawsze trafiając w punkt i rozbawiając z obecnych. Miał też spory talent do naśladowania i parodiowania innych, zawsze jednak robiąc to z klasą i nigdy nie obrażając czy dotykając osoby naśladowanej. Mając dobrą pamięć był świetnym źródłem dykteryjek z życia naszej gromady.
Spędziliśmy kilka lat biorąc udział w licznych biwakach, zlotach i obozach ale również w innej, nieoczywistej pracy Drużyny. Dużą przyjemnością np. była wspólna służba na rzecz Filharmonii imienia Traugutta i spotkania z jej niezapomnianym twórcą oraz artystami występującymi na jej spektaklach.
Obecność wśród nas Lecha spowodowała także ożywienie wydawania „Sulimczyka” ukazującego się do tej pory dość sporadycznie, a który od tego momentu zyskał według mnie zupełnie nową jakość. W 1986, po wakacjach, praca ruszyła z kopyta. Do numeru jubileuszowego ( na 75-lecie ) Lech napisał fantastyczne artykuły robiąc też czasem rysunki by od kolejnego numeru zostać redaktorem naczelnym naszej gazetki. W dość krótkim czasie udało się w ten sposób wydać kilka obszernych dwudziestokilkustronicowych numerów.
Równolegle, początkowo niepostrzeżenie, Lech piął się po szczeblach harcerskiej drabinki. W 1987 roku, na wspólnym obozie z Trzynastką ( jako jedyny chyba) zdobył stopień wywiadowcy. Był potem zastępowym „Jerzy” , później przez długie lata na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pełnił funkcję przybocznego.
Kiedy z Adamem Lenarcikiem odwiedzaliśmy obóz w 1992 roku był już jego samodzielnym komendantem.
Nie opuścił Drużyny w czasie kryzysu kadrowego jaki dotknął ją w połowie lat dziewięćdziesiątych stając się jednym z ojców opatrznościowych jej dalszego istnienia. Mając już rodzinę i pracę, po raz kolejny przyjął wówczas na siebie żmudną pracę przybocznego.
O jego dalszej pracy na rzecz Drużyny, Szczepu, Unii UNDHR, HOPR , ZHR muszą opowiedzieć inni. Ja byłem tylko świadkiem jego pierwszych kroków w 16 WDH.

1991 r. Choinka - Lech Najbauer i Leszek Sawicki.
Także po zdjęciu munduru był zawsze obecny przy Drużynie. Widywaliśmy się na corocznej Choince, czasem przy innych okazjach. Ostatni raz spotkaliśmy się w Pęcicach. Na rajdzie zorganizowanym we wrześniu, a jakże, przez Szesnastkę. Przyjechał rowerem, na krótko. Ale zdążył jeszcze opowiedzieć mi historię swojego Dziadka, po którym nosił drugie imię, zamordowanego w Gusen w odwecie za udział w Powstaniu. I pamiętał o wszystkich moich prywatnych problemach, którymi podzieliłem się z nim kilka lat wcześniej.
Mija właśnie 40 lat od tego dnia, kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się na Rynku obok kolumny. I wiedząc co stało się rok temu, dalej nie mogę uwierzyć, że już nie będzie jego wesołych wspomnień, dowcipów i artykułów. Również tych dojrzałych, na bardzo poważne tematy. I nie zgadzam się z jego stwierdzeniem, że będąc w Szesnastce spłacał jakiś dług wdzięczności. To my wszyscy - kilka pokoleń Zawiszackiej Braci powinniśmy być wdzięczni, że przyjechał wtedy na Stare Miasto.
I został ….
Leszek Sawicki „Napo” vel „Napoleon”